
W ubiegłym roku podróżowanie kulinarne po Polsce rozpocząłem już z początkiem stycznia. Po całodniowej głodówce, w związku z badaniem, postanowiłem ją sobie wynagrodzić ramenem.
Maciek Froński
Niestety w Bielsku-Białej odbiłem się od zamkniętych drzwi YUSHI Ramen & Sushi przy Głębokiej i Shameku Ramen & Japanese Kare Restaurant przy ulicy 11 Listopada, a gościnne progi znalazłem wreszcie w Itamae Sushi Japanese Restaurant przy Placu Wolności. Jako że po wycięciu polipa z wnętrza moich trzewi zalecano mi łagodne zupy, zamówiłem tonkotsu ramen (48 zł), czyli bulion wieprzowy z czosnkiem konfitowanym, olejem z palonej cebuli, makaronem ramen, jajkiem, boczkiem kakuni, pak choi, szczypiorem i sezamem. Nie powiem, że mi nie smakowało, ale wolałbym pikantniejszy ramen.
Dziesięć dni później byłem w Shameku z córką. Zaczęliśmy od onigiri z kaczką (16 zł), które jednak wydawało mi się zbyt suche. Potem córka wzięła tantanmen ramen z boczkiem (45 zł), czyli zupę z boczkiem, jajkiem marynowanym, shiitake, marchwią, pędami bambusa, czerwoną cebulą, porem, sezamem, dymką, orzechami nerkowca, mlekiem sojowym, pastą sezamową, sosem sojowym, miso i słonecznikiem. W miarę jej smakowało. Ja z kolei, żeby za każdym razem nie jeść ramenu albo sushi, zamówiłem kare raisu mięsne (46 zł), czyli mięso wołowe duszone z marchwią, ziemniakami, cebulą i warzywami sezonowymi podawanymi z ryżem, a do tego kimchi i zupę miso. Niestety typowego sosu dla potraw duszonych było, w stosunku do ryżu, za mało i całość wyszła dość sucha. Z kolei zupa miso była za słona. Poniewczasie przyszło mi do głowy, że może trzeba było jedno z drugim jakoś połączyć, ale żaden przepis tego nie proponuje.
Jako że utrata pracy rzuciła mnie na emigrację do Niemiec, ponownie pojawiłem się w Polsce dopiero w lipcu. Z Krzyśkiem, moim najlepszym przyjacielem jeszcze z podstawówki, spo tkaliśmy się na śniadaniu w tureckiej kawiarni Muhabbet przy ulicy Brzozo wej na krakowskim Kazimierzu. Krzysiek jest cenionym specjalistą i pracuje w Arabii Saudyjskiej, na szczęście jego urlop w kraju zbiegł się z moim. Krzysiek zamówił baharat (38 zł), czyli mleczny chleb Hokkaido, labneh, a do tego salsę z ananasa i jalapeño, jajko panierowane w kokosie, karmelizowa ną cebulę, ser Ezine, melasę z granatu, liście botwinki, prażoną cebulę i oliwę z przyprawą pul biber. Ja zamówiłem menemen (45 zł), czyli turecką jajecznicę z jednym jajkiem, sosem pomidorowo-paprykowym z cebulą, pietruszką, przyprawą pul biber i isot oraz chlebem na zakwasie.
Będąc w Krakowie, zahaczyliśmy z mamą i córką o bistro Antidotum przy Grzegórzeckiej, bardzo lubiane przez moją mamę, a przeze mnie nieco mniej. Lokal ten kusi mnie w menu wołowiną po flamandzku, której jednak nigdy nie ma. Wziąłem krem z pieczonej dyni (16 zł) i mintaja z pieca (33 zł) z sosem cytrynowym, karmelizowaną czerwoną cebulą, purée ziemniaczanym i sałatką. Dało się je zjeść, ale nic ponad to.
Główną treścią urlopu był jednak tygodniowy rodzinny wyjazd tuż za naszą południową granicę, a mianowicie do Bardejowa. Wyjazd udał się średnio, bo o ile sam Bardejów jest perełką architektury, o tyle jego okolice rozcza rowują. Najbardziej polecam miejsce o nazwie Restauracia Ludovych Jedal u Poljaka w Bardejowskich Kupelach, gdzie byliśmy dwukrotnie, zamawiając zupę grzybową kwaśną (3,90 €), zupę czosnkową z ziemniakami i chlebem (3,10 €), szaszłyk pasterski z udźca wieprzowego (11,40 €), piersi z kurczaka z boczkiem, cebulą, papryką i gotowa nymi ziemniakami (3,00 €), pstrąga na maśle (4,00 €) z ziemniakami po amerykańsku (3,30 €), palaczinki z dżemem i bitą śmietaną (3,10 €) oraz małe ciemne piwo šariš (2,00 €).
Niespecjalnie polecam restaurację Hotelu pod Bramą w Bardejowie przy Hviezdoslavovej, do której wybrałem się sam. Wziąłem krem czosnkowy z grzankami i parmezanem (3,20 €) oraz kotlet schabowy po słowacku (9,50 €). Obie te rzeczy dało się zjeść, choć kotlet był chyba za bardzo rozbity i po tak eleganckim lokalu można by się jednak spodziewać czegoś więcej (sprawdziło się stare powiedzenie – nie jedz w hotelu, nie śpij w restauracji). Jego przeciwieństwem był Hostinec na Potravinách przy ulicy Stöcklovej, lokal, który w PRL-u nosiłby miano restauracji trzeciej kategorii. Zjadłem tam gulasz z kociołka (4,50 €), smażone kotlety drobiowe (5,50 €) z ziemniakami (2,00 €), a do tego wypiłem mały šariš (1,50 €). Tak jak wcześniej – dało się to zjeść, ale nic więcej.
Natomiast będąc w Katowicach, wstąpiliśmy na Mariacką do SUSHI Pataya. Tutaj z kolei sprawdziło się powiedzenie, że jeśli chcesz, by ci smakował obiad, nie zaglądaj do kuchni. Moje dziewczyny zajrzały i im nie smakował ramen shōyu (40,90 zł) z shōyu tare, makaronem ramen, wołowiną, wieprzowiną i kurczakiem, grzybami shiitake, shimeji i mun, glonami nori, marynowanym jajkiem i cebulą dymką. Ja nie zajrzałem i smakował mi pikantny ramen (39,90 zł) z shōyu tare spicy, makaronem ramen, wieprzowiną, edamame, żółtkiem, dymką i porem, marynowaną rzepą i grzybami shiitake, prażonym sezamem i glonami nori. Przysłowia mądrością narodów!
Ostatnim etapem mojego urlopu był kilkudniowy pobyt w Kasince Małej, gdzie mamy domek górski. Zanim jednak dotarliśmy do Kasinki, zjedliśmy obiad w Mszanie Dolnej i za radą miejscowego bywalca skierowaliśmy się do Przełęczy, restauracji stylizowanej na góralską izbę. Córka wzięła danie dnia (23 zł), na które składała się zupa (do wyboru: rosół, pomidorowa, żurek, barszcz ukraiński lub kwaśnica) oraz w jej przypadku kaszanka. Ja zaś zamówiłem barszcz czerwony z uszkami (15 zł) i kotlet po góralsku (28 zł), czyli panierowany z roztopionym serem, zapewne oscypkiem, i jakąś konfiturą.
Kilka dni później zawitaliśmy do Gościńca pod Lubomirem w Węglówce, dwa kilometry na zachód od przełęczy Jaworzyce, idąc czerwonym szlakiem. Już wcześniej reklamowała się ona w całej okolicy, ale nigdzie nie podawała adresu, a byłem jej ciekaw.
Tu standardowo trzeba przypomnieć opowieść o tym, że Lubomir tradycyjnie nosił nazwę Łysiny. Natomiast w pierwszej połowie XIX wieku jakieś towarzystwo geograficzne z Krakowa chciało się odwdzięczyć swojemu do broczyńcy, Lubomirskiemu, i przemianowało Łysinę na Lubomir, nazwę Łysiny przenosząc na sąsiedni, bezimienny dotąd wierzchołek. Miejscowa ludność jednak nigdy tej zmiany nie uznała i do dziś nazywa Lubomir Łysiną.
Tak czy inaczej zamówiliśmy zgodnie po pstrągu po lubomirsku (16 zł za 100 g) z koperkiem i czosnkiem oraz opiekane ziemniaki (9 zł). Pstrąg był przepyszny, nie umniejszając temu na Słowacji.
Przed wyjazdem do Niemiec poszliśmy jeszcze w Krakowie do mojej ulubionej restauracji orientalnej Phong Hai przy Grzegórzeckiej. Zamówiłem kurczaka generała Tso (36 zł), a córka koreańskiego kurczaka stir-fry z pastą gochujang (37 zł) i oboje zgodnie uznaliśmy, że mój kurczak, w delikatnym cieście, był lepszy. Mięso na jej talerzu było po prostu zbyt intensywnie doprawione, chyba imbirem, ale nie jestem pewien.
Na ojczyzny łono wróciłem dopiero w grudniu. Z moim kolegą ze studiów, Piotrkiem, spotkałem się w bielskiej restauracji Curry & Tandoor House przy ulicy Sempołowskiej, niedaleko Cavatiny. Jako że Piotrek był już po obiedzie, ograniczył się do hinduskiej zupy dhal z posiekanymi warzywami i kasuri methi (20 zł). Ja też wziąłem zupę, ale do tego jeszcze kurczaka palak (35 zł) ze szpinakiem, sosem cebulowym, masalą indyjską, śmietaną i masłem, a dodatkowo ryż jeera (12 zł). O ile zupa była wyśmienita, o tyle wybór dania ze szpinakiem był błędem. Szpinak za bardzo je zdominował, a myślałem, że tylko je urozmaici. Owszem, chciałem spróbować czegoś nowego, bo mieszkając w Niemczech, od czasu do czasu jadam u Hindusa, dlatego dania z sosem pomidorowym zaczęły mi się już przejadać. Szpinak jednak nie był tu chyba najlepszym dodatkiem. Danie po prostu nie trafiło w mój gust.
Drugi dzień Świąt spędziliśmy z moją mamą w Krakowie, gdzie poszliśmy do ulubionej restauracji mojej żony, czyli do Zalipianek przy Szewskiej, i nawet udało się nam dostać miejsce na zewnątrz. We czworo wzięliśmy zupę grzybową na wywarze z polnych warzyw i z domowymi kluskami truflowymi (34 zł). Do tego zraz wołowy z kopytkami, modrą kapustą i sosem pieczeniowym (72 zł) oraz policzki wołowe z gniecionymi ziemniakami, pieczonymi warzywami i sosem korzennym (76 zł). Wszystko nam smakowało, jednak uznaję wyższość zrazów nad policzkami. Jedynie córka wzięła papardelle z krewetkami, pomidorami koktajlowymi, czosnkiem, chili, natką pietruszki i parmezanem (62 zł), opisu jąc smak dania słowami: „nawet git”.
Nazajutrz z całą rodziną mojego brata umówiliśmy się na obiad, ale znalezienie w Krakowie w okresie świątecznym wolnej knajpy ze stołem na osiem osób i parkingiem na dwa samochody nie jest takie proste. Wreszcie trafiliśmy na ulicę Młyńską do orientalnej Hoang Nhi 2. Wziąłem zupę krewetkową po tajsku z krewetkami i trawą cytrynową (17 zł) i wieprzowinę z ananasem i warzywami (33 zł). Nie zawiodłem się, zwłaszcza jeśli chodzi o drugie danie. W ogóle bardzo lubię takie proste orientalne bary z tanimi daniami, które może i nie zaskakują, ale za to jedzenie w nich smakuje. Trochę mi tego braku je w Niemczech.
Wstępna redakcja: Maja Piłat, studentka 3. roku studiów I stopnia na kierunku e-edytorstwo i techniki redakcyjne na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
Maciek Froński zabiera czytelników w kulinarną podróż po Polsce i Słowacji.