Podróże kulinarne po Polsce 2023

Kilka dni później umówiłem się na kolację z bielskim pisarzem Dawidem Juraszkiem we włoskiej restauracji Amici przy Piłsudskiego w Bielsku-Białej. Dawid po czteromiesięcznym pobycie w Polsce wracał do Kantonu, gdzie uczył języka angielskiego. Wziął grillowany ser kozi z orzechami i miodem na grzance (39 zł) oraz krem z selera z białą czekoladą (23 zł), ja zaś – pierś z kaczki z purée pomarańczowym, gruszką i demi malinowym (54 zł). Kaczka była pyszna, ale gdybyśmy losowali i jeden z nas wziął wszystko, a drugi nic, to przynajmniej zwycięzca nie wyszedłby z tego przybytku głodny. Myślałem, że dostanę pierś z kaczki z jakimiś gnocchi czy innym ryżem, tym bardziej że na karcie dań nie było osobnej pozycji „dodatki”. Jeśli więc tym dodatkiem miało być purée, to nieopatrznie wziąłem je za sos, taką miało konsystencję i tak go było mało. Jeszcze w lutym wybrałem się do Warszawy na spotkanie z córką. Od jakiegoś czasu już tego nie robię, bo odkąd jest pełnoletnia, łatwiej i taniej jest umówić się z nią u mojej mamy w Krakowie, ale tym razem do stolicy przyciągnęła mnie wystawa „Przesilenie. Malarstwo Północy 1880–1910”. Przy okazji poznałem chłopaka Zuzi. Na obiad poszliśmy do libańskiej restauracji Asado przy Kredytowej, gdzie wziąłem pyszny, choć trochę pikantny, krem z czerwonej soczewicy i podsmażanych warzyw (17 zł). Potem my, faceci, wzięliśmy mix grill (61 zł), na który składała się kafta, shish tauk, czyli kawałki kurczaka z grilla, i grillowana wołowina. Do tego ryż, sałatka arabska, harissa, sos czosnkowy i sos sezamowy. Wszystko mi smakowało, a najbardziej kurczak. Zuzia wzięła imponujących rozmiarów kaftę Beirut (28 zł), czyli grillowane kotleciki wołowe zawijane w pitę. W środku były jeszcze natka pietruszki, pomidor, cebula i sos sezamowy. Córka wyglądała na taką, której smakowało.
W kwietniu tak się złożyło, że pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych zbiegł się z 81. urodzinami mojej mamy. Wybraliśmy się więc do Grodu Kraka i wyciągnęliśmy mamę na obiad do Zalipianek przy Szewskiej. Restaurację prowadzi i firmuje własnym nazwiskiem pani Ewa Wachowicz, była Miss Polonia i była sekretarz prasowa premiera rządu. Jest to osoba niezwykle otwarta oraz wnosząca do restauracji dużo ciepła i pozytywnej energii. Niestety pod rządami pani Ewy ta dawna Kawiarnia u Zalipianek zyskała na elegancji, za to straciła na ludowym charakterze. A przynajmniej w menu bardzo trudno doszukać się ludowych akcentów, choć oczywiście wszystkie próbowane przez nas dania bardzo nam przypadły do gustu. Wziąłem krem z białych warzyw – kalafiora, pietruszki, selera, cebuli i bakłażanu ze śmietaną i anyżem (25 zł), a do tego podpłomyk z boczkiem á la pizza (44 zł), który jednak okazał się w zasadzie zwykłą pizzą – owszem, dobrą, ale tylko zwykłą pizzą. Mama wzięła barszcz czerwony z kołdunami z mięsem (24 zł), a do tego polędwiczki wieprzowe sous-vide z purée z selera, groszkiem cukrowym, marchewką i sosem kurkowym (65 zł). Żona również zdecydowała się na te same polędwiczki wieprzowe, natomiast córka tagliatelle z kurczakiem, borowikiem, pomidorami koktajlowymi, cebulą, czosnkiem, sosem śmietankowym i parmezanem (47 zł). Wszystko dobre, ale ludowości nie za wiele, a szkoda.
Wielka Sobota zaskoczyła nas zamkniętymi o dość wczesnej porze sklepami i zostaliśmy na święta bez zakupów, dlatego w poniedziałek wielkanocny wybraliśmy się zjeść coś na mieście. Chcieliśmy dla porównania pójść do katowickiej Chaty z Zalipia przy Wojewódzkiej, lecz i ona zamknęła swoje podwoje, więc w końcu trafiliśmy do sushi baru Mijuba w odrestaurowanym budynku starego dworca kolejowego przy nomen omen Dworcowej. W odróżnieniu od BBQ Ramen-ya przy Kościuszki mniej tu jest japońskiej popkultury i lokal ogólnie sprawia wrażenie bardziej eleganckiego. Zamówiłem shoyu z boczkiem (32 zł), czyli wywar drobiowo-rybny z tare na bazie sosu sojowego, z pak choi, czerwoną cebulką, shitake, tajską bazylią, chili i jajkiem marynowanym. Żona wzięła shoyu z kurczakiem karaage (32 zł), czyli taki sam wywar z takim samym tare, ale ze szczypiorem, czerwoną cebulką, menmą, kukurydzą i jajkiem marynowanym. Było to pyszne i bardzo sycące.
Niewiele później z okazji bierzmowania naszej córki wybraliśmy się w większym, ale i tak dość szczupłym gronie do katowickiej La Cuciny przy Gawronów, modnego lokalu o nowoczesnym, nieco postindustrialnym wnętrzu. Na stole królowała pyszna polędwiczka wieprzowa w speck (cokolwiek by to znaczyło) faszerowana czosnkiem niedźwiedzim, z młodą marchwią, fasolką szparagową, rzodkiewką, brokułami i sosem kaparowym (56 zł). Znowu bez żadnych dodatków, ale może po prostu tak już w tej kuchni włoskiej mają? Młodzież wolała pizzę prosciutto cotto (33 zł) z pastą pomidorową, mozzarellą fior di latte i szynką cotto, czyli po prostu gotowaną. Mnie skusiły ravioli z czarnymi truflami, masłem z szałwią i parmezanem (44 zł) – i były one smaczne, ale zapomniałem, że w kuchni włoskiej pasta to danie pierwsze, a nie drugie, więc żeby nie wyjść z knajpy głodny, domówiłem na deser pannę cottę z wanilią z Madagaskaru, konfiturą gruszkowo-pigwową i świeżymi owocami (24 zł). Też była dobra, choć objętościowo skromna, co chyba powoli staje się standardem w eleganckich restauracjach.
W lipcu jechałem w Beskid Wyspowy przez Kraków i musiałem tam coś zjeść. Nie chcąc się zbytnio oddalać od dworca autobusowego, zdecydowałem się na indyjską restaurację Haldi przy Rakowickiej. Nieco przestraszony poziomem cen zdecydowałem się na danie, którego nieodłączną częścią jest ryż, aby przynajmniej na tym ryżu nieco zaoszczędzić. Mój wybór padł na biryani z kurczakiem (41 zł), czyli basmati duszony z kurczakiem w sosie cebulowo-jogurtowym. Niestety ryżu było znacznie więcej niż sosu, w efekcie całość wyszła bardzo sucha, a szkoda, bo potencjał na smaczne danie na pewno był. Być może trzeba było jednak sięgnąć głębiej do kieszeni.
Jeszcze w lipcu wybrałem się z moją córką Alą w Beskid Niski i był to jej pierwszy pobyt w moich ulubionych górach, jak również pierwszy kontakt z Łemkami i wschodnim chrześcijaństwem. Za bazę obraliśmy sobie Wysową i stamtąd robiliśmy wycieczki – a to do Ropek w poszukiwaniu zaginionych szczepów Frońskich, którzy podobno tam mieszkają, choć pobieżne badania terenowe tego nie potwierdziły, a to na rowerach do Hańczowej, gdzie znajduje się nieznana mi wcześniej, przepiękna cerkiew, a to do Blechnarki, gdzie oprócz cerkwi jest też cmentarz z I wojny światowej, a to na Słowację, do Cigel’ki. Jadaliśmy w różnych miejscach, ale najchętniej w karczmie regionalnej Gościnna Chata w centrum Wysowej, wystrojonej po łemkowsku i z odpowiednią muzyką w tle. Z zup mogę tam polecić wyśmienitą kiesełycię z komperami (24 zł), czyli żur na kiszonej mące owsianej podany z ziemniakami i mieszczańskimi dodatkami, takimi jak kiełbasa czy jajko (nie, żeby pozostałe zupy nam nie smakowały, ale po prostu z reguły ograniczaliśmy się do drugiego dania), poza tym pyszne fuczki bojkowskie z maczanką (41 zł), czyli regionalne placki z kapusty kiszonej z aromatycznym gulaszem. Wreszcie zlepieńce z omastą, czyli w przybliżeniu nasze pierogi z mięsem (wieprzowym, wołowym i cebulą, 28 zł) i łemkowskie (z kapustą, serem wiejskim i cebulą, 25 zł). Leżąca naprzeciwko karczma Dziurnówka mniej nam przypadła do gustu, hauska z mięsem (32 zł), czyli regionalna kluska okraszana na wzór kartaczy czy litewskich cepelinów, była właśnie okraszana dość skąpo, w efekcie wyszła sucha. Lepiej się prezentował filet drobiowy z frytkami i zestawem surówek (40 zł), tylko czy po to się jedzie na Łemkowynę, by jeść filet drobiowy?
Nieco za Wysową, w stronę Blechnarki, otworzył podwoje Chutor Grzegorza, lokal z najlepszą w okolicy atmosferą i wystrojem łemkowskim, którego dodatkową ozdobą jest kot Puszkin, który jednak (lokal, nie kot) serwuje dania kuchni gruzińskiej. To dobrze: po ostatnich średnio udanych spotkaniach z tą kuchnią, zwłaszcza w Bielsku-Białej, była okazja, by dać sobie drugą szansę. Wziąłem dobry krem paprykowy (20 zł) i czkmeruli (40 zł), czyli kurczaka zapiekanego w pysznym sosie śmietankowym, podanym z chlebem puri, a Ala kotlet drobiowy z opiekanymi ziemniakami (25 zł). Wracaliśmy przez łąki skąpane w świetle letniego popołudnia.
Pod koniec lipca wybrałem się do Brzegu na urodziny znanego miejscowego poety Radka Wiśniewskiego, a przy okazji zjadłem obiad w Wozowni przy Piastowskiej. Pomysł na lokal jest bardzo ciekawy, a wystrój odpowiada nazwie, niestety w ślad za nim nie idzie oferta gastronomiczna, bo dania nie nawiązują do wozactwa czy powoźnictwa, a do regionu – z dużym trudem. Zjadłem barszcz czerwony czysty (10 zł), a do tego kotlet schabowy po śląsku (33 zł) z pańczkrautem (12 zł). O ile śląskość smacznego skądinąd kotleta zupełnie w niczym się nie przejawiała, o tyle ciekawy był ten pańczkraut, czyli ziemniaki z kapustą kiszoną z dodatkiem skwarek, boczku lub kiełbasy zbite w jednolitą masę. Jak się okazuje, jest to rzeczywiście prawdziwe śląskie danie.
W październiku wybrałem się do Oh My Ramen w Katowicach przy Pocztowej. Zamówiłem shoyu saitama (38 zł), czyli bulion drobiowo-rybny z orientalnym tare, karmelizowanym boczkiem, jajkiem nitamago, minikolbami kukurydzy, edamame, dymką i nori. Wiedziony chyba skąpstwem zignorowałem widniejącą w menu radę szefa kuchni, by wziąć dodatkową porcję makaronu – i trochę mi tego makaronu potem brakowało. Samo shoyu było też jak dla mnie trochę za delikatne, co oczywiście dla kogoś innego nie musi być wadą.
W listopadzie próbowałem wepchnąć moją książkę z wierszami dla dzieci pt. Bielski tramwaj jakiejś katowickiej księgarni. Skutek był żaden, ale za to zjadłem obiad w Wiejskiej Chacie przy placu Grunwaldzkim. Na krem buraczany (13 zł) się zdecydowałem, żeby znowu nie brać barszczyku czy cebulowej, a może jednak trzeba było, bo krem może nie był zły, ale na mój gust jak na zupę trochę za słodki. Z kolei pierogi z malinami (30 zł) miały być słodkie i takie były, bo w wiejskich knajpach lubię zjeść na słodko, zwłaszcza w piątek.
Kilka dni później z tą samą książką i paroma innymi byłem w Rybniku, gdzie się spotkałem z czytelnikami. Przedtem udałem się do Batumi – restauracji niby gruzińskiej, ale z wieloma daniami ukraińskimi, co starano się ukryć, moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Nastawiłem się jednak na kuchnię gruzińską. Wziąłem jedyną do wyboru zupę charczo (19 zł) z wędzonymi żeberkami wieprzowymi, ryżem, pomidorami, kolendrą i papryką, a także stek czala-gacz (49 zł), czyli grillowany schab na kości z opiekanymi ziemniaczkami, grillowanymi warzywami i sosem sacebeli. Oba dania były przyzwoite.
Jeszcze w listopadzie z okazji moich 50. urodzin i przypadających dzień wcześniej urodzin mojej żony wybraliśmy się znowu do Mijuby. Z Krakowa przyjechała moja mama, co – zważywszy na jej wiek – było swego rodzaju wyczynem. To było dla niej pierwsze spotkanie z ramenem i wypadło bardzo dobrze. Ale po kolei. Wzięliśmy dyniowy miso ramen wegański (34 zł), czyli wywar na bazie mleka sojowego i miso z dyniowym tare, plastrami dyni w tempurze, pak choi, grzybami shimeji, pestkami dyni, szczypiorkiem, sezamem i pikantnym olejkiem rayu; shoyu z kurczakiem panko (32 zł), czyli wywar wieprzowo-drobiowy z bulionem rybnym dashi i tare na bazie sosu sojowego, szczypiorem, czerwoną cebulką, menmą, kukurydzą i jajkiem marynowanym; tantanmen wegański (32 zł), czyli wywar na bazie mleka sojowego z orzechowo-sezamowym tare i mielonym „mięsem” sojowym, pak choi i pikantnym olejkiem rayu; shoyu z karczkiem (36 zł), czyli wywar wieprzowo-drobiowy z bulionem rybnym dashi, tare na bazie sosu sojowego, szczypiorem, cebulą piklowaną, grzybami shimeji, tajską bazylią, peperoni, pikantnym olejkiem rayu i jajkiem marynowanym. Jako że trochę się rozpędziliśmy, bo nam bardzo smakowało, dobraliśmy futomaki – po sześć sztuk z łososiem Philadelphia, pieczonym tuńczykiem i pieczonym okoniem (łącznie za 60 zł), a do tego jakieś białe słodkie wino z malinami. Tu już byłbym oszczędniejszy w pochwałach, gdyż z natury rzeczy nie jestem miłośnikiem ani sushi, ani słodkiego wina. Mimo to wieczór należy zaliczyć do bardzo udanych.
Rok zamknęliśmy wizytą w restauracji Cechowej w Krakowie przy Jagiellońskiej. Jest to lokal bardzo tradycyjny i krakowski, a przynajmniej ściany ozdabiały obrazy, a z głośników leciały przeboje grupy Pod Budą, co dało asumpt do następującej rozmowy między mną a córką:
– Ale fajne te piosenki! Stare, ale fajne!
– Zupełnie tak jak ty.
Wybraliśmy „Cechową” wiedzeni chęcią spróbowania słynnej maczanki krakowskiej, ale zrezygnowaliśmy widząc, że jest to być może tradycyjna, ale wariacja na temat zwykłego burgera. Zdecydowaliśmy się na żurek z białą kiełbasą i ziemniakami (15 zł), grzybową z łazankami (14 zł), bigos staropolski (19 zł), pierogi ruskie (23 zł) i zrazy zawijane po krakowsku z kaszą gryczaną i sosem myśliwskim (36 zł) – i nie pożałowaliśmy. Ceny, zwłaszcza jak na warunki krakowskie, okazały się wyjątkowo przystępne.

Maciek Froński

Skrót artykułu: 

W roku 2023 sezon gastronomiczny rozpocząłem w pierwszych dniach lutego w indyjskiej restauracji Thali House przy Mariackiej w Katowicach. Jako że był piątek, wziąłem warzywa kohlapuri (39 zł), czyli mieszankę warzyw z serem chilli w ostrym sosie curry. Owszem, były dobre, ale wolę jednak dania mięsne.

Dodaj komentarz!