
Dla osoby, w której biografii tkwi doświadczenie opuszczenia ojcowizny, oderwania od korzeni i miejsc ukochanych, wspomnienia są niezaprzeczalnie najważniejszym składnikiem tożsamości. Człowiek bez pamięci przeszłości zatraca poczucie ciągłości i nie wie tak naprawdę, kim jest. Klucz do zrozumienia naszej teraźniejszości tkwi zatem w przeszłości, zdeponowanej w strukturach naszej pamięci i w naszych bliskich.

Zofia Sawaniewska-Mochowa z ks. Józefem Obrembskim
13 października 2010 roku w Mejszagole
fot. z arch. aut.
Zofia Sawaniewska-Mochowa
Sięgam więc do tego depozytu pamięci, by zrozumieć fenomen osób i miejsc, które zaważyły na ukształtowaniu mojej tożsamości, dla której podstawowy punkt odniesienia stanowić zawsze będzie parafia mejszagolska i Jej Arcypasterz, Ksiądz Józef Obrembski1.
Miałam niespełna cztery lata, gdy wraz z rodzicami w 1957 roku opuściłam nasz, położony nadjeziorem Spera, zaścianek Mejłuny. Z podręcznym bagażem lecieliśmy do nieznanej Polski, a ja – tak mało jeszcze świadoma wagi i dramatyzmu tego zdarzenia – zabierałam ze sobą dar najcenniejszy – sakrament chrztu, udzielony mi w kościele mejszagolskim przez Księdza Józefa. Potem po latach, gdy przyjechałam już jako dojrzała kobieta do Mejszagoły prosić naszego kapłana o modlitewne wsparcie, On przedstawił mnie przed mszą parafianom – moja chrzestna córka przyjechała z Bydgoszczy. Choć mój zawód polega na uprawianiu języka ojczystego, wtedy wzruszenie całkiem mowę mi odebrało i nie byłam w stanie powiedzieć, jakie to było dla mnie szczęście znaleźć się w tej świątyni i w tej wspólnocie. A przecież miałam w głowie tyle wspomnień, faktów, szczegółów, którymi rodzice karmili moją pamięć od najmłodszych lat. Widziałam oczyma wyobraźni, jak ks. Józef przyjeżdżał do nas na wyczekiwaną kolędę saniami, ściskał rękę ojcu i mówił „cześć cioska” (czyli druhu, rówieśniku – mój ojciec Franciszek też urodził się w marcu, tyle że o rok później niż Szanowny Jubilat, bo w 1907 roku). Mama przygotowywała na tę okazję ser z kminkiem i warkocze cebuli, które później jako wyraz wdzięczności wkładano do sań. Trafiał tam też czasami worek mąki. Mama stale podkreślała, że z ks. Józefem „mogliby podzielić się ostatnim kąskiem”. Gdy mieszkaliśmy w Bartoszycach (w dawnym województwie olsztyńskim) ojciec, jak to na strasznie honorowego i zapalczywego szlachcica zaściankowego przystało, ciągle miał jakieś scysje z odwiedzającymi nasz dom po kolędzie kapłanami. Wyraźnie tęsknił za ewangelijną prostotą i bezpośredniością, jaką wnosił do spotkań z parafianami ks. Józef. Ciągle też narzekał, że nie ma z kim „popolitykować”.
No i spełniło się, przy okazji odwiedzin u swojej rodziny, Duszpasterz mejszagolski zawitał też niespodziewanie i do nas do Bartoszyc. Zaskoczenie, radość, fala wspomnień i szczera rozmowa z Kimś, komu można ufać bezgranicznie... Jak dawniej, gdy śpieszyli do swego kapłana do spowiedzi i prosili o radę, jak żyć, gdy bolało sumienie, rozdarte między nakazem dochowania V przykazania, a rzeczywistością kołchozową, która odbierała im środki do życia, dezintegrowała osobowość i niszczyła dorobek wielu lat ciężkiej pracy na własnej ziemi.
Najbardziej wzruszający powrót do krainy dzieciństwa nastąpił w sierpniu 1995 roku, gdy razem z ks. Józefem i panem Piotrem, kościelnym, szukaliśmy ludzi i miejsc, które wpisane zostały w mapę trudnego doświadczenia moich rodziców. W drodze do Mejłun, trochę błądząc, odwiedzaliśmy różne domostwa, a we wsi Krzyżówka spotkaliśmy moją dawną nianię. Przed ks. Józefem otwierały się wszystkie drzwi i serca, znikały opory przed swobodnym mówieniem o trudnych sprawach. Ileż zrozumienia i pociechy miał dla każdego spotkanego człowieka, jak potrafił słuchać i współodczuwać, jak znajdował wspólny język z ludźmi tak ciężko doświadczonymi przez los i historię.

Kościół w Mejszagole
fot. z arch. aut.
Nie tylko te bardzo osobiste spotkania w Mejszagole i kontakty przy różnych okazjach ogólniejszych (na przykład na zlocie harcerzy w Suderwi latem 1990 roku) miały wpływ na ukształtowanie się intelektualnej i duchowej więzi między nami. Były jeszcze przez lata pisane charakterystycznym wypracowanym wzorcem pisma listy2, którymi ks. Józef, jak to sam po staropolsku określił, „nawiedzał” mój dom i bliskich w Bydgoszczy i błogosławił ciężko schorowanej naszej „mateńce” Helenie. To doświadczenie „współbycia” w słowie wraz z symboliczną więzią, uobecniającą się choćby w przysyłanym z Mejszagoły opłatku, odczuwam jako bezcenny dar, który mobilizował do aktywizowania pamięci przeszłości, do wspominania i odkrywania tych fragmentów dziejów rodziny, które mówią także o jej zranionej tożsamości.
Ks. Józef dzielił się z nami pamięcią o swoich rodzicach, pisał o ich korzeniach językowych mazowiecko-podlaskich, co dla mnie, jako badacza „polskiego gadania”, było i ciekawą przygodą, i pożyteczną nauką.
Zofia Sawaniewska-Mochowa
była parafianka mejszagolska
Przedruk z: Księga pamiątkowa na 100 rocznicę urodzin Księdza Prałata Józefa Obrębskiego, red. Jan Sienkiewicz, Scripta manent, Mejszagoła, 19 marca 2006 r., s. 93–94, tekst uzupełniony przypisami.
1 Posługuję się taką postacią nazwiska z dwugłoskowo realizowaną samogłoską nosową, bo właśnie w taki sposób podpisywał się ks. prałat w listach do mnie. Taka forma nazwiska figuruje również w dokumentach i na świadectwie dojrzałości. Niektórzy autorzy i wydawcy normalizują zapis do postaci z „ę”.
2 Por. Z. Sawaniewska-Mochowa, O polszczyźnie księdza Józefa Obrembskiego – patriarchy Wileńszczyzny, [w:] W przestrzeni języka. Prace oZarowane Profesor Elżbiecie Koniusz z okazji jej jubileuszu, red. M. Marczewska, S. Cygan, Kielce 2012, s. 547–560 [na s. 560 reprodukcja listu].
Panorama Mejszagoły, 2015
fot. VietovesLt / Panoramio / Wikimedia
Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Wiktoria Kaczmarczyk

Dla osoby, w której biografii tkwi doświadczenie opuszczenia ojcowizny, oderwania od korzeni i miejsc ukochanych, wspomnienia są niezaprzeczalnie najważniejszym składnikiem tożsamości. Człowiek bez pamięci przeszłości zatraca poczucie ciągłości i nie wie tak naprawdę, kim jest. Klucz do zrozumienia naszej teraźniejszości tkwi zatem w przeszłości, zdeponowanej w strukturach naszej pamięci i w naszych bliskich.