Po naszomu o prawdzie i nieprawdzie

Hajda Banda to polsko-białoruska grupa wykonująca dawne pieśni z Podlasia, zachodniej Białorusi i Polesia. Muzyka zespołu to tradycyjne nuty ludowe z obu stron Puszczy Białowieskiej – żywe oberki, polki i walczyki, przekazywane z pokolenia na pokolenie, grane na regionalnych instrumentach ludowych, takich jak skrzypce, cymbały, bęben obręczowy i harmonia trzyrzędowa. W studiu Radia Praga z muzykami zespołu – Kubą Zimończykiem i Pawłem Iwanem – rozmawiał Witt Wilczyński o ich najnowszym albumie „Niepraudzivaya”, o języku pogranicza i o tym, dlaczego warto grać w małych miastach.

Witt Wilczyński: Zacznijmy od tytu łu. Co oznacza to tajemnicze nieprau dzivaya i o czym dokładnie jest utwór otwierający płytę?

Kuba Zimończyk: To fragment tek stu z tytułowej pieśni. Wybraliśmy go, bo świetnie oddaje przesłanie całego albumu – że nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. Coś może wyglądać na prawdziwe, szczere, a wcale takim nie być. Wiele naszych utworów opowiada właśnie o pozorach, o ludzkich emocjach, które nie zawsze są jednoznaczne. Pierwsza pieśń, „Niepraudzivaya kalina”, mówi o małżeństwie – takim, jakie bywało dawniej, często zawieranym nie z miłości, lecz z woli rodziców czy swatów. Młodzi nie zawsze mieli wybór. W tej historii dziewczyna stopniowo przekonuje się do swojego męża i ich relacja się udaje. Ale wiadomo – w życiu bywało różnie.

Tekst jest waszego autorstwa, czy za czerpnięty z tradycji ludowej?

K.Z.: To tradycyjna pieśń, zachowana w nagraniu archiwalnym, ale w wersji a cappella, bez muzyki. My stworzyliśmy do niej własną aranżację. Chcieliśmy zachować ducha oryginału, a jednocześnie wzbogacić go o nasze brzmienie i emocje towarzyszące wykonaniu przez współczesny zespół.

Na płycie „Niepraudzivaya” słychać dużą różnorodność – są utwory in strumentalne, tradycyjne pieśni ludowe, ale też wasze autorskie kompozycje. Jak powstawał ten materiał?

K.Z.: To rzeczywiście bardzo zróżnicowany album. W wielu przypadkach teksty są naszego autorstwa. Muzykę często tworzymy na bazie dawnych pieśni a cappella – zachowujemy ich oryginalną linię melodyczną, ale rozwijamy ją, budując pełną harmonię i aranżację instrumentalną. Część tekstów piszemy sami lub tłumaczymy na język podlaski z oryginałów białoruskich czy ukraińskich, zwłaszcza z Polesia. Ten językowy miks zawsze nas fascynował – bo sam w sobie brzmi jak muzyka.

Wspomniałeś o języku podlaskim. To zjawisko niezwykle ciekawe – trochę polski, trochę białoruski, miejscami ukraiński. Jak wy go rozumiecie i jak z niego korzystacie?

Paweł Iwan: My mówimy po prostu „po swojomu”. To rzeczywiście język pogranicza, który odwołuje się najbardziej do staroruskiego, do języka urzędowego Wielkiego Księstwa Litewskiego. To nie przypadek, że brzmi jak wypadkowa tych trzech języków – ale korzeń jest znacznie starszy. Polska od zawsze była krajem wielu narodów i języków. Kiedyś mówiło się tu nie tylko po polsku, ale też po białorusku, ukraińsku, niemiecku, śląsku czy kaszubsku. To bogactwo jest częścią naszej historii. Podlasie to pod tym względem chyba najbardziej ekstremalne miejsce w Polsce – nie powiedziałem jeszcze słowa o tatarach czy śladach kultury żydowskiej. 

K.Z.: Nika Jurczuk, znana też jako Niczos, która współtworzyła z nami ten album, pochodzi z Bielska Podlaskiego. Tam „po swojomu” to codzienność – gdy pojedziesz do Bielska, masz wrażenie, że wszyscy mówią w języku, którego do końca nie znasz, a jednocześnie brzmi on bardzo swojsko.

P.I.: To prawda. I to my czujemy się tam mniejszością, a nie oni. Dlatego staramy się śpiewać, zachowując jak najwięcej autentyczności – z szacunkiem dla języka tych terenów, jego rytmu i melodii.

Podlasie, wschodnia część Polski, to region, w którym do dziś można odnaleźć echa bardzo starych, jeszcze przedchrześcijańskich obrzędów. Czy mieliście z tym kontakt?

K.Z.: Tak, i to całkiem bezpośredni. Na Podlasiu do dziś przetrwało wiele zwyczajów wywodzących się z czasów pogańskich – często wplecionych później w kalendarz chrześcijański. Kościół przejął niektóre z tradycji, czasem zmieniając tylko ich znaczenie, ale nie samą formę. Widać to chociażby w świętach wiosennych czy żniwnych, w których uczestniczą lokalne społeczności. Biorąc w nich udział, naprawdę można poczuć, że to bardzo stare, pierwotne rytuały. Wiele pieśni jest ściśle związanych z tymi obrzędami – w tekstach i melodiach słychać echa dawnych wierzeń. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu żywe były też rozmaite przesądy – choć dziś już raczej nikt nie zakopuje kości pod progiem, by odpędzić złe duchy, pamięć o takich praktykach wciąż jest obecna w opowieściach starszych mieszkańców. Warto pamiętać, że w wielu wsiach elektryfikacja przyszła bardzo późno. Ludzie długo żyli w pewnym odosobnieniu – bez radia, bez gazet, które docierały tylko do większych miejscowości. Dzięki temu tearchaiczne elementy kultury przetrwały dłużej niż w innych regionach. Podlasie to też teren przygraniczny, a przed wojną granica przebiegała inaczej. Dziś wiele ciekawych tropów etnograficznych znajduje się już po stronie białoruskiej, w okolicach Grodna – niestety, obecnie trudno tam prowadzić badania terenowe. To bardzo bogaty obszar kulturowy, na którym historia, religia i tradycja przenikają się w niezwykle fascynujący sposób.

Płyta była nagrywana w trzech stu diach. Jak wyglądał ten proces?

K.Z.: To nie było tak, że nagrywaliśmy w trzech podejściach. Bazę całej płyty zarejestrowaliśmy w jednym miejscu – w Studiu Radioaktywni pod Częstochową, które bardzo polecamy. Tam powstał zrąb materiału – wszystkie partie oprócz kilku elementów, jak instrumenty dęte czy wokale a cappella. Te dograliśmy później w studiu Sound and Wave pod Warszawą. Ostat nie poprawki i brakujące fragmenty nagraliśmy już w naszej sali prób na Marymoncie. Całość powstała wła ściwie bardzo szybko – w dwa dni za rejestrowaliśmy większość materiału, a trzeci dzień przeznaczyliśmy na dopracowanie detali. Ale to dlatego, że te utwory graliśmy wcześniej na koncertach. Zawsze mamy zasadę, że nagrywamy po sezonie koncertowym – kiedy materiał jest już „ograny”, a emocje wciąż świeże. Dzięki temu brzmienie pozostaje żywe i autentyczne.

P.I.: Zależy nam, by płyta oddawa ła koncertową energię.

Jak przebiegał wybór utworów? Czy jakieś musieliście odrzucić?

P.I.: Oj, tak. Z bólem serca zrezygnowaliśmy z kilku piosenek. Trzy utwory były już nawet nagrane, ale uznaliśmy, że nie pasują do tej płyty. Sporo innych odrzuciliśmy jeszcze wcześniej, przed sesją nagraniową. Nie znikną jednak – pewnie znajdą się na kolejnej płycie. Zresztą już gramy część z nich na koncertach.

A kolejność utworów? Ma znacze nie czy to raczej przypadek?

P.I.: Kolejność była przedmiotem długich rozmów. Pierwszy utwór, „Nie praudzivaya kalina”, to historia młodej dziewczyny, która nie wie jeszcze, czy „zakwitnie” jak ta kalina, czy pójdzie za mąż. Ostatni utwór to już pieśń wojenna – o stracie, bardziej melancholijna, sied miominutowa, zamykająca cały cykl.

K.Z.: Można powiedzieć, że płyta ma pewien symboliczny scenariusz – od zaręczyn po smutny finał. Nie tworzy jednak spójnej opowieści. To raczej zbiór emocji połączonych wspólną tematyką i brzmieniem. Kolejność dobraliśmy tak, by album miał rytm i dynamikę – żeby słuchacz nie miał wrażenia monotonii, lecz odbywał wciągającą podróż przez różne nastroje.

Wspominaliście, że część materiału pochodzi z tradycji ludowej. Czy ta płyta jest hołdem dla dawnych muzykantów?

P.I.: W zasadzie wszystkie utwory na płycie są inspirowane muzyką tradycyjną. Nie ma tu żadnego kawałka stworzonego przez nas całkowicie od podstaw. Wszystkie wyrastają z archiwalnych nagrań i dawnych melodii.

K.Z.: Tak, całość albumu oparta jest na archiwach. Niestety, na Podlasiu coraz trudniej czerpać z żywego przekazu – większość starszych muzyków już odeszła. Pieśni można jeszcze czasem usłyszeć w terenie, ale jeśli chodzi o muzykę instrumentalną, to na prawdę trudne: zwłaszcza w regionie, z którego czerpiemy – na środkowym Podlasiu, w okolicach Białegostoku i Korycina, czyli blisko granicy. Tam ta kich nagrań jest niewiele. Na Białorusi zachowało się ich więcej, ale dziś dostęp do tych źródeł jest ograniczony.

Zmieniliście też oprawę graficzną. Okładka wygląda zupełnie inaczej niż waszej poprzedniej płyty. Skąd ten pomysł?

K.Z.: Chcieliśmy, by nowy album miał spójną, przemyślaną oprawę graficzną – taką, którą można potem wykorzystać w różnych kontekstach: na plakatach, koszulkach czy materiałach promocyjnych. Całość zaprojektował Adam Makowczenko, przy współpracy z typografem. To był intensywny, ale bardzo twórczy proces – mieliśmy mało czasu, a zależało nam na dopracowaniu szczegółów.

Na okładce jest wasz portret, trochę jak w klasycznym „Deep Pur ple in Rock”. Czy to zamierzone nawiązanie?

K.Z.: (śmiech) Nie, to akurat przypadek! Nie inspirowaliśmy się Deep Purple, choć porównanie bardzo nam schlebia. Adam po prostu świetnie rysuje portrety w takim graficznym, nieco oldskulowym stylu. Kiedy zobaczyliśmy jego szkice, od razu wiedzieliśmy, że to będzie pasować. Jesteśmy bardzo zadowoleni z efektu – okładka naprawdę oddaje charakter płyty.

Wasza pierwsza płyta, „Hajda!”, od niosła duży sukces – między innymi została doceniona przez brytyjski magazyn „Songlines”. Jak wspomi nacie tamten moment?

P.I.: To była dla nas ogromna nie spodzianka. „Hajda!” dostała nagrodę czytelników „Songlines”, co samo w so bie było wyjątkowe.

K.Z.: To nie była decyzja jury, tylko głosowanie słuchaczy. I właśnie to jest w tym najpiękniejsze – zostaliśmy wybrani przez publiczność. Co więcej, nie prowadziliśmy żadnej kampanii promocyjnej. Głosowanie odbyło się bez naszego udziału – dowiedzieliśmy się o wszystkim po fakcie! To było ogromne i bardzo miłe zaskoczenie.

P.I.: Takie momenty dają poczucie, że to, co robimy, naprawdę do kogoś trafia. I że muzyka folkowa, nawet grana z dalekiego Podlasia, może znaleźć odbiorców na całym świecie.

Wróćmy do najnowszej płyty – pojawił się na niej utwór „Kyiv-Minsk”, który brzmieniowo kojarzy się trochę z folklorem miejskim, momentami nawet z warszawskim. Czy to świadomy kierunek, by sięgać nie tylko po muzykę wiejską, ale też po melodie bardziej miejskie, małomiasteczkowe?

P.I.: To bardzo trafne spostrzeżenie. W rzeczywistości trudno jednoznacznie oddzielić muzykę wiejską od miejskiej – te melodie zawsze się przenikały . Muzykanci słuchali radia, grali na weselach, jeździli po jarmarkach i przynosili z tych miejsc zasłyszane piosenki. Ja sam pochodzę z Podkarpacia i pamiętam opowieści skrzypka Jana Marka, który mawiał: „Jak melodia mi się spodobała, to już była moja”. Nie ważne, czy usłyszał ją w radiu, czy na zabawie. Myślę, że w pewnym sensie robimy dziś to samo – bierzemy coś, co nas poruszy, i przekładamy na własny język muzyczny.

K.Z.: Już na pierwszej płycie pojawiło się tango – i to nie przypadkiem. To utwór grany niegdyś przez skrzypka Maleńczyka, od którego pochodzą też niektóre nasze oberki i inne melodie. Tego tanga nigdy nie udało mi się w pełni zidentyfikować, ale po jego budowie widać, że pochodzi prawdopodobnie z dwudziestolecia międzywojennego, może nawet z Kresów Wschodnich. Być może Maleńczyk usłyszał je kiedyś w radiu i przerobił po swojemu. Przed wojną tango było obowiązkowym punktem każdej zabawy – klasykiem gatunku. To, że takie motywy przenikały do wiejskiego repertuaru, jest więc zupełnie naturalne. Dziś robimy podobnie – tylko w nowym kontekście.

Wspomnieliście o nowym materiale – co planujecie dalej, zarówno płytowo, jak i koncertowo?

K.Z.: Kolejna płyta powstanie prawdopodobnie w podobny sposób jak ta – poprzez granie nowych utworów na potańcówkach i koncertach. Kiedy zbierze się odpowiedni materiał, a repertuar „uleży”, od razu zajmiemy się nagraniami. Trzeba kuć żelazo, póki gorące. Oczywiście wszystko to wymaga wsparcia – finansowego i logistycznego. W tej chwili ogromnie pomagają nam fani, między innymi poprzez zrzutki. To bardzo ważne, bo koszty produkcji wzrosły kilkukrotnie. Jeszcze przed pandemią można było zamknąć się z całością – nagraniami, grafiką i promocją – w 20 tys. złotych. Teraz to często 40 tys. i więcej.

P.I.: Właśnie dlatego tak mocno podkreślamy, że kupowanie płyt i biletów to realne wsparcie dla zespołu.

K.Z.: Zakup płyty – czy to cyfrowej na Bandcampie, czy fizycznej po koncercie – naprawdę ma znaczenie. Większość zarobionych środków odkładamy na kolejne projekty. Ale odkładanie z samych koncertów jest trudne – nawet jeśli kwoty brzmią nieźle, w praktyce, przy naszych realiach i rosnących kosztach, to duże wyzwanie. Zwłaszcza że środki na kulturę w Polsce są coraz mniejsze. Znam wielu ludzi pracujących w domach kultury – często mają budżet 30 tys. złotych na cały rok, z czego sam wynajem sceny na dożynki potrafi pochłonąć 20 tys. Reszta idzie na gwiazdę disco polo… a na ambitniejszą muzykę już nie zostaje nic.

Czy dlatego stawiacie też na koncer ty w mniejszych miejscowościach?

K.Z.: Uważamy, że granie w małych miastach za bilety to nie tylko sposób na utrzymanie zespołu, ale też misja – by w takich miejscach działo się coś więcej niż tylko festyny z komercyjną muzyką. Często to są miejscowości, które bez artystów grających niezależ nie nie mają dostępu do żywej kultury. 

P.I.: Czasem właśnie w takich miejscach publiczność bywa najcieplejsza.

K.Z.: To prawda. W małych miastach często jest lepiej niż w dużych – ludzie naprawdę chcą przyjść, posłuchać, porozmawiać. A my zawsze chętnie gramy na Podlasiu – to przecież stamtąd pochodzi nasza muzyka.

Wiem, że wielu z was gra również w innych projektach. Możecie o tym powiedzieć kilka słów?

P.I.: Tak, jest tych projektów całkiem sporo. Zacznijmy od Darii Butskiej – gra w zespole Duality, który tworzy razem ze Spacepierre’em. To jazzowo-elektroniczno-folkowy projekt. Ja, Paweł Iwan, gram też w kilku kapelach podkarpackich, m.in. C.K. Kapela, Kapela Ozimkowicza, a niedawno powołaliśmy do życia grający muzykę łemkowską skład Samo Południe. Mateusz Dobrowolski grywa muzykę improwizowaną w stołecznym tN collective i jeździ po całej Polsce z warsztatami gry na bębnie obręczowym.

K.Z.: Ja z kolei gram również w orkiestrze tanecznej Bonanza, którą założyłem z siostrą. Specjalizujemy się w muzyce dwudziestolecia międzywojennego – czasem pojawiają się polki i oberki, czasem utwory powojenne, ale bazujemy na melodiach z lat 20. i 30. XX wieku. Koncerty Bonanzy odbywają się głównie w Warszawie.

Gdzie można was znaleźć w Internecie, poza Facebookiem?

P.I.: Oczywiście na stronie hajdabanda.pl. Tam znajdują się wszystkie odnośniki: Facebook, Instagram, Spotify, streamingi, nagrania wideo, a także kalendarium koncertów. Staramy się na bieżąco aktualizować te informacje, żeby nawet osoby, które nie korzystają z mediów społecznościowych, miały dostęp do wszystkich danych.

Dziękuję wam za rozmowę i za koncert. Czekamy na kolejne materiały i spotkania.

Transkrypcja, opracowanie i redakcja wywiadu: Katarzyna Kowalska, studentka 2. roku filologii polskiej II stopnia na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

Skrót artykułu: 

Hajda Banda to polsko-białoruska grupa wykonująca dawne pieśni z Podlasia, zachodniej Białorusi i Polesia. Muzyka zespołu to tradycyjne nuty ludowe z obu stron Puszczy Białowieskiej – żywe oberki, polki i walczyki, przekazywane z pokolenia na pokolenie, grane na regionalnych instrumentach ludowych, takich jak skrzypce, cymbały, bęben obręczowy i harmonia trzyrzędowa. W studiu Radia Praga z muzykami zespołu – Kubą Zimończykiem i Pawłem Iwanem – rozmawiał Witt Wilczyński o ich najnowszym albumie „Niepraudzivaya”, o języku pogranicza i o tym, dlaczego warto grać w małych miastach.

Dział: 

Dodaj komentarz!