
Przedstawiciele dziecięcego zespołu Pierwiosnek z Baranowicz1 na Białorusi opowiadają o swoim tournée po USA oraz o kontaktach z amerykańską Polonią. Tekst powstał na podstawie reportażu red. Czesławy Borowik, w którym wzięli udział również: opiekunka grupy – Halina Stawropolcewa i Józef Adamski – prezes Fundacji Pomocy Polskim Szkołom na Wschodzie imienia T. Goniewa.

Kostek Stawropolcew: Moja mama nie mówiła otwarcie o tym, że jestem Polakiem, o tym, żebym dbał o tę polskość, bo się chyba bardzo bała. Kiedyś na Białorusi było prześladowanie nas, Polaków. Jeżeli ktoś rozmawiał w języku polskim, to było nie do pomyślenia.
Członkini zespołu 1: W domu mówiło się raczej po białorusku czy rosyjsku, ale niektóre przedmioty miały tylko polskie nazwy, np. garnek, podwórko.
Halina Stawropolcewa: Czuję się Polką, chciałam znać ten język, historię, literaturę.
K.S.: Można powiedzieć, że mieszkam w takim centrum historii polskiej. Gruszówka to miejscowość, w której jest dom rodzinny Rejtana, ale taki zaniedbany2. Leży 23 km od Baranowicz. Dalej, ok. 30 km, jest Zaosie, gdzie urodził się Adam Mickiewicz3. Obok znajdują się Nowogródek, Świteź, ruiny zamków: nowogródzkiego, lidzkiego, zamek w Nieświeżu, zamek Radziwiłłów.
Cz.z.1: Pracuję w przedszkolu i w liceum. Tam zarabiam. Ostatnio mam takie poczucie, że skończyłam swoje obowiązki, a teraz przystępuję do rzeczy przyjemnych [śmiech]. Dzisiaj już nie wyobrażam sobie życia bez Klubu Polskiego4 w naszej miejscowości. Tu przychodzimy poplotkować, podzielić się wrażeniami, popłakać, pośpiewać, pobawić się.
H.S.: Dla mnie w Klubie Polskim jest o wiele łatwiej niż w szkole, bo czuję się jakby w swoim domu, w swojej rodzinie. Mam wspaniałych przyjaciół, też Polaków, i mamy o czym pomarzyć, pogadać, pośpiewać, mamy wspólne zabawy.
Uczyć się języka polskiego zaczęłam pięć lat temu, wraz z grupą młodzieży. Babcia nauczyła mnie czytać. A było to tak: elementarz polskiego, w którym każda literka polska była podpisana po rosyjsku. Musiałam to przestudiować i zdać przed babcią egzamin [śmiech]. Spisałam się podobno na medal, była zadowolona. Dużo czytałam, przygotowywałam się do każdej lekcji jak uczeń, bo to była szkoła sobotnio-niedzielna. Dzieci przychodzą do niej raz w tygodniu na dwie–trzy godziny. Do tego dochodzi jeszcze praca pozalekcyjna, w kółkach. Przychodzą po szkole państwowej – i z rana, i po południu.
Pierwiosnek to po zimie jest pierwszy wiosenny kwiatek. Tak nazwaliśmy naszą dziecięcą grupę.
K.S.: Zespół liczy osiem osób: trzech chłopców i pięć dziewcząt w wieku od 12 do 17 lat. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy, staliśmy się małą rodzinką. Cztery miesiące temu, zaczęliśmy przygotowywać poważny program.
H.S.: Po publicznej próbie podchodzą do mnie nauczyciele z Polski i mówią, że młodzieży to dzisiaj nie interesuje, że nie znajdę słuchaczy, że młodzież nie śpiewa starych piosenek. Jedna pani powiedziała, że u siebie w szkole nie znalazłaby nawet chętnych do wykonania takiego programu. Było zdziwienie, że nasza młodzież chce to robić. Mnie załamało takie negatywne podejście. Nagle pan Józef Adamski powiedział, że jest możliwy wyjazd z takim programem do Stanów Zjednoczonych. To mnie ogromnie podbudowało. Pomyślałam, że jeżeli jest to niepotrzebne dla młodzieży, to na pewno przyda się starszym. Jeszcze pilniej zaczęłam pracować. Jak się później okazało, trafiliśmy w dziesiątkę. Józef Adamski: W październiku 1994 roku zostałem zaproszony na Kongres Polonii Amerykańskiej. Na sesji plenarnej przedstawiałem sytuację szybko odradzającej się polskości na Wschodzie. Widziałem jakiś dystans do tego, jakieś niedowierzanie. Wtedy pomyślałem o przywiezieniu, jeśli warunki pozwolą, jakiejś grupy dzieci czy młodzieży, która zaprezentuje się w Ameryce.
K.S.: Latem pojechaliśmy na warsztaty artystyczne do Koszalina i tam dopracowaliśmy szczególnie taniec. Pracował z nami choreograf. Pewnego dnia mama przyszła zadowolona do domu i powiedziała mi, że jedziemy z programem do Stanów. Ja nie wierzyłem, myślałem, że ona żartuje, że mówi to po prostu, żebym się starał… Później zaczęły przychodzić różne listy. Mama zaczęła jeździć do ambasady amerykańskiej w Mińsku. Powiedziała, żebym nikomu o tym nie mówił.
Cz.z.1: Bałam się, że pani dyrektorka ani nauczyciele mnie nie puszczą. Mama powiedziała, że wyjeżdżam do Polski na kursy, bo wygrałam w konkursie recytatorskim.
H.S.: U mnie w szkole tylko dyrektorka wiedziała, gdzie jadę. Dla reszty byłam na urlopie bezpłatnym.
K.S.: To było nie do pomyślenia, że młody Polak z Białorusi jedzie do Stanów. Zupełnie inny świat.
Cz.z.1: Dla mnie Ameryka to był świat barw, bo ja mieszkam w świecie, w którym są tylko dwa kolory: czarny i biały.
H.S.: Smutno, szaro, pracujemy i nic z tego nie mamy. Koleżanka zamiast wypłaty dostała trzy żelazka. Chodzi z tym po mieście, bo nie wie, gdzie je można sprzedać, a nie ma za co żyć. Nigdy do głowy mi nie przyszło, że pojadę do Ameryki, bo to było nierealne.
J.A.: LOT dał nam zniżkę 50%. Moi przyjaciele, szefowie różnych instytucji w Polsce, moja rodzina i ludzie z Polonii pomogli w pokonaniu barier finansowych.
Cz.z.1: Do końca baliśmy się, że nas nie wypuszczą z Białorusi. Wyjechaliśmy o dobę wcześniej, uciekliśmy do Warszawy.
K.S.: Kiedy szliśmy po trapie, zaczęliśmy tak piszczeć z radości, że już przed nami samolot.
H.S.: Patrzymy na mapę i nikt nie wierzy, że to my lecimy, że to nasz samolot, że już jesteśmy w takim miejscu... Dzieci mają oczy zdziwione, szalone, Ola określiła podróż „bajką pod tytułem Ameryka”.
K.S.: Z okienka samolotu zobaczyliśmy Statuę Wolności...
Członkini zespołu 2: Mnie się kojarzyło, że to jest taki punkt w Ameryce, gdzie się spotykają wszystkie narody świata.
Cz.z.1: To było moje marzenie, żeby zobaczyć Statuę Wolności. Jesteśmy już w Ameryce, idziemy po bagaże. Nie mogłam uwierzyć. Ludzie rozmawiają w języku angielskim, słyszę język polski, jeszcze jakiś. Wyszliśmy na podwórko, zauważyłam samochody, nie takie, jak my mamy. Ludzie byli inni, co minutę widziałam nad głową samoloty.
J.A.: Najmłodsza dziewczynka płakała ze szczęścia, moja matka też. Tacy byliśmy nie w swoim ciele po prostu.
H.S.: Byliśmy w Trump Tower5, na niektórych kondygnacjach tego wieżowca rosną drzewa. Było bardzo przyjemnie posiedzieć na takim tarasie w cieniu roślin. Byliśmy zdziwieni, że ludzie mogą wpaść na taki pomysł, że sprzątacze są ubrani jak rządzący Białorusią czy Rosją… Kiedy na jednym z występów tłumaczyłam na język angielski, ludzie mi klaskali i to było podziękowanie za moją pracę.
K.S.: Same zaskoczenia dla nas, same dziwa. Na Greenpoincie6 wszędzie są napisy po polsku, na ulicach słyszysz język polski. Pojechaliśmy do szkoły polskiej i mieliśmy występ.
H.S.: Był taki pan Jurek Biedziuk, który oprowadzał dzieci i kupował im prezenty. Nie spodziewałam się spotkać aż tyle serca. Panie Krystyna Rafalska i Alicja Ptasznik podróżowały z nami wszędzie i pomagały na każdym kroku wszystkim: i kwiatek postawić, i dekoracje zrobić, i podtrzymać na duchu, i uśmiech swój pokazać na sali. Przyzwyczailiśmy się, przywarłam sercem do tych ludzi. I wyjeżdżamy nagle. Opuściliśmy Nowy Jork i nie wiemy, co nas czeka. Inna sala. Widzę widownię przepełnioną… Trema i nie ma kontaktu. Nagle na scenie stoi pani Alicja, dobra dusza, jak aniołek. Rzuciły się do niej dzieci, prawie z płaczem. Ona chwyta dekorację, pomaga, rozmieszczamy kwiaty tu, obraz tu. Ruch się zaczyna, emocje i z pompą wchodzimy na scenę.
Tam, gdzie byłam, naprawdę czułam się jak w swojej rodzinie. Pyszne jedzenie, owoce w dowolnych ilościach, cukierki, napoje, lody, wszystko to, czego nasze dzieci nie mają na co dzień. Każde z nich przytyło przynajmniej pięć kilo [śmiech].
K.S.: Na nas patrzyli takimi okrągłymi oczami: dzieci ze Wschodu, z jakiejś Białorusi mówią po polsku i jeszcze mogą coś pokazać na scenie. Co to w ogóle za państwo, kiedy ono powstało? Czym wy tam jeździcie, czy są tam jakieś samochody? I takie głosy z sali: „Nie! Co ty, tam na koniach jeżdżą, jakie samochody?”. Tak na nas patrzyli, jak na ludzi z „Dzikiego Wschodu”, jak na Aborygenów. Trochę to nas krzywdziło, ale po występie już wszystko ludzie rozumieli.
H.S.: Podchodzili do nas po koncercie. Płakali, dziękowali… Podeszła pewna pani do mnie z płaczem i mówi, że ona od siedmiu lat jest w Stanach i że ciągle się zastanawiała, czy ona dobrze zrobiła, przyjeżdżając tam. Podczas naszego występu, ona dostała takiego „kopniaka”, że wreszcie zrozumiała, gdzie powinna być. W tym momencie przypomniałam sobie wszystkich, którzy mi mówili, że to jest niepotrzebne i że to nie będzie nikogo interesować.
J.A.: Były chwile, w których cała widownia płakała, wielokrotnie wstawała i wiwatowała.
K.S.: O, wy z Białorusi, a to wiem, mój dziadek, mój ojciec stamtąd pochodzi. Dziękowali nam bardzo, że potrafiliśmy to zrobić, że przyjechaliśmy z tym programem do nich, że to dla nich jest ważne. Zrozumieli wszyscy, co to znaczy wyjechać z ojczyzny, ze swojego kraju, mieszkać na obcej ziemi i tęsknić za ojcowizną. Właśnie tam, w Ameryce naprawdę zrozumiałem, czym dla mnie jest mój kraj. Bardzo mocno go pokochałem. Właśnie tam, w Ameryce…
Tekst opracowano na podstawie fragmentów reportażu red. Czesławy Borowik (Polskie Radio Lublin) „Pierwiosnek z Białorusi”. Cykl opowieści historii mówionej w dziale Folklor Kresów powstaje we współpracy z Polskim Radiem Lublin.
Opis: Magdalena Rogoża; korekta i opis czasowy: Beata Jarosz; korekta transkrypcji: Kinga Piątek; opracowanie: red. Czesława Borowik, Damian Gocół; przypisy: Damian Gocół
Zeskanuj kod QR i usłysz bohaterów reportażu red. Czesławy Borowik „Pierwiosnek z Białorusi”.

1 Miasto w obwodzie brzeskim, stolica rejonu baranowickiego.
2 Gruszówka, właśc. Hruszówka (biał. Грушаўка) – wieś na Białorusi, w obwodzie brzeskim (rejon lachowicki). Od połowy XVII wieku do 1939 roku w posiadaniu rodziny Rejtanów. Obecne zabudowania dworskie zostały wzniesione u schyłku XIX wieku przez ostatniego męskiego potomka rodu, Józefa Rejtana. Dziś dwór znajduje się w stanie ruiny. Por. Dwór Rejtanów w Hruszówce, [online], [dostęp: 20 maja 2022]: https://polonika.pl/polonik-tygodnia/dwor-rejtanow-w-hruszowce
3 Zaosie (biał. Завоссе) – wieś na Białorusi, w obwodzie brzeskim (rejon baranowicki). Znajdował się tam dwór Mickiewiczów, wskazywany jako jedno z możliwych miejsc urodzenia Adama Mickiewicza. Zabudowania zostały zniszczone w trakcie I wojny światowej i zrekonstruowane w latach 1996–1998. Por. Mickiewicz Adam Bernard, [online], [dostęp: 21 maja 2022]: https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/;3940563
4 Społeczne Stowarzyszenie „Klub Polski” – od 1994 roku działa we wzniesionym ze środków Senatu RP Domu Polskim, przekazanym w 1995 roku przez Stowarzyszenie „Wspólnota Polska”. Zob. Domy Polonii i Domy Polskie, [online], [dostęp: 22 maja 2022]: http://wspolnotapolska.org.pl/domy/bialorus_baranowicze.php
5 Nowojorski wieżowiec położony w dzielnicy Midtown Manhattan przy Piątej Alei. Należy do Trump Organization. Zob. Trump Tower, New York, NY, [online], [dostęp: 21 maja 2022]: https://www.trump.com/residential-real-estate-portfolio/trump-tower-new-...
6 Nowojorska dzielnica położona na północy Brooklynu, jedno z największych skupisk Polaków w Stanach Zjednoczonych. Zob. Greenpoint – polska dzielnica Nowego Jorku, [online], [dostęp: 24 maja 2022]: https://www.przewodnik-usa.pl/greenpoint-polska-dzielnica-nowego-jorku/
Przedstawiciele dziecięcego zespołu Pierwiosnek z Baranowicz na Białorusi opowiadają o swoim tournée po USA oraz o kontaktach z amerykańską Polonią. Tekst powstał na podstawie reportażu red. Czesławy Borowik, w którym wzięli udział również: opiekunka grupy – Halina Stawropolcewa i Józef Adamski – prezes Fundacji Pomocy Polskim Szkołom na Wschodzie imienia T. Goniewa.