Osobny

Jan Chodara

Różnokolorowe folklory, zespoły pieśni i tańca, do tego najlepiej i „chata rozśpiewana”, a przede wszystkim przekonanie, że sztuka zwana ludową czy naiwną musi wpisywać się w ten nurt. Ma dawać złudne poczucie sielskości, beztroski i najlepiej nie zadawać pytań, nie wytrącać nas z dobrego samopoczucia ludzi kochających to, co proste, swojskie i nieskomplikowane w odbiorze – czekające na nas – kolonizatorów, którzy nadadzą im znaczenie. Wybierzemy się w świat mitycznych dzikich, porozmawiamy z jakimś prymitywem, może przywieziemy artefakt, a potem podsumujemy jak Karol Borowiecki z Ziemi Obiecanej Reymonta: „[…] i to jest noble. Dlatego człowiek ma humor i ochotę na życie”.

Łukasz Ciemiński 

    Szybko jednak okazać się może, że ów naiwny twórca domaga się poważnego traktowania swojej sztuki, a jego naiwność chce wyrastać z francuskiego „naïf” – oznaczającego to, co szczere, a zatem – prawdziwe. Wytrąca nas ta sztuka z dobrego samopoczucia, wymaga konfrontacji, bo przecież nie przystaje do wyobrażonej ludowości, daleka jest od sztuki tworzonej w pracowniach terapii zajęciowej. Przeczuwamy, że odstaje od wszystkiego, co wiedzieliśmy, ale zaczyna w nas rezonować, wymagając podjęcia decyzji – odrzucamy i uciekamy, chcąc jak najszybciej zapomnieć, albo zostajemy i próbujemy wysłuchać tej opowieści!

    Takie są rzeźby urodzonego w Długim Kącie 19 listopada 1927 roku Jana Chodary ze Stanisławowa na Roztoczu. Artysta w równym stopniu osobny, co osobliwy. Pierwszy mój kontakt z jego pracami znalezionymi na stronach popularnego serwisu aukcyjnego wprawił mnie w konsternację. Jako początkujący miłośnik polskiej rzeźby ludowej wyczuwałem w nich pewną szczerość i autentyzm. Nijak nie przystawały jednak do tego, co o sztuce ludowej wiedziałem. Pytałem sprzedawcę o personalia artysty, odpowiedź nie nadeszła. Intuicja nie znalazła we mnie posłuchu, żadnej pracy nie zakupiłem – wciąż dowierzając nieznośnemu szkiełku i oku, i pragnąc posiadać w swojej kolekcji spotkań tylko twórców znanych, uznanych i zaszeregowanych w teczkach osobowych Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Poległem też w tej sytuacji jako historyk sztuki! Przecież można było zrealizować postulat „historii sztuki bez nazwisk” i najzwyczajniej w świecie zaufać tej wymagającej, ale wibrującej formie! Taką czujnością wykazali się Anna i Paweł Słoczyńscy, którzy zakupiwszy wiejski dom na Roztoczu, zainteresowali się twórcą rzeźb z przydomowego ogródka, o którego sztuce donosiła reporterka „Tygodnika Zamojskiego”, zwąc ją „Koślawym zadziwieniem”. Szybko dotarli do Stanisławowa koło Józefowa, w którym mieszkał i tworzył Jan Chodara. Wizyta stała się początkiem pięknej przyjaźni, a małżeństwo Słomczyńskich pierwszymi i wiernymi odbiorcami oraz kolekcjonerami sztuki tworzonej przez tego artystę. Z każdej wyprawy przywozili kolejne zastępy postaci, które czasem są świątkami, innym razem gigantycznymi formami pomnikowymi, zamkniętymi w mikroskali. Ale nie tylko sztuką artysty byli oczarowani, a przede wszystkim klimatem, który panował w domu Jana i jego żony Sabiny. Anna Słomczyńska urzeczona była atmosferą serdeczności, przyjaźni, uważności i czułości. „Jak oni się kochali!” – wyznała podczas naszej rozmowy telefonicznej. Ta, jak mniemam, największa w Polsce kolekcja prac roztoczańskiego twórcy jest przede wszystkim zapisem głębokich spotkań. Nie jest to zbiór zrodzony z żądzy posiadania, starannego ustawiania na półkach kolejnych trofeów – zinwentaryzowanych i przeliczonych na pieniądze. Jest przede wszystkim zapisem tej szczerej i oddanej relacji, nanizanymi na nić codzienności paciorkami wspólnych rozmów, świąt, przebywania ze sobą próbą zrozumienia i podzielenia się tą opowieścią z innymi. Nic zatem dziwnego, że małżeństwo Słomczyńskich dołożyło wszelkich starań, by swoją kolekcję, a przede wszystkim świat wyobraźni Jana Chodary pokazać szerszemu gronu odbiorców. Wspólnie z Jerzym Barankiewiczem (który podobnie jak ja zetknął się z pracami artysty w drugim, handlowym obiegu) zorganizowali w 2021 roku dwie wystawy na Roztoczu – w Zwierzyńcu i Józefowie, a także zainteresowali nimi Muzeum Polskiej Sztuki Ludowej prowadzone przez prof. Mariana Pokropka w Otrębusach, gdzie w 2022 roku miała miejsce trzecia wystawa prac artysty zatytułowana „Posłannictwo zesłane przez Boga”. Czwartą wystawą przygotowaną w 2024 roku przez Paulinę Hoffman-Orlicką w Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce była ekspozycja o genialnym tytule: „Jan Chodara. Rzeźby w stylu”. Mieści się w tym tytule cała nieoczywistość sztuki Chodary, która wymyka się jakimkolwiek klasyfikacjom oraz w obliczu której zmuszeni jesteśmy skapitulować i zwyczajnie (choć odnoszę smutne wrażenie, że technicyzacja skutecznie odziera nas z tej umiejętności) się zachwycić. Niektórzy próbują włączać twórczość Chodary do nurtu art brut, ale nie jestem przekonany do tej klasyfikacji. Podobnie nie sądzę, by były to rzeźby neoludowe. Jeśli jednym z wyznaczników bycia „artbrutowcem” jest bycie niepodatnym na wpływy kultury, to Chodara się w tej definicji nie mieści. Czerpie w swojej twórczości z ikonografii maryjnej pełnymi garściami. Mamy tu Niepokalaną, Niepokalane Serce i Matkę Boską z Lourdes. Nagle, jak wcale nie fałszywy ton, wbija się tu dosłownie i w przenośni jakiś ptaszek. Co z nim zrobić? To próba uludowienia rzeźby? Może jakimś wspólnym mianownikiem jest tu po prostu – sztuka! Sztuka zrodzona z pasji tworzenia, może nawet upoetyczniania rzeczywistości, w której kapsle, koraliki, guziki, druty i blaszki konserw stają się pełnoprawnym tworzywem rzeźbiarskim. Z tych odpadów rzeczywistości powstają prawdziwe wszechświaty wyobraźni, a cała twórczość Chodary staje się wielkim kalejdoskopem, w którym ścinki układają się w prawdziwe galaktyki

    Przygoda Chodary z rzeźbą rozpoczęła się w latach 70. XX wieku. Impulsem do tworzenia była chęć wykonania wystroju kościoła polskokatolickiego w Długim Kącie. Nic zatem dziwnego, że prace wyrastały na podłożu ikonografii chrześcijańskiej, a postaci świętych tworzą w oeuvre artysty prawdziwe zastępy. Nie brakuje tu przedstawień Chrystusa i Marii, żywo inspirowanych produkcją fabryczną dewocjonaliów – ta zawsze była dla artystów ludowych punktem wyjścia i odniesienia, a jednocześnie gwarantem ortodoksyjności plastycznie wyrażanych prawd. Chodara poszedł jednak własną drogą. Totemiczne w wyrazie postaci świętych, twarze – maski, dalekie są od idyllicznych przedstawień „Maryjek”, które powinny znaleźć się w mieszkaniu, a najlepiej wiejskim siedlisku każdego miłośnika polskiego folkloru. Surowość formy i wyrazu ma w sobie zdecydowanie więcej z umowności i znakowości ikony niż przypudrowane tanim różem oleodrukowe Madonny, którym bliżej do porcelanowych lalek. I nawet umieszczane gdzieniegdzie sztuczne kwiaty, koraliki, sreberka nie pozbawiają tych prac siły rażenia. Jesteśmy skonfrontowani z postaciami, które walczą na śmierć i życie. Przybyszami z wiejskiego eschatonu, w którym nie ma czasu na rozdrabnianie się na rzeczy nieistotne. Patrzą nierzadko surowym, czasem melancholijnym wzrokiem, nierzadko cierpią – ale patrzą i zmuszają nas do zajęcia określonego stanowiska. Stajesz pod ostrzałem tego spojrzenia i chcesz słuchać prawdy – albo odejdź i żyj dalej złudzeniami. Nawet zwierzęta rzeźbione przez Chodarę mają w sobie coś z prawdy o życiu… Nie przymilają się do nas słodkie kotki z jarmarcznych straganów. Te zwierzęta są nierzadko drapieżne, szczerzą kły, ale zdobywają naszą sympatię, bo są (po ludzku?) prawdziwe!

    Twórczość Jana Chodary była zawsze poza głównym nurtem. I jak wymykała się definicjom, tak i kiermaszom, folklorom, galernikom. Niezauważony za życia (artysta zmarł 23 listopada 2013 roku) przez środowisko etnografów i kolekcjonerów. Rozpoznany przez tych, którzy chcieli i potrafili słuchać. Opłakiwany przez tych, którzy jak ja, zbyt późno poznali się na jego talencie. Wreszcie i podziwiany przez szczęśliwców, którzy jak ja – zdobyli choć jedną jego pracę! 

    Zatem jego rzeźby, moim zdaniem, to ani art brut, ani sztuka ludowa. To po prostu rzeźby w stylu... Chodary!

Łukasz Ciemiński

Redakcja na stronie Julia Wolny, studentka e-edytorstwa i technik redakcyjnych.

Skrót artykułu: 

Różnokolorowe folklory, zespoły pieśni i tańca, do tego najlepiej i „chata rozśpiewana”, a przede wszystkim przekonanie, że sztuka zwana ludową czy naiwną musi wpisywać się w ten nurt. Ma dawać złudne poczucie sielskości, beztroski i najlepiej nie zadawać pytań, nie wytrącać nas z dobrego samopoczucia ludzi kochających to, co proste, swojskie i nieskomplikowane w odbiorze – czekające na nas – kolonizatorów, którzy nadadzą im znaczenie. Wybierzemy się w świat mitycznych dzikich, porozmawiamy z jakimś prymitywem, może przywieziemy artefakt, a potem podsumujemy jak Karol Borowiecki z Ziemi Obiecanej Reymonta: „[…] i to jest noble. Dlatego człowiek ma humor i ochotę na życie”. Łukasz Ciemiński o rzeźbach Jana Chodary ze Stanisławowa na Roztoczu. 

fot. eOstroleka.pl.

Dodaj komentarz!