
Małgorzata Adamczyk: Instrumentów, na których Pani gra, jest dużo.
Malwina Paszek: Tak, gram na kilku instrumentach. Lira jest teraz na pierwszym planie, musiałam się na coś zdecydować, poświęcić jednemu instrumentowi najwięcej czasu. Padło na nią. Jako dziecko zaczęłam uczyć się gry na fortepianie. Pierwsze lekcje miałam z niezwykle ciekawą nauczycielką, dzięki której przetrwałam formalną edukację w szkołach muzycznych. Jestem po klasycznej edukacji w szkole pierwszego i drugiego stopnia na fortepianie. Skończyłam teorię muzyki w poznańskiej Akademii Muzycznej, ale wszystko zaczęło się właśnie od fortepianu, gdy miałam sześć–siedem lat.
Muzyka przyszła samoistnie?
Pierwszy instrument, z jakim miałam kontakt, to pianino, a w zasadzie pianina znajdujące się w pracy mojej mamy, która była zatrudniona w hybrydzie domu kultury i muzeum w małej miejscowości. W mojej rodzinie nie ma wykształconych muzyków – są ludzie muzykalni i ci uzdolnieni manualnie. Istnieje korelacja między zdolnościami rzemieślniczymi i muzycznymi. Moi dziadkowie i pradziadkowie zajmowali się krawiectwem, stolarstwem i tak dalej. W pewien sposób zostało to, na okrętkę, odziedziczone. W domu słuchało się bardzo dużo różnej muzyki, a dzięki mamie pracującej w muzeum w Zdunach i Krotoszynie, w którym odbywało się wiele wydarzeń związanych z muzyką naszego regionu, jestem blisko z ludowością, odkąd pamiętam.
Muzyka to jedno, a muzyka związana z tradycją to drugie. Jak Pani się do niej przekonała?
Nie musiałam się do niej przekonywać, ponieważ ona była ze mną cały czas. Odczarować lirę korbową Malwina Paszek to multiinstrumentalistka, edukatorka, lirniczka o wyjątkowym głosie, zafascynowana muzyką tradycyjną i współczesną. Poza działalnością sceniczną prowadzi warsztaty muzyczne. Udowadnia, że tradycyjne instrumenty mogą brzmieć świeżo i nowocześnie. W rozmowie z Małgorzatą Adamczyk opowiada o swojej muzycznej drodze, nieposkromionym głodzie nowych instrumentów i inspiracjach. Moje początki z pieśniami tradycyjnymi związane były z utworami z Białorusi i Ukrainy. Zawsze podobała mi się wielogłosowość, jednak śpiewanie z kimś było utrudnieniem, zwłaszcza w mniejszej miejscowości. Z tego powodu zaczęłam jeździć na warsztaty. Po wielu latach zabrałam się za eksplorowanie muzyki z mojego regionu. Na początku wydawała mi się mało atrakcyjna. Jednogłosowa, często w durowych tonacjach (choć trafiają się melodie w różnych skalach), o mało lirycznej tematyce, a jednak okazało się, że i ona ma swoje interesujące przejawy. By odkryć te najciekawsze utwory, trzeba było poszukać głębiej.
Jakie instrumenty, poza lirą korbową, towarzyszą Pani twórczości?
Moim drugim instrumentem była altówka, trzecim – skrzypce. Wybór padł na nie z powodu braków w szkolnych orkiestrach. Kiedyś było tak, że decyzja dotycząca drugiego instrumentu nie należała do ucznia. Nauczyciel wychodził z propozycją, z którą trudno było dyskutować. Nie miałam nic przeciwko, ponieważ instrumenty smyczkowe są według mnie fascynujące. Później pojawił się akordeon – prezent na osiemnaste urodziny od rodziców. Przez dłuższy czas, zanim nie dorobiłam się liry, na której gram obecnie, właśnie on był przeze mnie najczęściej wykorzystywany. W liceum pojawiły się też cytry. Najpierw najbardziej popularna, cytra gitarowa, która ma część chromatyczną i akordową, później cytra klawiszowa – autoharp. To był amerykański wynalazek. Mam też fujarę słowacką, którą wykorzystuję w teatrze. Potrafię grać również na organach kościelnych. Na trzecim lub czwartym roku studiów byłam do tego zachęcana przez stroiciela od fortepianu. Mam predyspozycje do gry na organach, jestem w stanie opanować różne rzeczy równolegle. Ten instrument bardzo mnie zainteresował. Podjęłam ryzyko, żeby sześć lat edukacji szkoły muzycznej drugiego stopnia zrealizować w półtora roku. I to się udało. Ćwiczyłam w zasadzie w każdej wolnej chwili. Dostałam się do Akademii Muzycznej na organy, ale niestety czar prysł. Nie wiem, czy walka o salę mnie zmęczyła, czy przymus grania repertuaru liturgicznego, który mnie nie interesował. Chciałam grać muzykę barokową, francuską muzykę XIX-wieczną i współczesną. Nie chciałam uczyć się gry liturgicznej. Wtedy bardzo mocno odzywała się do mnie lira. Na trzecim roku kupiłam pierwszy instrument.
Dlaczego lira?
Odpowiedź na to pytanie jest trudna, ponieważ po latach zorientowałam się, że bardzo lubiłam słuchać nagrań pewnego zespołu muzyki dawnej, który wykonywał pieśni pielgrzymów w bardzo nowoczesny, a jednocześnie folkowy sposób. To było dla mnie fascynujące. Kalenda Maya „Pilegrimsreiser” – dostałam tę płytę jako nagrodę na zakończenie roku szkolnego w szkole muzycznej pierwszego stopnia. Słuchałam jednego z utworów na okrągło. Brzmienie liry korbowej nie było tam oczywiste, ale mnie zainteresowało. Później trafiłam na płytę „Prototyp” skandynawskiego duetu Hurdy-Gurdy Project. Wykorzystanie i brzmienie liry było wyjątkowe, muzycy korzystali z niej w nowoczesny sposób, jej dźwięk był elektronicznie przetworzony. Zafascynowały mnie możliwości wykonawcze tego instrumentu. Wtedy wpadłam jak śliwka w kompot. Przełomowym momentem było spotkanie z Robertem Jaworskim z Żywiołaka, który występował na Studiu Zduny – wydarzeniu w mojej rodzinnej miejscowości. Moja mama, która brała udział w organizacji imprezy, dała mi znać, że pojawi się tam lirnik. Wybrałam się tam z tatą, a na lirze grałam pięć godzin. Wkręciłam się i tak już zostało. Później pojawił się proces związany ze zdobyciem i poszukiwaniem instrumentu, finansów. Wówczas również bardzo pomógł mi Robert Jaworski, który negocjował z panem Stanisławem Wyrzykowskim, budowniczym mojej pierwszej liry.
Jest Pani autorką podręcznika do nauki gry na lirze korbowej.
Tak, praca nad podręcznikiem ruszyła w 2022 roku – jesienią i zimą. Kiedy zaczęłam robić research, znajdowałam w książkach informacje wzbudzające moje wątpliwości. Po konsultacjach z mądrymi ludźmi okazało się, że znajdują się w nich rzeczy bezsensowne, wprowadzające zamęt. Mój podręcznik składa się z pięciu rozdziałów, ułożonych od treści najbardziej podstawowych aż do średniozaawansowanych. Konsultowałam się z Matthiasem Loibnerem, który również jest autorem takiej książki oraz bardzo ważnym człowiekiem, jeśli chodzi o moją osobistą drogę związaną z lirą korbową. Myślę, że mamy sporo wspólnego. Obydwoje jesteśmy po klasycznej edukacji, klasyka jednak została przez nas w pewnym momencie odstawiona, pojawiło się zainteresowanie muzyką etniczną. Istotnym tematem jest poszukiwanie rozwiązań zapisu nutowego dla kompozytorów. Cieszę się, że mogłam konsultować się z taką osobą. Wielu ludzi pyta mnie o podręcznik, więc wiem, że istnieje takie zapotrzebowanie. Nawet środowisko ukraińskich lirników jest nim zainteresowane.
Jakie regiony interesują Panią pod względem muzycznym?
Ważnym tropem jest dla mnie eksploracja pieśni polskich. W trakcie trwania prac nad płytą przekopywałam setki pieśni ze zbiorów poznańskiej Akademii Muzycznej i Biblioteki Raczyńskich. Oprócz melodii rodzimych zawsze fascynowały mnie pieśni białoruskie ze względu na ich dzikość, organiczność, połączenie z naturą, intensywny śpiew. Lubię używać określenia śpiewokrzyk, czyli śpiew i okrzyk, nie krzyk, tylko zawołanie. Funkcjonuje on niemal na granicy śpiewu i wołania. W wykonawstwie wykorzystywana jest również przestrzeń, w której się śpiewa – preferowane są miejsca otwarte, stepy, lasy, pola. Zawsze bardzo mnie to fascynowało. Pieśni białoruskie mają zupełnie inny charakter, choć są często dwugłosowe, ale nie trzy- czy czterogłosowe jak ukraińskie, które charakteryzują się bardziej sformalizowaną harmonią. W pieśniach białoruskich jest dużo więcej elementów archaicznych, naśladujących zjawiska przyrody, zwierzęta.
Jest Pani również kompozytorką. Skąd czerpie Pani inspirację?
Jeśli chodzi o inspiracje muzyczne, to zawsze interesowały mnie muzyka dawna i współczesna. Lubelski festiwal KODY łączy te dwa światy. Miałam kiedyś okazję na nim występować. Uważam, że te dwie muzyczne płaszczyzny operują podobnym językiem – skalą, brzmieniami, otwartością na poszukiwania. Przede wszystkim jednak inspiruje mnie sam instrument, na którym gram. Jego drgania przechodzące przez ciało sprawiają, że czuję go wręcz organicznie. Grając na nim, nie mam poczucia wystawienia przed publiczność, na myślenie o tym, co zrobić, by ją zadowolić. To staje się nieistotne, ponieważ wchodzę w relację z instrumentem i odpływam. Lubię instrumenty, fascynują mnie. Gdybym miała więcej czasu, na pewno byłoby ich więcej w mojej twórczości. Trudno okiełznać chęć nauki gry na nowych instrumentach. Inspirują mnie również rzeczy pozamuzyczne, wizualne. Plastyka jest dla mnie bardzo istotna. Interesuję się też mózgiem i ciałem człowieka. Kiedy gra się na instrumencie, można poczuć organiczne połączenie człowieka z tym przedmiotem. To bardzo ciekawe doświadczenie. Bycie z instrumentem.
Czy lira korbowa to instrument zarezerwowany wyłącznie dla produkcji tradycyjnych? Podejmowałam współpracę ze współczesnymi kompozytorami. Brałam udział w wykonaniach kompozycji Szymona Godziemby-Trytka, elektroakustycznej kompozycji Lidii Zielińskiej – wykonywanej po raz pierwszy podczas festiwalu KODY – i innych kompozytorów z Akademii Muzycznej w Poznaniu. Współpracowałam także z Barbarą Kaszubą oraz Orkiestrą Kameralną Polskiego Radia Amadeus. W ramach współtworzonej przeze mnie fundacji Korba mamy za sobą wiele przedsięwzięć związanych z muzyką współczesną. Realizowaliśmy projekt finansowany z ZAIKS-u, w ramach którego odbywały się warsztaty dla kompozytorów, prace nad kompozycjami oraz tworzenie katalogu prezentującego dostępne utwory – partytury i nagrania – na stronie fundacji. W ramach tego projektu powstały różne utwory zarówno na lirę, jak i lirę z elektroniką. Z Matthiasem Loibnerem zaczęłam pracować nad katalogiem współczesnych kompozycji na lirę korbową. To zbiór utworów, opisujemy je w tabelkach, zaznaczamy, co jest dostępne. Większość kompozycji podchodziła do tego instrumentu w sposób ograniczony. Był on jedynie nawiązaniem do ludowości, muzyki dawnej. To zaczęło mnie zastanawiać. Nie sięga się do tego instrumentu jako do przedmiotu, który wydaje dźwięki, a jedynie jako do nośnika pewnych motywów przewodnich. Towarzyszy mu rodzaj skażenia obcy instrumentom takim jak skrzypce, klarnet, wiolonczela, nieprzywołującym skojarzeń z danym gatunkiem, stylem, epoką. Lira wprost kojarzy się z muzyką ludową. Chciałabym to odczarować, dlatego poświęcam się projektom skupionym na muzyce współczesnej.
Jakich kolejnych działań możemy się spodziewać?
Chciałabym wypuścić nowy klip. To całkiem zabawna sytuacja, moja płyta, „Dziewuchy”, wyszła w 2021 roku. W 2023 roku wypuściłam pierwszy klip, wideo do utworu „Dobranoc, kuochanko”. Gdybym miała kilka żyć, pewnie zajmowałabym się też filmem. Ruchomy obraz jest naprawdę niesamowity. Praca operatora również jest fascynująca. To straszne, gdy człowieka interesuje zbyt dużo rzeczy. Będę kontynuować pracę nad podręcznikiem. W sierpniu 2023 roku zawiązałam nowy, niefolkowy zespół z moimi koleżankami – Oliwią Abravesh i Ulayaną Toberą. Podstawą wykonywanych przez nas tekstów są wyliczanki dziecięce, ale nie jest to repertuar dla dzieci. Są one czasem bardzo nietypowe, zaskakujące. Dzieci mają nieskrępowane, twórcze podejście. Są nieunormowane, nieugrzecznione. Z dziewczynami, w zespole Druhny, wykonujemy także pieśni wielkopolskie i chciałybyśmy je wkrótce wydać. Chciałabym kontynuować projekty w ramach fundacji. Czekają mnie koncerty. Zobaczymy, gdzie mnie poniesie.
Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Adamczyk
Malwina Paszek to multiinstrumentalistka, edukatorka, lirniczka o wyjątkowym głosie, zafascynowana muzyką tradycyjną i współczesną. Poza działalnością sceniczną prowadzi warsztaty muzyczne. Udowadnia, że tradycyjne instrumenty mogą brzmieć świeżo i nowocześnie. W rozmowie z Małgorzatą Adamczyk opowiada o swojej muzycznej drodze, nieposkromionym głodzie nowych instrumentów i inspiracjach.
fot. K. Kordulski: Mikołajki Folkowe 2023