Od Kilimandżaro do Karaibów

Dominik Maiński

Gdy zdobywał Kilimandżaro, płakał z radości. W Chile trafił w sam środek rewolucji, a w Gujanie Francuskiej uratował leniwca. Dominik Maiński, doktor historii i historyk sztuki, podróżnik i przewodnik, o  najtrudniejszych i  najpiękniejszych chwilach ze swoich licznych ekspedycji, spotkaniach z  lokalnymi społecznościami oraz refleksjach towarzyszących jego wędrówkom opowiedział w rozmowie z Małgorzatą Adamczyk.

Małgorzata Adamczyk: Niedawno odwiedził Pan Amazonię i Karaiby. Jak wrażenia?

    Dominik Maiński: To jedna z moich najlepszych podróży. Zacząłem od Gujany Francuskiej, która jest największym zamorskim terytorium zależnym Francji, a więc częścią Unii Europejskiej. Główną atrakcją regionu, oprócz dżungli, jest Centrum Kosmiczne w Kourou. Oczywiście najlepiej jest tam pojechać, gdy startuje rakieta. Udało mi się spędzić kilka nocy w lesie deszczowym, gdzie najbardziej ekstremalnym doświadczeniem jest spanie w hamaku. Trzeba go odpowiednio zabezpieczyć, aby nie zostać ukąszonym przez przechodzące pod spodem stworzenia. Paradoksalnie jednak najniebezpieczniejsze w dżungli nie są jadowite zwierzęta, tylko mogące spaść na nas niestabilnie posadowione w ziemi drzewa. Zastanawiam się do dzisiaj nad fenomenem specyficznego snu, jakiego doświadczyłem tam w lesie. Czy rzeczywiście spałem, czy raczej byłem w stanie półjawy? Przez większość nocy miałem świadomość otaczającej rzeczywistości, ale nad ranem czułem się wyspany. Podczas rozmowy z jednym z moich miejscowych kompanów dowiedziałem się, że w dżungli sen jest osobliwy i nie do końca znany jest tego powód.

    Po Gujanie przyszedł czas na Surinam, Trynidad i Tobago oraz kilka dalszych wysp karaibskich – Saint Lucia, Dominika i Martynika. Dominikę (nie mylić z Dominikaną, co się często zdarza) wybrałem z powodu… swojego imienia. Zbyt wiele na jej temat nie wiedziałem. Okazała się jednym z najpiękniejszych miejsc odwiedzonych podczas tej wyprawy. Atrakcyjne jest tam wszystko – przemili, niespieszący się nigdzie ludzie, krystalicznie czysta woda, wulkany, wodospady, gorące źródła, Boiling Lake, zieleń w niebywale ciemnym odcieniu, zwierzęta – endemiczne kolibry i amazonka cesarska. Udało mi się nawet poznać osobiście panią prezydent kraju – Sylvanie Burton, która jest pierwszą kobietą na tym stanowisku i pierwszą wybraną spośród rdzennej ludności Karaibów. Przesympatyczna osoba.

Ale wróćmy do początku. Od czego zaczęło się Pana zamiłowanie do podróży?

    Pamiętam wyjazd z rodziną w 1995 roku. Minęło już sporo lat od tego momentu. Celem podróży była Hiszpania – Costa Brava. W Polsce byliśmy zaledwie sześć lat po przełomie politycznym. Pamiętam tamtą piękną Hiszpanię – ciepło, kolorowo, ludzie spędzający czas wieczorami na zewnątrz. Do malutkiej miejscowości Platja d’Aro dotarliśmy w piątkowy wieczór. Pod koniec tygodnia miejsce to zamieniało się w przestrzeń jednej wielkiej ulicznej imprezy. Wtedy poczułem się bardzo nieswojo. Gdy w Polsce wciąż panowała szarzyzna, tam był kompletnie inny świat. Nie wiem, czy to moja imaginacja, ale pamiętam, jak przed dotarciem do Hiszpanii przejeżdżaliśmy przez granicę polsko-niemiecką w Zgorzelcu i wydawało mi się, że wkraczamy do zupełnie innej rzeczywistości. Miałem wrażenie, że wtedy nawet zieleń wyglądała w Niemczech inaczej niż u nas. Z kolei Hiszpania nie była tak dotknięta komunizmem, a w Polsce dopiero rozpoczynał się czas kapitalizmu.

    Intensywniej podróżować zacząłem kilkanaście lat temu, w 2012 roku. Pojechałem na Islandię w ramach programu Erasmus, wynająłem samochód – pierwszy raz za granicą – i objechałem wokoło niemal całą wyspę. Na liczniku było 1800 kilometrów. Kraj ten sam w sobie jest niebywały. Zobaczyłem mnóstwo fantastycznych miejsc, zwłaszcza na południu. Otaczały mnie fiordy, wchodziłem na lodowce i wulkany. Później jednak nigdy nie wróciłem na Islandię. I pewnie już nie wrócę,  bo nie podróżuję w te same miejsca, jakkolwiek nie byłyby wspaniałe. Pewnie nie zdążę zobaczyć wszystkich krajów świata, dlatego tym bardziej nie chcę marnować czasu na powroty. Islandia była mocnym początkiem moich wyjazdowych przygód i chyba właśnie ona zachęciła mnie do tego, by podróżować częściej. Wyjazdy to dla mnie jako historyka i historyka sztuki możliwość obcowania z pięknem wytworów ludzkiej ręki, ale też kontaktu z różnymi formami natury. Teraz jest mi chyba bliżej do przyrody.

Na jakiej zasadzie dobiera Pan destynacje podróży?

    To jest dosyć ciekawa sprawa. W życiu staram się być racjonalistą, ale czasem w sposób magiczny, nie wiedząc dlaczego, być może jako efekt przeczytania jakiejś książki czy ujrzenia jakiegoś obrazu, czuję niewytłumaczalną ochotę, aby znaleźć się w danym miejscu. Pewnie niektórzy mogliby się zdziwić, ale w sferze moich pierwszoplanowych kierunków podróży nie ma na przykład Indii. Być może podświadomie kraj ten kojarzy mi się z trudnym losem mieszkających tam ludzi, z przeludnieniem i głodem. Zdaję sobie sprawę, że Indie są fantastyczne pod prawie każdym względem i turystycznie oblegane. Natomiast bardziej pociągała mnie przez całe życie Ameryka Południowa, a szczególnie Chile. Chciałem poczuć ducha latynoskiej Ameryki. I poczułem.

    Do Chile trafiłem w czasie rewolucji 2019 roku. Nieżyjący już prezydent Sebastián Piñera, nazywany Piranią, po okresie rządów pogłębiających podziały społeczne w pewnym momencie podwyższył (nieznacznie) ceny biletów komunikacji miejskiej, czym spowodował przewrót, którego skutkiem było zniszczenie niemal całego systemu metra w stolicy i spalenie wielu budynków w kraju, w tym kościołów. Do Santiago przyleciałem nocą, kiedy zbuntowani mieszkańcy palili różne rzeczy na ulicach. Wprowadzono godzinę policyjną. Po stolicy jeździły wozy opancerzone. Raz, gdy oglądałem demonstrację uliczną, przeleciała mi koło głowy butelka. Pobyt nie był bezpieczny, występowały znaczne trudności komunikacyjne, co mogło mnie na dłużej zatrzymać w jednym miejscu, np. na... Wyspie Wielkanocnej. Od Chilijczyka Sandro, u którego mieszkałem przez kilka dni, usłyszałem znamienne słowa: „Przyjechałeś tutaj, może nie jest łatwo, ale przynajmniej doświadczyłeś ducha Ameryki Południowej”. I miał rację. Chodziło mu też o sposób, w jaki ludzie załatwiają sprawy. Gdy są niezadowoleni, szybciej niż w innych częściach świata wychodzą na ulice. Dzisiaj bardzo się cieszę, że akurat wtedy, trochę przez przypadek, zdarzyło mi się tam być. Po Chile odwiedziłem Argentynę. Pewnego razu, zwiedzając katedrę w Buenos Aires, zobaczyłem w oddali, że coś leży na jednej z ławek. Wydawało mi się, że to śpiący człowiek. Okazało się jednak, że jest to rzeźba z brązu. Artysta dosłownie potraktował temat biedy i wyrzeźbił leżącego we wnętrzu świątyni Chrystusa ubogich. W innych kościołach w ołtarzach widziałem figury Jezusa w perukach z ludzkich włosów, co w sztuce naszego kręgu kulturowego jest dosyć rzadkie. W Ameryce Południowej, krajach latynoskich, hiszpańskojęzycznych dominuje pewna dosłowność i naturalizm, specyficzny, bardzo emocjonalny „duch”.

Zobaczył Pan prawie 80 krajów świata. Jakie trudności podczas podróży Pan napotykał?

    Przeważnie mam szczęście do spotykanych ludzi oraz – co bardzo ważne – pogody. Nie jestem zwolennikiem zbyt długiego przebywania na plaży i w jednym miejscu. Cały czas staram się być w ruchu, żeby zobaczyć jak najwięcej. To trudne w gorącej Afryce czy podczas pór deszczowych w różnych zakątkach świata. Staram się też podróżować, gdy w Polsce jest zimno.

    Najbardziej ekstremalnym wyczynem, którego dokonałem dotychczas, było wejście na Kilimandżaro w listopadzie 2023 roku. Góra nie jest trudna do zdobycia, ale wymaga czasu oraz wytrzymałości fizycznej, a przede wszystkim psychicznej. W końcu – dochodzi się do szczytu cztery dni, a schodzi dwa. Aby aklimatyzacja była skuteczniejsza, czas powinien być dłuższy. Ja go nie miałem, bo czekały na mnie kolejne zaplanowane miejsca. Wchodząc na górę, doświadcza się ulewnego deszczu w strefie zalesionej, prażącego słońca na odkrytych stokach oraz przeszywającego mrozu i wiatru w najwyższych partiach. Gdy pada deszcz, nic nie jest nas w stanie przed nim uchronić, żadne przeciwdeszczowe materiały. Potem się tylko marzy, żeby pojawiło się słońce, które mogłoby wysuszyć ubrania. Wiem, że opady i woda są zbawienne zwłaszcza w Afryce, ale na Kilimandżaro znienawidziłem deszcz, przynajmniej na jakiś czas. Najgorszym, czego się obawiałem, była choroba wysokościowa, która mogła zakończyć wspinaczkową przygodę, ale obyło się bez niej. Nie wszystkim jednak udało się dokończyć wyprawę. Kilku wysportowanych Francuzów, których spotkałem niedaleko wejścia do Parku Narodowego Kilimandżaro, nie zdobyło szczytu. Gdy byłem z powrotem w Moshi – bazie wypadowej u podnóża góry – popłakałem się jak dziecko z radości oraz ujścia wszystkich nagromadzonych napięć i emocji. Po zdobyciu najwyższego wzniesienia Afryki, liczącego prawie sześć kilometrów, w głowie pojawiła mi się górnolotna myśl, że teraz można osiągnąć w życiu wszystko. Dlatego nieco straciłem czujność podczas kolejnego punktu wycieczki – w Ugandzie, gdy nad Nilem obsiadły mnie muchy tse-tse. Kilimandżaro dało mi szansę poznać bliżej lokalsów. Wchodziłem na szczyt z siedmioma Tanzańczykami, a potem jeszcze dwa dni zajęło nam wspólne zejście. Na początku czułem się dosyć nieswojo, gdy „obsługiwało” mnie tylu ludzi (dwóch przewodników, kucharz, kelner i tragarze), sami mężczyźni. Sporo rzeczy się od nich dowiedziałem na temat ich losów i życia w kraju. Wchodząc na szczyt, poza swoją ekipą przewodników i tragarzy spotkałem też wielu innych. Przyglądałem się, jak są kiepsko ubrani i co mają na nogach – czasem wręcz mizerne sandały. Poza tym wnoszą do ostatniego obozu przed szczytem namioty (ten, gdzie pomocnicy śpią, namiot-sypialnia dla turystów oraz jadalny), kuchenkę, produkty żywnościowe dla wszystkich na cały tydzień itd. Niektórzy wędrują tak kilka razy w miesiącu, realizując zachcianki żądnych przygód Europejczyków, przy czym ich praca wyceniona jest na nie więcej niż 100 euro za jedno wejście. Nie miałem więc żalu i zostawiłem im większy niż norma przewiduje napiwek.

    Trudności w podróżowaniu mają przede wszystkim związek z bezpieczeństwem. Gdy zdecydowałem się pojechać na początku 2024 roku do Trynidadu i Tobago, wiedziałem, że państwo było wówczas na szóstym miejscu listy najniebezpieczniejszych krajów świata. Gdy dokonywałem przelewu na konto lokalnej trynidadzkiej firmy przewodnickiej za jedną z miejscowych wycieczek, zadzwoniła do mnie pracownica mojego polskiego banku z pytaniem, czy na pewno jestem świadomy tego, co robię. Ale na miejscu wystarczyło być czujnym i na przykład nie odwiedzać dzielnicy Laventille w Port of Spain, gdzie codziennie dzieje się coś złego

Jak wyglądały Pana spotkania z innym? I jak w dalekich regionach świata ludzie reagują na Europejczyka?

    Uwielbiam poznawać nowe kultury. Bardzo lubię klimat Azji, zwłaszcza tej dalekiej. Laos, Kambodża czy Wietnam to tereny piękne, ale też tragicznie dotknięte wojnami i dyktaturą. Wyjątkowo okrutny był zwłaszcza reżim Czerwonych Khmerów w Kambodży. Mimo wszystkich złych doświadczeń mieszkańcy radzą sobie ze swoją historią. Nie jestem pewien, z czego to wynika. Podejrzewam, że istotną rolę odgrywa buddyzm, który jest sposobem radzenia sobie z cierpieniem i uspokaja. My z kolei w Europie nie do końca potrafimy zapomnieć i wybaczyć dawne krzywdy,których doświadczyliśmy. Rozdrapujemy ustawicznie rany. Udało mi się kiedyś zorganizować dwie edycje autorskiego East est – Festiwalu Wschodnich Podróży. Interesowała mnie przede wszystkim mentalność wschodnia i wokoło tego tematu toczyły się niektóre dyskusje i spotkania. Jednym z głównych gości była Elżbieta Dzikowska. Podróżniczka zaprezentowała wtedy wykonane przez siebie sławne fotografie portretowe ukazujące uśmiechnięte azjatyckie twarze. Mam wrażenie, że uśmiech tamtych ludzi jest inny od europejskiego.

    Pamiętam niedawną wizytę z grudnia 2024 roku na jednej z wysp Bijagós w Gwinei Bissau i zdziwienie dzieci, które rzadko – albo wcale – widzą ludzi o białej skórze. Uroczy był moment, gdy dotykały mnie po rękach i ciągnęły włosy. Tamtejsi mieszkańcy mają ręce pozbawione owłosienia. Miałem możliwość i przyjemność obcować z ludźmi z wielu kręgów cywilizacyjnych, które różnią się od siebie. Banałem jest stwierdzenie, że jesteśmy też inni pod względem wyglądu. Jednak w sprawach ogólnoludzkich bywamy bardzo podobni. Ludzie pracują, w wolnych chwilach bawią się, w piątki przed weekendem piją alkohol, pomagają sobie, śmieją się z podobnych rzeczy, denerwują ich te same sprawy. Dogadamy się, gdziekolwiek byśmy byli, nawet mową ciała, jeśli istnieje bariera językowa.

    W kontaktach z tubylcami Polakom pomaga to, skąd jesteśmy. Pamiętam, jak wszedłem do jednej z bardzo swojskich knajp w Montevideo w Urugwaju. Gdy nietrzeźwi bywalcy przybytku dowiedzieli się, że jestem z Polski, pierwsze słowo, które padło z ich strony, to „Lewandowski”. Mamy kilka innych „marek”, z którymi jesteśmy kojarzeni, jak Jan Paweł II czy Lech Wałęsa i to nieco zmienia perspektywę postrzegania nas za granicą.

Jakie było Pana najbardziej poruszające spotkanie z lokalnymi mieszkańcami podczas podróży?

    Trudno jest wskazać najbardziej poruszające spotkanie pośród wielu takich. Cenię sobie współpracę z lokalnymi przewodnikami, których angażuję coraz częściej. Sam jestem przewodnikiem turystycznym po Lublinie oraz Lubelszczyźnie i mam świadomość tego, że inaczej doświadcza się podróży, jeśli wcześniej się o danych miejscach poczyta albo ktoś nam o nich opowie. Spontaniczne oglądanie zabytków z mojej perspektywy nie do końca ma sens.

    Przy okazji wyprawy na Kilimandżaro odwiedziłem też pobliską Rwandę. Chciałem dowiedzieć się, jak mieszkańcy funkcjonują tam w obliczu masakry między ludami Tutsi i Hutu sprzed ponad 30 lat. Dotrzeć do wielu miejsc kaźni pomógł mi przypadkowo napotkany taksówkarz Emanuel. Sam do nich nie wchodził, bo w trakcie trwania ludobójstwa miał 14 lat i widział wiele przerażających obrazów. Paradoksalnie Rwandyjczycy wydali mi się wyjątkowo delikatnymi ludźmi, co zupełnie nie pasowało do historii ich narodu. Oni do dzisiaj przepracowują tamtą tragedię i nie zawsze są w stanie wybaczyć. Emanuel nie potrafi. Poza tym są skazani na dalsze uwikłanie w to, co się kiedyś wydarzyło. Wtedy w procesie eksterminacji uczestniczyło kilkadziesiąt tysięcy osób – zindoktrynowanych, nienawistnych i zamroczonych alkoholem. Oni żyją do dzisiaj i żaden sąd nie jest w stanie ich skazać, a więc sprawiedliwość nie zapanuje nigdy. Gdy przyjechałem do Rwandy ze zrujnowanej Ugandy, zdziwił mnie stan ulic w Kigali i poza stolicą. Miasto jest piękne, osadzone między wzgórzami, czyste i nowoczesne. A co było najciekawsze, to kobiety sprzątające ulice pomiędzy miastami. Miałem wrażenie, że nawet w ten sposób Rwandyjczycy chcą symbolicznie wyczyścić historię z brudu dziejów, aby wreszcie zapomnieć o traumie. 

Jest takie polskie przysłowie „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Co Pan o nim sądzi z perspektywy swoich podróży?

    Afryka, w której byłem kilka razy, uzmysłowiła mi, że nie powinniśmy narzekać na nasze europejskie warunki życia. Za każdym razem, wracając stamtąd do Polski, cieszyłem się z banalnych rzeczy, na przykład z tego, że u nas są proste chodniki, że w ogóle są, że jest czysto i bezpiecznie i że mamy dostęp do służby zdrowia, mimo długich nieraz kolejek do lekarzy. Pierwszego dnia wizyty w Nairobi – stolicy Kenii – wybrałem się do tamtejszych slumsów Kibera. Oczywiście nie sam, ale w obstawie sześciu ochroniarzy. Obrazy, które tam zobaczyłem, przerażały – kilka osób żyjących na paru metrach prowizorycznego domostwa z blachy falistej, brud, błoto i choroby (ok. 10% obywateli zarażonych jest wirusem HIV). Pod koniec wycieczki spytałem jednego z moich kompanów, czy chciałby żyć inaczej. Zaprzeczył. Mając trzydzieści kilka lat, nie wyobraża sobie innego życia. Sukcesem ludzi urodzonych w Afryce jest wspólnotowość, wzajemne wspieranie się. W Europie działamy bardziej na własne konto i jesteśmy zindywidualizowani. Po Ugandzie z kolei jeździłem z lokalnym przewodnikiem Krisem. Raz staliśmy w ogromnym korku ulicznym między miejscowością Jinja a stolicą – Kampalą. Powodem utrudnień był między innymi fatalny stan ulic ugandyjskich, jeden z najgorszych na świecie Był więc czas, żeby pogadać o sprawach ważnych. Jedna rzecz mnie intrygowała najbardziej podczas tej kilkugodzinnej przejażdżki. Z okien samochodu widzi się ludzi, którzy pracują bez ustanku, w dzień i w nocy, bo muszą. Ale są to wyłącznie ludzie dosyć młodzi, których wiek nie przekracza 50 lat. Zapytałem Krisa, gdzie w takim razie zniknęli ludzie starsi? Czy gdzieś żyją w głębi osiedli, z tyłu ulic? Odpowiedź była przerażająca – nie ma ich, nie żyją. W Ugandzie nie istnieje rozwinięty system ubezpieczeń zdrowotnych. Ludzie muszą płacić za wszystkie usługi medyczne, na które ich nie stać, a więc umierają

Czy wykształcenie historyka i historyka sztuki wpłynęło na sposób podróżowania?

    Oczywiście. Będąc historykiem, zna się – przynajmniej z grubsza – historię miejsca lub regionu, a z perspektywy historyka sztuki nieco więcej wie się na temat oglądanych obiektów czy rozumie lub czuje ich estetykę. Dobrym przykładem jest odwiedzona przeze mnie Wyspa Wielkanocna znana przede wszystkim z tajemniczych posągów moai – figur ważących nieraz po kilkadziesiąt ton. Do dziś nie ma pewności, kto dokładnie, jak i po co je zbudował. Budzi zdziwienie fakt transportu kolosów na odległość kilkunastu kilometrów, głównie z kamieniołomu Rano Raraku. Podczas mojej czterodniowej eskapady po wyspie obejrzałem co najmniej kilkadziesiąt rzeźb zlokalizowanych w różnych miejscach. Figury powstawały na przestrzeni kilkuset lat, a mimo to są do siebie bardzo podobne – wyraziste żuchwy, długie uszy, głębokie oczodoły, wydatne brzuchy i drobne, przylegające do ciała ręce. W okresie tworzenia posągów w Europie panował romanizm, potem gotyk i wreszcie renesans, style różniące się zasadniczo od siebie. Wydaje się natomiast, że wszystkie moai są takie same, jakby były portretem jednej osoby, jednego boga lub jednego… kosmity. Za każdym razem, gdy opowiadałem komuś w krajach Ameryki Południowej o moich doświadczeniach z Rapa Nui, te osoby wskazywały znacząco palcem w niebo, tam widząc źródło pochodzenia rzeźb. Przy tym wszyscy śmiali się z naszych naiwnych, ich zdaniem, europejskich czy „zachodnich” teorii na temat powstania fenomenu moai.

Czy mógłby Pan opowiedzieć o najcenniejszych doświadczeniach z podróży?

    To obrazy, na które się patrzy, także dźwięki i zapachy, no i najważniejsze – poznani ludzie. A ja miałem jeszcze jedno ciekawe spotkanie. Będąc w Gujanie Francuskiej, niedaleko plaży w Cayenne na skałach zobaczyłem pełzającego leniwca trójpalczastego. Niestety zgubił się – nie powinien być tak daleko od drzew, z których schodzi wyłącznie w celu defekacji. Należało mu pomóc, aby nie rozszarpały go psy wypuszczone przez pobliskich mieszkańców, takie, jakie my wypuszczamy pod blokiem. Udało mi się go przenieść i zostawić na pniu drzewa, co wcale mu się nie podobało, a pokazywał to, groźnie sycząc. Ale zrealizowałem jedno z marzeń. Zawsze chciałem zobaczyć na wolności leniwca (tutaj z nawiązką, bo znalazł się w moich rękach), mrówkojada i pancernika. Został mi jeszcze pancernik.

    Ktoś kiedyś zrobił badania, z których wynikało, że jedną z najatrakcyjniejszych cech człowieka w konfrontacji z drugim podczas poznawania się, a dosłownie w trakcie trwania randki zapoznawczej, jest doświadczenie podróżnicze. Po nim zostają wspomnienia, opowieści i fotografie. Ja sobie to doświadczenie przedłużam, kupując lokalne, rękodzielnicze pamiątki, które uwielbiam. W domu uzbierała się już pokaźna kolekcja czy wręcz mała galeria osobliwości.

    Myślę, że człowiekowi naprawdę potrzebne są „zmiany powietrza”. Polska jest piękna, Lublin jest fantastyczny, ale jeżeli co jakiś czas przebywamy w zupełnie innej kulturze czy jesteśmy otoczeni odmiennymi formami natury, możemy prawdziwie odpocząć, nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim poprawić swój stan psychiczny, nie odwiedzając lekarza.

Jakie plany ma Pan na następne podróże?

    Jeśli los będzie przechylny, w listopadzie 2025 roku wybiorę się do głębokiej Amazonii. W planie jest obcowanie z tamtejszymi plemionami i uczestnictwo w rytuałach. A w następnych miesiącach – kolejne rejony świata, aby przekroczyć co najmniej setkę odwiedzonych krajów.

Redakcja na stronie Julia Wolny, studentka e-edytorstwa i technik redakcyjnych.

Skrót artykułu: 

Gdy zdobywał Kilimandżaro, płakał z radości. W Chile trafił w sam środek rewolucji, a w Gujanie Francuskiej uratował leniwca. Dominik Maiński, doktor historii i historyk sztuki, podróżnik i przewodnik, o najtrudniejszych i najpiękniejszych chwilach ze swoich licznych ekspedycji, spotkaniach z lokalnymi społecznościami oraz refleksjach towarzyszących jego wędrówkom opowiedział w rozmowie z Małgorzatą Adamczyk.

Dział: 

Dodaj komentarz!