Od jazzu do psychodelii

Frustra

Maria Pisarska: Jak powstał wasz zespół?

Mariusz Sanok: Powstał 30 listopada 2021 roku. Zostałem zachęcony przez animatorów kultury z Chatki Żaka, czyli przez Bogdana Brachę i Agnieszkę Matecką,  żeby złożyć projekt do konkursu na stypendia kulturalne Bogdanki. Na początku przyszło mi do głowy granie coverów. Potem dopiero mi podpowiedziano, żebym spróbował stworzyć własną muzykę. Zebraliśmy się w tym składzie i zaczęliśmy grać.

Wcześniej się nie znaliście?

M.S.: Razem chodziliśmy do Lubelskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej.

Jak wspominacie początki?

Sylwia Szajewska: Nie do końca wiedzieliśmy, jak to ma wyglądać.

Paweł Szymański: Każdy był cichy i skupiony na sobie.

Skąd pomysł na nazwę?

M.S.: Szukałem czegoś chwytliwego, co będzie pokazywało, jaką muzykę gramy. W jednym utworze folkowo-hiphopowym padało słowo frustra, czyli z łaciny „błędnie, daremnie, bezskutecznie, na próżno”. Ono do nas pasuje, bo nasze granie to jest to, co chcemy z siebie wyrzucić. Nie każdy chce słuchać tylko o pozytywnych rzeczach i o tym, jakie życie jest piękne. Niektórzy chcą usłyszeć, jakie emocje targają człowiekiem.

Jesteście zespołem grającym folkowo-jazzową psychodelię z domieszką awangardy – co to właściwie znaczy?

M.S.: Wywodzimy się z Lubelskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, więc to mocno u nas wybrzmiewa. Natalia i ja jesteśmy też związani ze środowiskiem folkowym.

Natalia Maciejewska: Z zespołami ludowymi.

M.S.: Tak, połączenie tych gatunków to nasza muzyka. Psychodelię można usłyszeć choćby w kawałku „Szeptunka”. Jest to może trochę dziwne, ale nie ustalamy, co wykonujemy na koncertach, nie mamy szkieletu chronologicznego ani formy. Komponujemy wtedy, kiedy gramy utwór. Mieliśmy takie doświadczenie, że dziewczyny nie mogły dojechać na koncert i graliśmy w trzech. Trzy utwory daliśmy radę wykonać, natomiast dwa po- zostałe improwizowaliśmy. Awangarda jest czymś, co nas inspiruje.

Dominik Dudzisz: Połączenie jazzu i folku daje dużo możliwości, bo to nie jest muzyka klasyczna. Można brać wpływy z różnych krajów, mamy do wyboru różne gatunki i style.

Jesteście bardziej jazzowi, folkowi czy psychodeliczni?

P.S.: Ja bym powiedział, że popowi [śmiech].

M.S.: Paweł jest zaawansowany w jazzie i awangardzie. Jak wplatamy za dużo normalnej muzyki, to mówi, że gramy pop.

N.M.: Wydaje mi się, że gdybym nie śpiewała w barwach, które się w ludowiźnie przemyca, nasza muza nie brzmiałaby tak folkowo.

P.S.: Niektórzy mogliby się obrazić, gdybyśmy nazwali się jazzmanami. Chyba że pytasz o charakter, to najbardziej  jesteśmy psychodeliczni.

A skąd w was, młodych ludziach takie zainteresowanie folkiem?

N.M.: Kiedy Mariusz mnie zapytał, czy chcę być w tej grupie muzycznej, trochę się zastanawiałam. Z jednej strony lubiłam być w zespole ludowym, z drugiej – ten folk, który gramy, to jest zupełnie co innego. Jedynie zaśpiew może by pasował.

W waszych tekstach pojawiają  się odniesienia ludowe.

M.S.: To, co rodziło mi się w głowie, próbowałem ująć w stylu, w jakim pisze się teksty ludowe. Z Natalią pochodzimy z małych miejscowości, gdzie muzyka tradycyjna jest w mainstreamie. Uroczysto-ści są uświetniane przez kapele ludowe, więc tego się słuchało bardzo dużo, potem się grało w takim zespole. Chciałem to połączyć z jazzem.

Masz jakieś konkretne inspiracje?

D.D.: Słucha swoich myśli.

M.S.: Dominik ma rację. Kiedy mam jakąś myśl, sięgam po legendę czy podanie ludowe, które pasuje mi akurat do tego uczucia. Staram się ułożyć historyjkę do zaśpiewania, żeby słuchacz wiedział, co odczuwałem podczas pisania. 

Jak wyglądała wasza edukacja muzyczna?

P.S.: Ja po prostu grałem.

D.D.: Uczęszczałem do szkoły klasycznej pierwszego stopnia przez sześć lat i chciałem spróbować czegoś nowocześniejszego. Stanęło na Lubelskiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Wydaje mi się, że przez cztery lata bardzo się tam rozwinąłem i zmienił mi się gust muzyczny.

S.S.: Ja byłam w klasie skrzypiec w Świdniku, a w szkole jazzowej na wokalu. Początkowo bardzo lubiłam grać w orkiestrze.

N.M.: Idąc do szkoły jazzowej, nie miałam dużego przygotowania muzycznego. Wcześniej przez dwa lata uczyłam się śpiewać i chodziłam do ogniska muzycznego na pianino, ale nie byłam tym bardzo podjarana. Dzięki jazzowi rozwinęłam się technicznie i wokalnie.

M.S.: Ja byłem w szkole muzycznej pierwszego stopnia na klarnecie. Jazz mnie fascynował. W szkole muzycznej mieliśmy combo w tym gatunku. Klarnet jest „starojazzowy”, a styl nowoczesny bardziej mnie pociąga. Stąd pomysł na saksofon i na szkołę jazzu.

P.S.: Koledzy skupiają się na tym, co w muzyce osiągnęli, a ja chcę powiedzieć, jak ta szkoła na mnie wpłynęła. Rozwinąłem się muzycznie, ale miałem też dużo problemów z psychiką, bo słyszałem, że inni są lepsi ode mnie. Doprowadziło to do katowania się ćwiczeniami.

D.D.: W szkole było dużo zajęć. Jest meczące, jeśli po lekcjach od 8 do 15 trzeba iść na kursy o 20:30 albo jeszcze później czy na dodatkowe próby, które mogą być pięć razy w tygodniu.

P.S.: Najlepszą rzeczą w tej szkole była atmosfera. Miałem wrażenie, że jadę do swojego domu, że to jest druga rodzina. Czułem się dobrze, przy nauczycielach i innych uczniach.

Jak wspominacie swój debiut?

P.S.: To było w foyer lubelskiej Chatki Żaka. Trochę nagle to na nas spadło, a tu nawet nie ma sceny, przecież to korytarz. Musieliśmy wszystko przygotować i oka-

zało się, że wcale nie jest to jakieś trudne. Było trochę kłótni i krzyków, ale wszystko się udało.

D.D.: Pamiętam latanie po korytarzach, żeby szukać dywanów, parawanów, kabli, głośnika.

M.S.: To jest ciężkie do opisania, bo nagle znajdujesz się na scenie i grasz swoje utwory. Byliśmy świeżakami, więc polecam nowsze wykonania.

M.S.: Przyszło sporo osób, co nas pozytywnie zaskoczyło. Nagle masz swoją muzę, masz swój zespół, a jeszcze niedawno uczyłeś się grać na instrumencie. Chyba każdy tak zaczyna i każdy ma takie odczucia. Po koncercie jest duża radość, że udało się ze swoją muzyką gdzieś wystąpić. Mamy nadzieję, że ten zespół może pójść dalej, co teraz obserwujemy.

Jakie wydarzenie jest dla was ważne w działalności grupy?

P.S.: Wydanie płyty.

M.S.: Tak, wydaliśmy krążek „Frustracja”. Jeśli chodzi o występ, to ważny był nasz pierwszy koncert z Natalią.

N.M.: To było wydarzenie „Siema Żaki”.

M.S.: Tak, koncert odbywał na placu Litewskim w Lublinie. Zaprosili nas w plener w centrum miasta. Dopiero jesteśmy na początku drogi i powoli zaczynamy dawać fajniejsze koncerty. Nie mówmy o aspektach finansowych, bo na początku zawsze jest z tym ciężko. Natomiast ważne jest to, że występujesz w takim miejscu, przed publicznością. Ludzie przewijali się, przechodzili, słuchali, więc trochę ich się tam nagromadziło. To naprawdę było fajne, mimo że było wtedy zimno. Jak na plener była to dość ekstremalna pogoda.

P.S.: Najgorszy wtedy był deszcz, prawda?

M.S.: Tak, instrumenty zaczęły przemakać.

S.S.: Problemy ze sprzętem.

M.S.: Ale to też było takie doświadczenie stabilizujące zespół, taka pieczęć – gramy, mamy koncerty, więc idźmy w to dalej. Później pojawiła się szansa na płytę.

Właśnie, opowiedzcie o swojej płycie.

M.S.: Znajdziemy tam dziewięć kompozycji naszego autorstwa. Są to utwory inspirowane głównie jazzem i folkiem, ale też muzyką elektro, jak na przykład ostatni kawałek napisany przez Dominika. Ta część ma zapowiadać kolejną płytę, jeżeli się taka pojawi, więc już jest materiał na następne pytanie. Na krążku znajdziemy wszystko, co do tej pory udało nam się stworzyć, co zgromadziliśmy przez występy na różnych koncertach, przez to, co pisaliśmy na bieżąco. Zaczęło się od pierwszego koncertu, na którym było pięć utworów. Później dopisaliśmy jeszcze dwa, a dwa kolejne są skomponowane specjalnie na płytę. Jest to jakby przekrój całej naszej twórczości na jednym krążku.

P.S.: Tą płytą zamykamy pewien etap pracy w zespole, bo graliśmy utwory typowo folkowe. Odsunęliśmy się trochę od elektroniki, a kolejna płyta ma być właśnie elektroniczna. Myślę, że teraz bardziej się skupimy na rytmie. Mam takie wrażenie, choć nie wiem, czy tak rzeczywiście będzie, bo jeszcze nie ma tak naprawdę nic napisanego. Kiedy jednak słyszę o elektronice, od razu nasuwa mi się duże skupienie rytmie.

M.S.: To jest coś, co pokazaliśmy w ostatnim kawałku. Teraz trochę w tym stylu idziemy. Jak będziecie przesłuchiwać płytę, ostatni utwór będzie drogowskazem, w którą stronę pójdziemy.

Co chcielibyście jako zespół osiągnąć w przyszłości?

D.D.: Ja bym chciał być szczęśliwy… [śmiech]

M.S.: To nie jest tak, że zakładamy sobie, iż teraz byśmy chcieli zagrać… w telewizji.

P.S.: A chcielibyśmy!?

Wszyscy: Nie… już byliśmy.

M.S.: Nie jest tak, że chcielibyśmy zagrać w radiu, na scenie w Opolu czy Świdniku. Nie mamy takich planów, chcielibyśmy być zadowoleni z tego, co gramy i jak gramy. Jest tak, jak Dominik powiedział. Chcemy być szczęśliwi z tego, co robimy, i ciągle zadowoleni. Oczywiście, mamy z tym problem, co słychać w naszych tekstach. Mam nadzieję, że jest przed nami droga, przez którą będzie nam łatwiej ten stan osiągnąć.

N.M.: Ja ogólnie nie mam żadnych oczekiwań, nie chcę sobie robić wielkich nadziei, ale byłoby fajnie, gdybyśmy po prostu byli słuchani. Chciałabym, żeby ta płyta dobrze się przyjęła, żeby ludzie ją docenili i żeby po prostu było coraz więcej słuchaczy.

S.S.: Dla mnie wielkim szczęściem są koncerty. One mogą być jakiekolwiek, ale lubię granie razem i pracowanie nad występem. Nasze dyskusje wyglądają wtedy tak: „Okej, teraz musimy zrobić coś innego lub inaczej niż na płycie” albo „Ooo, dobra, a może zrobisz tak, a może tak”. Niby gramy w kółko ten sam repertuar, ale za każdym razem odkrywamy coś nowego. Trochę nas to łączy, a czasem dzieli. Może nie zawsze jest kolorowo, ale ja to bardzo cenię.

P.S.: Mnie brakowało w tym zespole scenerii. W naszych koncertach są emocje, ale brakuje mi tego naszego… wyglądu. Nie wiem, jak to nazwać. Chodzi mi to, że kiedy ktoś wchodzi na salę, to powinien wiedzieć, że się tu będzie działo coś, co jest z nami związane. Wnieśliśmy do sali krzesła i instrumenty, ale dla mnie to jest za mało jak na zespół o takich  emocjach i charakterze. Moim marzeniem jest to, żeby zagrać typowo nasz i tylko nasz koncert, gdzie jesteśmy tylko my, w oddzielnej dużej sali, w której możemy całą scenerię zrobić. Byłoby dobrze światła i wszystko ustalić, mieć własnego realizatora. Chciałbym taki koncert właśnie zagrać dla ludzi i to wszystko wypromować dużo wcześniej.

M.S.: Zgadzam się Pawłem, że dobrze byłoby być traktowanym bardziej indywidualnie. Wydaje mi się, że po tych

kilku latach jesteśmy tego warci. Fajnie byłoby, gdybyśmy zaczęli być jeszcze bardziej dostrzegani. To byłby taki super cel, do którego swoją drogą dążymy. W sumie to się udaje, ale dobrze byłoby rozwinąć się w tę stronę, o której mówi Paweł.

P.S.: Takiego dowartościowania zespołu nam brakuje, dla samych siebie…

D.D.: Tak, brakuje nam większej widowni i całego zaplecza technicznego, którym można byłoby się pochwalić.

M.S.: Ale jest postęp, bo na początku graliśmy w kanciapie, a teraz występujemy w oddzielnych salach, realizator robi dźwięk tylko dla nas.

Co moglibyście powiedzieć młodym artystkom i artystom, którzy chcieliby iść w wasze ślady?

M.S.: Jeżeli już zdecydujecie się w to pójść, jeśli ten wirus muzyczny was zżera, tak jak nas, jeżeli musicie grać, coś wam tak każe, to pamiętajcie: początki są zawsze trudne. Zawiązanie zespołu, ten pierwszy moment, kiedy próbujecie go rozwinąć, jest ciężki. Mimo to warto zgromadzić wokół siebie życzliwych ludzi, którzy mogą gdzieś was wypromować, pokazać, co robicie źle i co należy zrobić lepiej. Trzeba mieć nie tylko zaplecze finansowe, choć ono jest istotne, ale też zaplecze ludzkie.

D.D.: Warto jeszcze wspomnieć o tym, że na początku to może się wydawać bardzo żmudne. W ogóle muzyka to taka mrówcza praca, która od razu może nie dawać widocznych rezultatów. Widzisz, że dajesz dużo od siebie, a tak naprawdę wyników  nie ma. Trzeba w to jednak dalej brnąć, mimo że czasem nie wychodzi. 

Chcielibyście powiedzieć coś na koniec?

P.S.: Przygotujcie się na najgorsze.

Wszyscy: Ooooo, to jest to [śmiech].

Dziękuję wam bardzo za rozmowę i powodzenia.

Opracowanie: Maria Pisarska, Damian Gocół

 

Redakcja na stronie Alicja Jasińska, studentka e-edytorstwa i technik redakcyjnych

Skrót artykułu: 

Frustra to lubelski zespół grający folkowo-jazzową psychodelię. Grupa debiutowała w 2021 roku w Akademickim Centrum Kultury i Mediów Chatka Żaka UMCS. W 2024 roku wydała płytę „Frustracja”. Z Mariuszem Sanokiem, Sylwią Szajewską, Pawłem Szymańskim, Natalią Maciejewską i Dominikiem Dudziszem o inspiracjach muzycznych, przyjaźni i wspólnej pracy rozmawiała Maria Pisarska.

fot. T. Wrona

Dział: 

Dodaj komentarz!