O odchodzącym świecie

Helmut Kurjo

Wybieram się do Helmuta Kurjo, człowieka legendy w swojej okolicy, wczesnym, sobotnim rankiem. Jesteśmy umówieni na rozmowę oraz zwiedzanie jego prywatnego muzeum, zawierającego unikalne zbiory serbołużyckich strojów narodowych, malowanych jajek, krosien i kołowrotków do przędzenia lnu, narzędzi oraz innych przedmiotów codziennego użytku. Niektóre z nich mają ponad 120 lat. Wita mnie uśmiechnięty 87-latek, który porusza się o kuli, ale jest wciąż bardzo sprawny fizycznie i umysłowo.

Justyna Michniuk i Helmut Kurjo
fot. z arch. aut

 

Dzieciństwo w serbołużyckim świecie
Helmut Kurjo urodził się 6 stycznia 1935 roku we wsi Bluń (niem. Bluno) na obszarze tzw. Średnich Łużyc. Do tego regionu należą oprócz Blunia jeszcze trzy wsie: Prožym, Zabrod i Terpje (niem. Partwitz, Sabrodt i Terpe). Pan Kurjo mieszka w tradycyjnym, serbołużyckim gospodarstwie, którego zabudowania tworzą kwadrat z obszernym dziedzińcem w samym środku. Jego ojczyzna to, wydawałoby się, idylliczna, niewielka wieś z ładnym, starym kościołem i zabytkowymi zabudowaniami. Pozory jednak mylą, bowiem wokół tej i okolicznych wsi istniały wcześniej kopalnie węgla brunatnego: z jednej strony dające miejsca pracy, z drugiej – pożerające miejscowy krajobraz, powodujące obniżenie wód gruntowych i inne, negatywne dla ludzi i środowiska długofalowe skutki. Na tych miejscach znajdują się obecnie jeziora, które dla nieświadomego turysty nadają sielskiego charakteru tej krainie. Żadne z nich nie powstało jednak w sposób naturalny, lecz stanowią pozostałości po wydobyciu. Są jak ogromne rany wykopane w ziemi, które po wyczerpaniu zasobów postanowiono napełnić wodą.

Oprócz postępującej industrializacji zarówno wieś Bluń, jak i sam pan Kurjo byli świadkiem innych zmian. Miejsce, które jeszcze za czasów jego młodości tętniło życiem kulturalnym i gdzie większość mówiła w lokalnym dialekcie serbołużyckiego, to dziś całkowicie zgermanizowany teren. Pan Kurjo nie ma nawet z kim porozmawiać po serbołużycku. Jest ostatnim aktywnym użytkownikiem swojego języka ojczystego. Moja sąsiadka i jeden sąsiad rozumieją jeszcze serbołużycki, ale od dawna już nie potrafią mówić – podkreśla pan Kurjo.

Siedzimy na świeżym powietrzu i obserwujemy budzącą się do życia przyrodę. Pan Kurjo jest w dobrym humorze i opowiada mi wiele interesujących szczegółów ze swojego życia. Jako mały chłopiec również nosiłem swego rodzaju sukienkę, ale bez czepka. Kiedy szliśmy do babci lub cioci często wiązano nam chusteczkę na głowie. Sukienka była ciemnozielona albo granatowa, czasami z materiału w kropki. Pamiętam, że guziki były z przodu – tłumaczy pan Kurjo, nawiązując do dziecięcego stroju w tym regionie.

Wychował się w serbołużyckiej rodzinie i serbołużyckim posługiwał się na co dzień. Nigdy jednak nie nauczył się pisać w tym języku, ponieważ na tym obszarze nie było szkół z takim programem nauczania. Do śmierci swojej matki rozmawiał z nią także jedynie po serbołużycku. Inaczej było z jego ojcem: Mój ojciec wrócił z wojny do domu w roku 1947. Zaczął wtedy mówić z nami po niemiecku. Powiedział, że rozumie serbołużycki, ale nie może odpowiedzieć, bo za długo nie używał tego języka. Później z moją żoną też rozmawiałem po niemiecku. Ona rozumiała nasz język, ale w nim nie mówiła. Moje dzieci nie miały szansy nauczyć się serbołużyckiego w szkole i znają tylko kilka słów.

Prywatne muzeum
A jak zaczęła się historia niezwykłego, prywatnego muzeum, które gromadzi unikatowe dokumenty i przedmioty z regionu? O tym pan Kurjo opowiada wyjątkowo chętnie: Około roku 2000 zacząłem tworzyć moje małe muzeum. Pomyślałem sobie, że skoro nie hoduję już zwierząt, to mogę byłą stajnię przekształcić w muzeum. Mój syn mi przy tym pomagał. Zakończyłem moje plany dopiero w roku 2005 lub 2006, ponieważ w międzyczasie przeszedłem poważną operację. Wszczepiono mi 5 bypassów. Często zastanawiam się, że gdyby nie dzisiejsza medycyna, dawno byłbym na tamtym świecie, tak jak mój dziadek. Umarł jeden dzień przed ślubem swojej córki, a mojej cioci, w 1932 roku. Akurat zabito świnię, jak zwykle na wesele. Nie wiadomo do dziś, co tak naprawdę się stało. Mówiono, że zjadł kromkę chleba z tłuszczem, potem napił się zimnej wody i dlatego zmarł.

Zbiory zgromadzone przez pana Kurjo są nie tylko unikatowe, ale imponują swoim bogactwem i różnorodnością. Wśród nich znajdziemy fotografię jego matki, która brała ślub w narodowym stroju serbołużyckim. Spoglądająca z fotografii młoda kobieta zachwyca swoją urodą oraz kunsztownymi, wykonanymi ręcznie ozdobami i haftami. Epoka ślubów serbołużyckich odeszła w zapomnienie i takiej panny młodej nie uda mi się nigdy zobaczyć na żywo. Niestety. Kiedy pytam o następcę, który przejmie muzeum, pan Kurjo smutnieje: Wszystko, co mam, odziedziczy moja córka. Czy ona się tym później zajmie, czy gdzieś te zbiory przekaże, to jest jeszcze niejasne.

Póbratš, czyli manager ślubny
Pan Kurjo organizował i uczestniczył w ponad 120 ślubach. Nie był zawodowym managerem ślubnym ani nie pracował dla żadnej restauracji lub agencji. Pełnił za to funkcję póbratša (niem. Hochzeitbitter), osoby niezwykle ważnej dla okolicznych wsi i całej społeczności. Wszystko zaczęło się w 1969 roku, kiedy to stary braška miał już ponad 80 lat. We wsi szykowało się wesele i w domu rodzinnym pana Kurjo niespodziewanie zjawiła się matka panny młodej. Został on polecony przez starego braškę i poproszony o pomoc. Wtedy zgodził się przejąć jego funkcję: Dostałem od starego braški trzy strony tekstu, którego musiałem się szybko nauczyć na pamięć. To był już wtedy niemiecki ślub. Nie pamiętam, kiedy w naszej okolicy odbył się ostatni serbołużycki ślub. Ale oczywiście było to niełatwe zadanie. Pamiętam jeszcze, że kiedy wygłaszałem na tym pierwszym ślubie swoją wyuczoną mowę, stary braška stał na zewnątrz i podsłuchiwał pod oknem, czy wszystko robię poprawnie!

Braška to instytucja znana nie tylko w Europie, ale i poza naszym kontynentem. Jest to osoba zapraszająca na ślub, troszcząca się o całą organizację ceremonii oraz wesela, zabawiająca gości wesołymi powiedzonkami itd. Poza Łużycami osoba taka jest znana w Niemczech również w Bawarii1.

Najpierw trzeba było z ludźmi porozmawiać, czego sobie dokładnie życzą na ślubie, gdzie kto ma siedzieć, w sumie trzeba było ustalić z nimi cały przebieg uroczystości. Ostatni ślub przygotowałem w 2002 roku. Wcześniej na ślub piekło się czasami ponad 50 ciast, często wesele poprzedzało również świniobicie. Pracy więc było wiele! Mamy obecnie jednego młodego chłopaka, który przejął tę funkcję – wyjaśnia pan Kujro.

Zaangażowanie w życie religijne
Helmut Kurjo angażował się także w ewangelickie życie swojej wiejskiej wspólnoty. Wygłaszał na przykład przez wiele lat tzw. słowo na niedzielę w dolnołużyckim radiu: Po wojnie mieliśmy jednego serbołużyckiego pastora. Nazywał się Adler. Wrócił z wojny w 1946 roku i organizował nabożeństwa w języku serbołużyckim. Teraz, od około 15 lat, nie mieliśmy tutaj mszy po serbołużycku. Młodzi tego języka nie rozumieją, a starzy ludzie, którzy jeszcze coś rozumieją, nie są w stanie dotrzeć na nabożeństwo.

Świat, którego już nie ma
Rozmawiam z panem Kurjo po dolnołużycku. On zaś używa swojego, lokalnego dialektu tego języka. Można odnotować znaczne różnice między dialektami serbołużyckimi na tym obszarze. W jednej wsi mówi się teke, pan Kurjo mówi tež. Tych różnic jest oczywiście znacznie więcej, dlatego pracownicy Serbskiego Instytutu od dłuższego czasu nagrywają rozmowy z panem Kurjo i zbierają materiał językowy na temat dialektu ze wsi Bluń. Dzięki ich pracy nie zginie on wraz z odejściem ostatniego, aktywnego użytkownika tego dialektu.

Justyna Michniuk

 

 

1 Por. H. Dettmer, Die Figur des Hochzeitsbitters. Untersuchungen zum hochzeitlichen Einladungsvorgang und zu Erscheinungsformen, Geschichte und Verbreitung einer Brauchgestalt, Frankfurt am Main 1976.

 

 
Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Wiktoria Kaczmarczyk
Skrót artykułu: 

Wybieram się do Helmuta Kurjo, człowieka legendy w swojej okolicy, wczesnym, sobotnim rankiem. Jesteśmy umówieni na rozmowę oraz zwiedzanie jego prywatnego muzeum, zawierającego unikalne zbiory serbołużyckich strojów narodowych, malowanych jajek, krosien i kołowrotków do przędzenia lnu, narzędzi oraz innych przedmiotów codziennego użytku. Niektóre z nich mają ponad 120 lat. Wita mnie uśmiechnięty 87-latek, który porusza się o kuli, ale jest wciąż bardzo sprawny fizycznie i umysłowo.

Dział: 

Dodaj komentarz!