O jasełkach i kolędowaniu

Wprawdzie za oknem wiosenne słońce i zielone pączki na drzewach, ale cykl wydawniczy Gadek spowodował, że rzecz poniżej będzie o jasełkach i kolędowaniu. Przed Wielkanocą malutki skok w tył do Bożego Narodzenia.


W czasie tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia i w czasie krótkiego karnawału udało mi się zaliczyć kilka wydarzeń o charakterze kolędniczo-jasełkowym. Kolędowanie (sztuka wędrowna) i przedstawienia jasełkowe (pokrewne teatrowi scenicznemu) zdają się dwoma odrębnymi formami ludowego teatrum, mnie jednak wszystko, co widziałam w te święta, układa się w jedną całość.


Kolędnicy tradycyjni

Na wsi. Siedzi rodzina za stołem – wujkowie, ciotki i pociotki dyskutują, trochę śpiewają, stół się ugina, dzieci bawią się pod choinką, a tu nagle dzwonek do drzwi – kolędnicy! Z „nocnej ciszy” wchodzą ze śpiewem: Anioł, Gwiazda, Śmierć, Dziad i Turoń (vel Koza). Dzieciaki z sąsiedniej wsi przygotowały stroje bardzo starannie, ostrym makijażem uzupełniając charakteryzację. Śpiewają pięknie kolędy pełnymi głosami, anioł zaczepia dzieciaczki, Turoń wstydliwie ukrył się za kolegami. Kolęd było dużo, z dużą ilością zwrotek, a na koniec kolędnicy zachęcili, żeby gospodarz noga tupnął i kasą sypnął, po czym otrzymali zasłużone brawa, podziękowanie i gratyfikację.


Ledwie poszli, zadzwonił telefon i zapowiedzieli się kolejni:


Turbo-Kolędnicy

Wprawdzie kolędnicy się tak nie przedstawili, ale nazwa nasunęła się sama, jak tylko przybyli i zaczęli się podpinać dziesiątkami kabli do prądu. Przyjechali po godzinie od zapowiedzi telefonicznej – kilkoro nastolatków z panią nauczycielką, dwoma syntezatorami i siatką rekwizytów. Podpinanie trwało dobrą chwilę, później przebieranie i w końcu ruszyło przedstawienie. Dwójka kolędników w albach, jak od Pierwszej Komunii i srebrnych opaskach na włosy (chyba anioły???), dwójka w kapeluszach pasterskich, do tego Maryja w niebieskim zawoju, z Dzieciątkiem. Przedstawienie składało się z piosenek i części tekstowych w dość chaotycznej kombinacji. Kolędy były jakieś nowomodne, bliskie klimatom San Remo, dźwięk syntezatorów z kolei raczej przypominał złote lata Bayerfull, a poziom ekspresji aktorskiej oscylował między przedstawieniem szkolnym a apelem ku czci. Pani nauczycielka obstawiająca funkcję suflera i trenera zagrzewającego do boju była jednak bardzo zachwycona, a i wśród publiki znaleźli się koneserzy tego rodzaju kolędowania. Dla mnie najmocniejszym punktem występu był element narodzin Chrystusa oraz zwykła kolęda „Lulajże Jezuniu” zaśpiewana z gitarą. Kiedy brzemienna Maryja nagle powiła dzieciątko, zainteresowały się tym faktem obecne na kolędzie dzieci – ponad roczny Franio podejrzliwie przyglądał się z bliska co oni zrobili tej dzidzi, że nie płacze i się nie rusza, a półtoraroczna Martynka uderzyła w płacz, że oto ktoś porwał jej lalkę!


Kolędnicy – porywacze w końcu się poodpinali i poszli, również żegnani brawami i podarkiem, a na drugi dzień, już w domu, zastukali do drzwi:


Kolędnicy miejscy

Trójka dzieci z osiedla z gwiazdą. Po kolędzie z dnia poprzedniego wypadli blado, jednak gwiazdę mieli starodawną i fachowo odnowioną, śpiewali ładnie, mocnymi głosami, więc pozostawili po sobie dobre wrażenie.


Kilka dni po świętach załapałam się na:


Jasełka Puławskie

W kościele, po mszy, grupa uczniów jednej ze szkół na terenie parafii pod opieką dwóch pań nauczycielek, wystawiła jasełka. Dzieci wystąpiło w nich co niemiara, wszystkie miały piękne stroje (szczególnie urzekły mnie anioły we włosach ze złotej lamy) i ciekawe role. Tekst jasełek był dostosowany do realiów współczesnych – fabuła polegała głównie na tym, że za Trzema Królami do Dzieciątka podążają dzieciaki – pastuszkowie, leniwy Mateuszek, strojnisia, kłamczucha itd. Jednak ten niewątpliwy walor wychowawczy był wpleciony zgrabnie i z poczuciem humoru, a dzieci były w większości aktorsko znakomite. Tekst przeplatały piosenki, kolędy, sporo ruchu scenicznego (wędrówka odbywała się wokół ołtarza, a na przykład anioł zwiastujący nowinę wdrapał się na stołek ustawiony na ambonie, czym lekko zaparł dech publiczności), a całość trwała około 20 minut. Naprawdę fajne jasełka.


Jakiś czas potem, bliżej Ostatków, obejrzałam jeszcze:


Jasełka beskidzkie po warszawsku

Z przedstawieniem do stolicy przyjechały dzieci z Zawadki Rymanowskiej w Beskidzie Niskim. Ideą tego wędrownego spektaklu było zebranie funduszy na wymianę belek podwalinowych w zabytkowej drewnianej cerkiewce w Zawadce. Jasełka wystawiono w Warszawie trzy razy – 19 i 20 stycznia – w kościele na ul. Freta, w podziemiach kamedulskich kościoła w Lasku Bielańskim i u Dominikanów na Służewcu. Przedstawienie napisał jeden z uczniów z Zawadki, dzieci wystąpił w nim cały tłum, a nad całością akcji czuwała sołtys Janeczka Kacprzyk (niegdyś śpiewająca w zespole Werchowyna). Jasełka opowiadały historię o Jezusie z punktu widzenia Heroda. Znaczna część akcji dzieje się w pałacu Heroda i w karczmie, do której w końcu przybywa święta Rodzina. Wprawdzie koniec przedstawienia następuje dość niespodziewanie, jakby zabrakło jeszcze jednego aktu, i nagle w stajence pojawia się Jezus, Trzej Królowie, pasterze i kto żyw dokoła, jednak całość spektaklu wypada dość przekonująco. Najbardziej podobały mi się podwójne lub potrójne role młodych aktorów – gaździna zmienia się w mig w żonę Heroda, ten zaś jest równie dobrym królem, jak i karczmarzem. Niektóre dzieci odegrały swe role z dużym talentem aktorskim. Te jasełka były chyba najbliższe teatrowi dramatycznemu w podstawowej formie, a czerń przestrzeni scenicznej, oświetlonej mocnymi reflektorami jeszcze potęgowała to wrażenie.

Jasełkom towarzyszył koncert Zespołu Czarne Motyle (w stałym składzie: Katarzyna Szurman, Agata Krawczyk, Emilia Okołotowicz-Herda, Katarzyna Andrzejowska de Latour, na skrzypce, harmonię, cymbały, bęben i śpiew), który w czasie mszy zagrał kilka starych polskich kolęd, a po jasełkach również inne utwory ze swojego repertuaru, to jest przedwojenne miejskie walce, tanga i fokstroty oraz tradycyjną muzykę wiejską (oberki, polki, kujawiaki itd.).

Po przedstawieniu na Bielanach odbyła się aukcja staroci wiejskich i rękodzieła. Pod młot poszły zdjęcia, gobelin, stary zegar, maślnica do wyrobu masła itp.

Podsumowując to bogactwo form teatralnych na temat Bożego Narodzenia nachodzi mnie całkiem przyjemna refleksja, że sztuka kolędowania nie zanikła. Po kilku latach suchych (kolędnicy z Bożej łaski ze zdychającą gwiazdą na pięć osób i dwiema zwrotkami kolędowych szlagierów) pomysł odżywa. U jednych odżywa za pomocą syntezatora, u innych przez starą gwiazdę znalezioną na strychu babci. Najważniejsze, że jedni i drudzy znów są przyjmowani po domach. Są regiony, gdzie kolędowanie miało i ma się świetnie, ale ogólnie jednak cywilizacja telewizji i zamkniętych domów zwyczaje takie wypiera. Ale po ostatnich świętach dochodzę do wniosku, że tradycja jakoś się trzyma – choć złożona jest z różnych elementów.

Skrót artykułu: 

Wprawdzie za oknem wiosenne słońce i zielone pączki na drzewach, ale cykl wydawniczy Gadek spowodował, że rzecz poniżej będzie o jasełkach i kolędowaniu. Przed Wielkanocą malutki skok w tył do Bożego Narodzenia.

Dział: 

Dodaj komentarz!