Niepewność kreacji

Edmund Nowakowski

fot. z arch. autora: Edmund Nowakowski i Łukasz Ciemiński

Szczupły, sprawiający wrażenie zrezygnowanego człowiek z ogromną nieśmiałością wystawiający swoje prace przy okazji rozmaitych kiermaszów sztuki ludowej. Przybysz z antypodów oficjalnie uznanego i wielbionego nurtu sztuki, który wielu jednogłośnie okrzyknęło mianem ludowej. Ludowej w obiegowym rozumieniu – barwnej, hałaśliwej, ale tak mało refleksyjnej, w nieskończoność powielającej jeden sprawdzony wzorzec. Niby ludowych, bo przecież nieznośnie kwieconych malwami, które wyjąc czerwienią i wytrzeszczonym spojrzeniem fizjonomii rzeźbionych świątków, domagają się naszej uwagi. Zawstydzony, bo tak różny, odmienny, stonowany i cichy. Edmund Nowakowski – rzeźbiarz urodzony w 1933 roku w niewielkiej wsi Brzeszczki Duże w powiecie rypińskim, od dziewiątego roku życia strugający ptaszki, zabawki, czasem postaci ludzi, dla siebie, dla bliskich. Z prostego zachwytu materią drewna, w otoczeniu której się wychował. Wujowie Nowakowskiego produkowali cedzaki, czerpaki, kopanki, z organicznej prostoty zrodziła się jego rzeźba. Codzienna, prosta, szlachetna.
Trzeba było geniuszu założycieli Muzeum Etnograficznego w Toruniu, determinacji i pasji etnografów przemierzających ziemię dobrzyńską, by objawił się talent Pana Edmunda. Powstaje rzeźba Matki Boskiej Skępskiej, do której pielgrzymował z rodzicami jako dziecko. Jedna, pierwsza, tworzona z niedowierzaniem. Rozbłyska swoim pięknem w 1958 roku, na chwilę, potem przychodzi jedenaście lat ciszy, wycofania. Żadnych rzeźb, bo ciągła niepewność i pytanie o sens artystycznych kreacji. W międzyczasie rozwija się sierpecki ośrodek rzeźby ludowej. Pojawiają się kolekcjonerzy, rodzą się twórcy, analizują badacze. Wzmiankuje o nim Franciszek Midura w monografii środowiska artystycznego, kilka placówek zakupuje prace, a Nowakowski ponownie chwyta za dłuto zachęcany przez ojca i żonę. Stworzy z Haliną Nowakowską prawdziwie artystyczny związek, także pod względem formy. Blisko ich dziełom do siebie – wspólne życie, wspólna praca, jedna sztuka. Kiedy Halina umrze przedwcześnie, rzeźbiarz znowu straci zapał. W jego artystyczną drogę wpisany jest czas wytężonej pracy i długie okresy, w których wątpi w sens podjętych działań i w swój talent w ogóle. Z tej niepewności rodzi się i wycena prac sprzedawanych za drobne pieniądze, z ceną artykułowaną nieśmiało, przepraszającym tonem.
Temat Skępskiej Madonny powróci za sprawą gwardiana skępskiego klasztoru, który pragnie ożywienia kultu cudownej figury w dawnych, ludowych formach. Pojawiają się zamówienia. Nowakowski rzeźbi Skępskie osóbki cierpliwie, z uporem, z którym jego wujostwo produkowało drewniane naczynia. Wie, że tworzy przedmioty codziennego użytku, uświęcające jednak codzienność związkiem ze świętością gotyckiego pierwowzoru. Śmieje się z bernardyńskiej akcji promocyjnej.
„Gwardian ciągle powtarzał – na telewizorach macie ryby, laleczki, krasnale… nie, tak nie może być, w każdym domu musi być Skępska od Nowakowskiego! I rzeźbiłem, czasem nawet po trzydzieści takich – większych, mniejszych, różnych!”.
Blisko temu do specyfiki pracy dawnych świątkarzy, którzy zaopatrywali swoich odbiorców w świętych pierwszej potrzeby i codziennego użytku. Dawna sztuka ludowa była przecież jak chleb – powszedni, ale zawsze niosący w sobie święto! Rzeźby Skępskiej dłuta Edmunda Nowakowskiego mają w sobie to dawne wyczucie formy i stylu. Starannie opracowane, z dużą lekkością, świeże, delikatne, dziewczęce jak sama „Nastolatka ze Skępego”. Nie ma tu sztampy, bezdusznego odtwarzania. Wszystkie niosą w sobie ślad tego pierwotnego zachwytu, którego doświadczył jako chłopiec w dobrzyńskim sanktuarium. Blisko jego pracom do genialnych realizacji nadwornych rzeźbiarzy skępskiej Królewny – rodu Miłkowskich, w których odwiecznie zadumana mądrość łączy się z dziecięcą urodą. Taka jest cudowna figura!
Rzeźbiarz szczególnie pokochał surowe drewno, w przeciwieństwie do innych twórców nie gardzi i sosną. Jej usłojenia wydobywa pokostem lnianym, te lipowe pokrywa woskiem. Tylko sprawnie opanowany warsztat pozwala na wydobycie całej szlachetności materiału. Nowakowski nie dopowiada polichromią. Zgodził się na nią kilka razy, zawsze inspirowany zaleceniami etnografów. W wyniku tego powstały rzeźby rażące swoją sztucznością, martwe, skostniałe, w jakimś stopniu bezduszne, bo tworzone wbrew sobie.
I choć szczerze nie lubię tematów z kręgu „jak to na wsi dawniej bywało”, to jednak te w wykonaniu pana Edmunda niosą w sobie jakąś prawdę. Nie ma tu barwnych strojów, przaśnych wioskowych typów. Jest szczera opowieść o ciężkiej pracy, miłości do ziemi. Nie stroi się folklorystycznych min. Zmęczone twarze pracujących w polu nie oczekują od odbiorców współczucia. Są pełne godności, zapatrzone w głąb siebie, w równym stopniu zadumane jak Frasobliwy. Matka Boska Siewna Nowakowskiego nie jest laleczką do podziwiania, jest prawdziwie Chłopską Madonną, która wie, że ziarno siewcy nie zawsze trafi na podatny grunt. Trochę zrezygnowana – jak jej twórca.
Podejmując tematy sakralne, Nowakowski czerpie z bogactwa chrześcijańskiej ikonografii i opowieści hagiograficznych. Są najpopularniejsi ludowi święci, a kiedy pojawia się Chrystus, to zawsze bardzo osobisty. Po wystawieniu pomnika Chrystusa Króla w Świebodzinie rzeźbiarz stworzył własną wersję monumentu. Rzeźbiarskie votum separatum.
„Ukazałem tu Chrystusa Króla, ale nie ma na głowie korony innej jak cierniową, nie złotą, bo Chrystus w swojej nauce złota nie uznawał. To cierpiący Król”.
Niezgoda wyraża się czasem w rzeźbie, innym razem w wierszu. W tym napisanym w 2008 roku wyraził swoją wizję organizowanej we wrześniu „Jesieni na Pałukach”. Osobną, daleką od zachwytu. Gorzką.

Jak co roku jesienią na Pałukach
czy jest zimno, czy jest upał
w Żninie wielki gwar
zjechały się kapele
artychy odpustowi, pacykarze,
drewnotłuki i malarze
już kapela gra od ucha
tańczy w pasiaku dziewucha
nawet babcia lepiej się czuje
w rytm kapeli podryguje
a artychy swe dzieła rozkładają
i na kupujących czekają
i zaczyna się targowanie
może świątek lub ptaszek panie
a kapela gra – obertasy, kujawiaki
tańczą dziewczyny i chłopaki
bo przy takich przytupasach
nie marzną nogi w zawiasach
słychać już cen wymienianie
panie, panie, proszę pana
ten świętoszek ma gębę Urbana!
Proszę pana, hola, hola
wyrwij pan ciernie i będzie Andrzej Bobola
jeden artycha chyba napił się chmielu
reklamując się, jestem z STL-u!
Artycha skrzętnie w kieszeni chowa
to, co pan marszałek dofinansował
i czyta dyplom rzecz oczywista
i tak myśli sobie, chyba naprawdę jestem artysta!
W niebie się święci wkurzyli
że tak ich brzydko artychy przedstawili
co się działo, szkoda gadać, jak deszcz zaczął padać
jak artychy swe dzieła foliami przykrywali
mało nóg nie połamali
a aniołki z drewna na niebiesko malowane
na niebiesko miały oczka rozmazane.
Jedni artychy litanię odmawiali
drudzy niebu się odgrażali
psioczyli i błagali
aby znalazła się jakaś rada, aby deszcz przestał padać
ale święci nieugięci, na nic nie zważali
na Żnin konewkami wodę lali
dalej artychy już nie czekali
swe przemokłe arcydzieła do worków zapakowali
i ze smutną miną w dal odjechali
ja tam byłem, marznąc, stałem
co widziałem, opisałem

Na kiermaszowym uboczu, z dala od modnych rzeźbiarzy stoi ten autentyczny twórca. Artysta, filozof, dla którego margines stwarza przestrzeń całkowitej wolności. Jestem przekonany, że jego sztuka przetrwa próbę czasu i chwilowych fascynacji. Niepewność, niedowierzanie, rezygnacja stają się w paradoksalny sposób atutami jak u Vladimira Holana –„co nie jest chwiejne, jest nietrwałe”.

Łukasz Ciemiński

 

Sugerowane cytowanie: Ł. Ciemiński, Niepewność kreacji, "Pismo Folkowe" 2020, nr 149 (4), s. 36-37.

Skrót artykułu: 

Szczupły, sprawiający wrażenie zrezygnowanego człowiek z ogromną nieśmiałością wystawiający swoje prace przy okazji rozmaitych kiermaszów sztuki ludowej. Przybysz z antypodów oficjalnie uznanego i wielbionego nurtu sztuki, który wielu jednogłośnie okrzyknęło mianem ludowej. Ludowej w obiegowym rozumieniu – barwnej, hałaśliwej, ale tak mało refleksyjnej, w nieskończoność powielającej jeden sprawdzony wzorzec. Niby ludowych, bo przecież nieznośnie kwieconych malwami, które wyjąc czerwienią i wytrzeszczonym spojrzeniem fizjonomii rzeźbionych świątków, domagają się naszej uwagi. Zawstydzony, bo tak różny, odmienny, stonowany i cichy.

fot. z arch. autora: Edmund Nowakowski i Łukasz Ciemiński

Dodaj komentarz!