
Charyzmatyczny muzyk i wokalista, natchniony mówca, chętnie dzieli się swą wiedzą i muzyką. Od kilku lat lublinianin. To właśnie w Lublinie i okolicy powstały jego trzy ostatnie mistyczne albumy prezentujące muzykę chasydzką. Z Symchą Kellerem rozmawiała Agnieszka Matecka-Skrzypek.

Agnieszka Matecka-Skrzypek: Zacznijmy od pierwszych spotkań z muzyką, pierwszych fascynacji. Kiedy to było? Łódzkie Katharsis?
Symcha Keller: Byłem wtedy w liceum. To były czasy, spotykało się z ludźmi, którzy dzisiaj są legendami, choćby z Ryśkiem Riedlem przy ognisku na zlotach hipisowskich. Były podróże bez celu, bez szlaku, bez projektu. To były bardzo ciekawe czasy i jestem szczęśliwy, że mogłem w Łodzi funkcjonować. Potem nadszedł stan wojenny. Chcieliśmy ruszyć z kamieniami na czołgi, jak to młodzi, nierozważni ludzie. Z tej frustracji powstała muzyka. Katharsis było formą, pewnym zjawiskiem. Nie nazwałbym tego zespołem muzycznym, dlatego że to było w zasadzie środowisko, które stworzyliśmy w Łodzi. Graliśmy bardzo różną muzykę. Początkowo fascynowaliśmy się Wschodem – poszukiwania, eksperymenty, nocne improwizacje z tłumem gości. Był to przełom lat 70. i 80. Zainteresowało nas źródłowe, ciężkie reggae, na przykład guru protest songu Johnson, Prince Far I, Burning Spear, Marley już niekoniecznie. Katharsis nie zaistniała szerzej muzycznie, ponieważ byliśmy tak chuligańscy, że nam cenzura nie puściła żadnego wydawnictwa, a nawet przerywano koncerty. Kiedy słucham tych tekstów, myślę, że są po prostu fajne i wciąż aktualne. Wtedy były to niedopuszczalne piosenki. Utwór „Oni”, który jest popularny na YouTubie, ma podtytuł „RPA 1986”. Dlaczego? Cenzura nie przepuściła go pod innym tytułem. Udaliśmy, że piosenka jest o RPA, rasizmie, apartheidzie, ale broń Boże o sytuacji w Polsce.
A wtedy był Pan wokalistą czy grał na…
Na kijach? Tak, grałem na fletach i śpiewałem. Zaczynałem od całej gamy fletów prostych. W reggae zacząłem grać na flecie poprzecznym. Grywałem też na saksofonie tenorowym. Do dziś moim ukochanym instrumentem jest whistle. Potrafię usiąść i godzinami wykonywać coś, co mi przychodzi do głowy bez żadnego konkretnego celu. Na flecie poprzecznym zawsze się grało pod coś – pod riffy, melodie. Układałem też teksty, zawsze o wydźwięku społeczno-religijnym.
Ma Pan wykształcenie muzyczne?
Sztywne ramy nauczania szybko mnie zniechęciły. Miałem swoich mistrzów. Jednym z nich był Paweł Humke, żydowski pianista z Łodzi. Zatrudnił mnie, kiedy miałem jeszcze włosy do pasa. Grałem na flecie w jego teatrze poezji śpiewanej. Bardzo lubiłem Grechutę i Niemena, więc się zgodziłem. Humke uczył mnie klasycznego podejścia do muzyki. Rzeczywiście ukształtowali mnie ludzie z wykształceniem muzycznym, choćby moja nauczycielka fletu poprzecznego. Flet prosty opanowałem samodzielnie. Poprzeczny wymagał edukacji. Później Icchak Froimowski uczył mnie w łódzkiej synagodze. Był mistrzem śpiewu, przed wojną kantorem cadyka z Radoszyc. Z tego miasteczka nikt nie ocalał. On był chyba jedynym kantorem z tego chóru w synagodze i pamiętał dawne melodie. „Szachrit Szabat”, teledysk, który nawet w Stanach się cieszy wielką popularnością, to właściwie nutka w nutkę to, czego mnie nauczył. Podczas mego pobytu w USA wpływ na mnie miał rabin Shlomo Carlebach – mistrz, guru, twórca setek pieśni chasydzkich. To był koniec lat 80., początek 90.
Kiedy Pan odkrył swoje żydowskie korzenie?
Już w czasie istnienia Katharsis odnosiłem się w tekstach do tematów biblijnych. Chodziłem do Icchaka Froimowskiego, uczyłem się od niego melodii. Dzięki Leonowi Pomorskiemu poznałem hebrajski. Uczyłem się od tych starych, ostatnich prawdziwych polskich Żydów. Kiedy oni odeszli, został inny świat. Wydaje mi się, że dziś chasydzi trochę żyją bajką, rzeczywistością nieistniejącą, czymś, co w porównaniu z przedwojenną duchowością jest jak herbata zalewana po raz piąty.
Chasydyzm w Izraelu i w Stanach Zjednoczonych jest taką cienką herbatą?
Byłem głęboko zanurzony w tym świecie, blisko jednego z największych mistyków, rabina Shlomo Carlebacha. Później zaangażowałem się w Aleksander Chasydów. Był to bardzo tradycyjny ruch chasydzki wywodzący się z Aleksandrowa pod Łodzią, małego miasteczka będącego przed wojną drugim co do wielkości ośrodkiem tej społeczności w Polsce. Po dziesiątej nocnej biesiadzie, gdy słyszałem te same pieśni, widziałem te same gesty, odniosłem wrażenie, że dla tych ludzi czas się zatrzymał, a ja nie lubię stać w miejscu. Chasydyzm zawsze mi się kojarzył z progresem, buntem, poszukiwaniem. To wrzenie duchowe, które było wewnątrz ludzi, stanowiło o jego niesamowitej popularności. Teraz to jest takie odtwarzanie ról. Mówię to z całym szacunkiem, ale to nie moja bajka.
Zrezygnował Pan z drogi społecznej?
Nie zrezygnowałem z chasydyzmu, jest moim przesłaniem, moją ideą. Zawiera w sobie wszystko: i buddyzm, i rastafarianizm. To bardzo uniwersalna idea. Oczywiście ona jest wewnątrz judaizmu, ortodoksyjnego judaizmu. W XVIII wieku oparte na fundamencie judaistycznym rewolucja, bunt, szaleństwo duchowe były na pierwszym planie, a dziś tego w chasydyzmie praktycznie nie ma. Jest odtwarzanie pewnych rytuałów z bardzo silnym powrotem do ultraortodoksji, która jest mi obca. Na Carlebacha inni rabini rzucali klątwy, bo tańczył i skakał na scenie, a to nie wypada. Podawał rękę kobiecie, a w ortodoksyjnym judaizmie to zabronione. Uważam, że to są rzeczy, które są może ciekawe etnologicznie, ale w życiu mamy ważniejsze problemy.
Jest to teatr rytuałów.
Tak, rytuał jest bardzo piękny, jeżeli nie jesteś zmuszany. Ostatnio grałem koncert, bardzo duchowy w ramach festiwalu Słowo i Język u Jezuitów. No i padły oskarżenia. Jak ja śmiem występować w kościele! Ja się tym jednak nie przejmuję.
Kiedy wrócił Pan do muzykowania, ukazał się dwupłytowy album „Bramy”.
Grałem praktycznie cały czas. Nagrywałem z Bakszyszem, ze Sławkiem Gołaszewskim, którego odejścia nie mogę przeboleć. Jednak muzyka była gdzieś z boku. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że mam już dość tych wszystkich oficjalnych funkcji. Zacząłem zastanawiać się nad tym, jak nagrać coś, co leży mi bardzo na sercu. Pojawił się Andrzej Adamiak, też już nieżyjący. Kochaliśmy go i znaliśmy już za czasów Katharsis i jego Rezerwatu z przeboju „Zaopiekuj się mną”, z którego wszyscy się śmialiśmy do łez, ale on był z tego bardzo dumny do końca swoich dni. Postanowiliśmy razem wydać album. Andrzej znalazł muzyków i nagrywaliśmy u niego w studiu. Pierwsza płyta jest absolutnie medytacyjna, złożona z typowo religijnych modlitw, bardzo głęboko mistycznych, chasydzkich, głównie od Froimowskiego. Natomiast na drugiej Andrzej mocno odcisnął swoje piętno. Niektórzy mówią, że to niedobrze, inni – że dobrze, a ja uważam, iż wszystko ma swój czas i miejsce. On dołożył tam gitary elektryczne, gdzieniegdzie perkusję, rockowe brzmienie. Kiedy jej słucham, nie jestem do końca ze wszystkiego zadowolony, ale uważam, że to był czas na tę płytę.
Żaden muzyk nigdy nie jest zadowolony ze swojej płyty.
Mam płytę, z której jestem zadowolony. To jest „Chojze – Widzący z Lublina”. Oczywiście, gdybym drugi raz nagrywał, dodałbym więcej głosów, ale słuchając tej płyty, jestem zadowolony w stu procentach. Widzący to część mojego życia. Mam do tej postaci bardzo osobisty stosunek. Kiedy na poważnie zacząłem zajmować się chasydyzmem, znajdowałem różne źródła, słuchałem opowieści o cadykach od starych Żydów, którzy widzieli może nie Widzącego, ale jego wnuków. Przyjechałem do Lublina w latach 80., kiedy kończył się Katharsis. Chłopaki poszły do ruchu Hare Kriszna, do buddyzmu zen. Nikt „normalny” z tej kapeli nie wyszedł, naprawdę. Mieszkałem na podlubelskiej wsi, niedaleko Słomy, Jacka Kleyffa, Andrzeja Mazurka. Byliśmy bardzo blisko. Gwiazdą rockową być nie chciałem, politykiem tym bardziej. Chałupkę miałem na Pryszczowej Górze, grałem muzyczkę i czas mijał. Podążałem też drogą duchową. Kocham Lubelszczyznę pod każdym względem. Jestem pasjonatem archeologii, no i żydowskie tradycje… Jeździłem na kirkuty do Lublina. Nie były ogrodzone, nie było klatki na grobie Widzącego. Była tam niesamowicie dobra energia. Dużo czytałem o Widzącym. Pewnego dnia dostałem wiadomość, że muszę opuścić chatkę. Nie miałem grosza przy duszy, a był piątek. Wtedy obchodziłem szabat, oczywiście w miarę możliwości i mojej wiedzy. Nie miałem pieniędzy, aby sobie zrobić jakąś fajną kolację szabatową. Pojechałem PKS-em do Lublina, usiadłem na grobie Widzącego – medytowałem, medytowałem, medytowałem, wstałem, patrzę, a na ziemi leży banknot dziesięciodolarowy. Pomyślałem, że to jest taka imitacja. Jeszcze dla bezpieczeństwa rzuciłem monetą, żeby sprawdzić, czy to jest dla mnie, czy nie, żeby jakiegoś świętokradztwa nie popełniać. Moneta w judaizmie ma swoją intencję. Wypadło, że jest dla mnie. To wziąłem te dolary, podziękowałem, kupiłem jedzenie w Peweksie. Później dowiedziałem się, że w piątek rano Widzący rozdawał pieniądze swoim chasydom. Isaac Bashewis Singer zawsze mówił, że przypadek to jest nie koszerne słowo. I ja uważam, że to nie był przypadek. To było pewne wskazanie. Podjąłem decyzję,że jadę do Izraela, żeby zobaczyć, czym jest prawdziwy judaizm, czym jest chasydyzm. Wyjechałem na kilka lat. Mieszkałem w Izraelu, w Stanach Zjednoczonych, a w 1993 roku wróciłem do Polski.
Wróćmy do albumu „Widzący z Lublina”.
Po płycie „Bramy” miałem dość Łodzi. Nie lubię teraz tego miasta. Podobała mi się jego brutalność, jak byłem młodym człowiekiem. Ono wykreowało Moskwę, Katharsis i inne kapele. Moja żona jest z Lublina, więc pojechaliśmy odwiedzić teściów. Była wtedy Noc Kultury. Poszliśmy na spacer i było fajnie. Przeprowadźmy się tu! Myśleliśmy o Irlandii, o Izraelu, ale dla mnie Lublin ma w sobie coś niezwykłego. Pięć lat temu tu przyjechaliśmy. Na początku mieliśmy jeszcze idee żydowskie. Chcieliśmy zbudować centrum kultury chasydzkiej, ale się nie udało. Za to spotkałem wspaniałych ludzi. Przede wszystkim odnowiłem stare kontakty: z Tomkiem Bozdkiem Kozdrajem, z Krzysiem Pachlą. Postanowiliśmy zająć się muzyką. Poznałem akordeonistę Bartka Stańczyka i kontrabasistę Roberta Brzozowskiego – cudownych muzyków i wspaniałych ludzi. W Łodzi się przyzwyczaiłem, że nie ma nic za darmo. W Lublinie okazało się, że ludzie chcą coś od siebie dać, niczego nie oczekując w zamian. To był dla mnie wielki szok. W środowisku żydowskim nie ma czegoś takiego. Łódź jest miastem bardzo interesownym, wysysającym energię, niewdzięcznym. Tutaj nagle okazało się, że wszystko fajnie idzie. Nagraliśmy płytę, która była dla mnie takim spłaceniem długu wdzięczności wobec Widzącego. Wiele mu zawdzięczam, choćby to, że teraz czytam jego teksty w oryginale. Otwierałem księgi Widzącego po hebrajsku, po aramejsku. Kiedyś mogłem tylko słuchać legend i studiować przekłady. Teraz to jest zupełnie co innego. Wiem, kim był ten człowiek, co pisał, i uważam, że trafienie na niego było absolutnie kompatybilne z moim podejściem do religii i do Boga. Dlatego powstała ta płyta.
Z jakich materiałów Pan korzystał, pracując nad tym albumem?
Utwory, które nagrywam, pochodzą głównie z nauk moich mistrzów. Znam nuty, ale mój rebe powiedział, że to jest papierowa muzyka, która nie dochodzi do najwyższej komnaty Boga, więc stwierdziłem, że nie będę z nich korzystał. Dobrze mi to zrobiło, bo wykształciło u mnie bardzo dobrą pamięć słuchową. Uczę się na pamięć pieśni, którą słyszę, i następnego dnia ją śpiewam. Tak uczyły się całe pokolenia. „Chojze” był oparty na pieśniach, których nauczyli mnie Carlebach i Froimowski. Byli jeszcze pan Stołowicz, pan Bursztyn. Przychodził na stołówkę taki staruszek i mówił: „Chodź, usiądź koło mnie”. I śpiewał… „W synagodze chasydów przy Wschodniej tak śpiewali, a gdzie indziej tak…”. Słuchałem, zapamiętywałem i to wszystko we mnie jest. „Chojze” jest płytą spójną muzycznie i duchowo. Są to oryginalne pieśni z początku XIX wieku, a niektóre nawet starsze, czyli to pierwsze chasydzkie utwory, które przetrwały w niezmienionej formie. To jest niezwykłe. Chciałem nagrać coś, co będzie jakąś namiastką oryginału, czyli akordeon i bębny, a nie perkusja. Wszystko spięło się w bardzo ładną formę. Płyta nagrywana była z radością, w epoce przedcovidowej, z zupełnie innym duchem. Wirus zmienił ludzi kompletnie, a teraz jeszcze wojna rosyjsko-ukraińska. Już nigdy się nie otrząśniemy. Ta płyta jest z innym podejściem: optymistyczna, mistyczna. Jestem z niej bardzo zadowolony.
Kolejna płyta lubelska to „Chasydzka droga” – brzmi inaczej. To Pan gra na niej „pierwsze skrzypce”, muzycy są na drugim planie.
„Chasydzka droga” jest już płytą nagrywaną w epoce covidowej. Bardzo wiele elementów wprowadzili do niej muzycy, a nie ja. Nie byłem wielkim zwolennikiem perkusji, a oni namówili mnie do tego, aby na tej płycie zaistniała. Muzycznie to jest album może nawet lepszy niż „Chojze’”, jeżeli chodzi o bogactwo brzmień i środków. Natomiast „Chasydzka droga” jest inna. Jest bardziej szorstka na pewno. Znalazły się na niej utwory grane bardziej transowo, z perkusją, weselne. Ma w sobie też dużo delikatności. „Hallel” jest czysto wokalną suitą chasydzką, która pochodzi od pana Froimowskiego. To jest zbiór psalmów, modlitw świątecznych. On to robił, a ja się starałem to teraz oddać na tej płycie. „Chasydzka droga” jest bardzo zróżnicowana, trochę szalona, bo jest i utwór z sitarem, właściwie pseudositarem, i z bębnami. Na szałamai nawet tam gram. Każda rzecz, którą robię, ma dwie wartości: muzyczną i duchową, czyli przekaz. Ta płyta jest odejściem od Widzącego, pożegnaniem tej postaci. Czasom dzisiejszym bardziej odpowiada Kocker. Jego życie to powstanie listopadowe: szaleństwo, bunt przeciwko zastygnięciu chasydyzmu. Kocker był Bożym Szaleńcem, który rozwalał wszystkie mury, buntownikiem. Takie są nawet jego definicje Boga: „Bóg to jest tam, gdzie go wpuścisz, a nie wszędzie”. Ta płyta ma w sobie wiele z Kockera, masę buntu. Jest bliższa szkole kockiej niż mistyce trochę szalonej, trochę bajkowej. Kocker nie ma w sobie nic z bajki, po prostu jest twardy i koniec. Ta płyta została nagrana bardzo szybko, w ciągu kilku tygodni. Wiele utworów jest bez miksów, zarejestrowanych na żywo. Ważnym elementem naszych koncertów jest słowo, przekaz nauk starych mistrzów, cadyków. Słowa o pokoju, miłości, empatii są dzisiaj niezwykle ważne, widzimy też, jak bardzo nasza publiczność potrzebuje takiego przekazu.
Ostatnio powstała płyta towarzysząca książce o Kocku.
To jest rzecz niezwykła. Pojechałem do Kocka szukać domu rebego, ponieważ wszyscy błędnie pokazują drewniany budynek, który stoi z dala od rynku. Podjąłem decyzję z rabinami z Izraela, że musimy znaleźć to miejsce. Trafiliśmy bardzo szybko na dokumenty w księgach wieczystych z odręcznym podpisem cadyka z Kocka, dotyczące przejęcia majątku od księżnej Jabłonowskiej. Kocker określony jest jako przewodniczący sekty husytów. Nie wiedzieli, co to jest chasydyzm. Dostał grunt przy rynku, znaleźliśmy to miejsce. Stoi tam dom, mieszkali w nim jakiś czas syn i wnuk Kockera. Potem przenieśli się do Puław. Dopiero praprawnuk wrócił do Kocka przed samą wojną. Stoi również dom parterowy, który był miejscem modlitwy. One są trochę odnowione, ale sama struktura została zachowana. Wiemy, w którym miejscu stał rebe, podsłuchując modlitwy. W kockim domu kultury poproszono mnie o wykład na ten temat. Przyszedł tam ksiądz, który po spotkaniu zaprosił mnie do swojego małego muzeum i zaproponował nagranie płyty do swojej książki o Kocku. Była w niej pierwsza po polsku wzmianka o rebem i spory rozdział o chasydyzmie. Zależało nam, żeby nagrania były jak najbardziej wierne tamtym czasom, więc wpadłem na pomysł, żeby ją zarejestrować w studiu w Lubartowie. Nie ma tu przypadku. Droga chasydzka z Lublina do Kocka z przystankiem w połowie drogi w Lubartowie. Nagrywałem a capella po kilka głosów do każdej pieśni. Zależało nam, żeby na płycie zabrzmiał język hebrajski z naukami rebego z Kocka. Powstała szybko, ale jestem z niej bardzo zadowolony.
A skąd wiemy o rebem z Kocka?
Tylko z opowieści. Jego nauki są zapisane w księgach jego uczniów. To, jak zachowywał się rebe z Kocka, jest fenomenalne. W działalności duchowo-mistycznej naszych praprzodków cenny był akt stworzenia artefaktu, który potem wyrzucano, niszczono. Kocker swoje księgi tak właśnie tworzył. Rano zaczynał pisać księgę, a wieczorem ją palił. I tak dzień po dniu. Jest to kompletnie mistyczne odniesienie historii człowieka do działalności rebego z Kocka. Zostało po nim tylko to, co jego uczniowie usłyszeli. Kock był w pewnym okresie fundamentem duchowości polskiego chasydyzmu. Sam Kocker wybrał bunt. Zgasił świece szabatowe, zamknął się w pokoju i po prostu dwadzieścia lat nie wychodził. Mówił do Żydów: „Uczcie się walczyć, uczcie się operować bronią, walczcie z chłopakami razem w powstaniu listopadowym”. Klątwy za to dostał od wielu innych rabinów. On uważał, że Żyd powinien być bohaterem razem z gospodarzem miejsca, w którym żyje. To było rewolucyjne społecznie. Jego nauki zostały u innych i my z tych nauk korzystaliśmy. Mam księgę, gdzie znajdują się krótkie cytaty z jego nauczania, dosłownie dwa zdania. O tym jest ta ostatnia płyta.
Ma Pan plany?
Teraz nagrywam dla Darka Malejonka psalmy po hebrajsku na jego najnowszą płytę. Tam będą dwa kawałki z moim wokalem, bo muzyka jest jego. Jest dla mnie trudna. Darek przez lata grał reggae, aż tu nagle poszedł w kierunku elektroniki orientalnej. To kolejne wyzwanie. Zobaczymy, co świat przyniesie. Dzisiaj planowanie przyszłości bywa ryzykowne. W przyszłym roku kończę 60 lat, a jednocześnie 40 lat temu pierwszy raz znalazłem się na scenie. Te rocznice powodują, że jednak planujemy. Przygotowujemy się na naprawdę niezwykły muzyczny rok!
Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Wiktoria Kaczmarczyk
Charyzmatyczny muzyk i wokalista, natchniony mówca, chętnie dzieli się swą wiedzą i muzyką. Od kilku lat lublinianin. To właśnie w Lublinie i okolicy powstały jego trzy ostatnie mistyczne albumy prezentujące muzykę chasydzką. Z Symchą Kellerem rozmawiała Agnieszka Matecka-Skrzypek.
fot. R. Hetman