
Michał Żak to muzyk, podróżnik, multiinstrumentalista, uczestnik międzynarodowych projektów artystycznych, łączący różne style muzyczne – od muzyki klasycznej po ludową. Współtworzy zespoły Janusz Prusinowski Kompania, TRANSatlantyk, Lautari, Tęgie Chłopy, Into the Roots i wiele innych. O muzycznych inspiracjach, międzynarodowej współpracy, dziadkowych cymbałach i nowych horyzontach w muzyce rozmawiała z nim Agnieszka Matecka-Skrzypek.
W ilu zespołach obecnie grasz?
Trudno zliczyć na szybko… Tęgie Chłopy, Prusinowski Kompania, TRANSatlantyk. Gramy z Lautari, raz do roku coś się wydarza, ale rozwijam też nowe rzeczy – bardziej kameralne, na przykład duety, choćby z Aleksandrem Dębiczem.
Z pianistą?!
Tak, to duet muzyki kameralnej. Reinterpretujemy Chopina, Szymanowskiego, Bacha. Już od dwóch lat gramy w cyklu „Z klasyką przez Polskę”. Jest to bardzo ciekawy projekt, który przenosi muzykę klasyczną do bardzo małych miejscowości. Przywozi się fortepian w miejsca, w których takiego instrumentu nigdy nie było. Poza tym aktualnie gram z Piotrem Damasiewiczem w Into the Roots. Nagrałem z tym składem płytę „Świtanie” w 2023 roku, a w 2024 roku była jej premiera. Mateusz Niwiński w maju 2024 roku zaprosił mnie na nagranie płyty z Orkiestrą Galicja.
Ukazała się?
Tak, nosi tytuł „Drogi”, do odsłuchania w streamingach od zeszłego grudnia. W 2024 roku wyszła też płyta nagrana z Dębiczem – „Magnolia”. Tytuł krążka zobowiązuje – jego zawartość to głównie duety z wybitnościami i „kwiatem” polskiej muzyki klasycznej, czyli Łukaszem Kuropaczewskim, Marcinem Zdunikiem, Jakubem Józefem Orlińskim, Konradem Gołdą – no i ze mną. To wspaniała przygoda muzyczna, aczkolwiek mniej koncertowa, to bardziej projekt płytowy, „do słuchania”.
Stworzyłeś w 2024 roku projekt z norweską śpiewaczką Synnøve Plassen, który można było usłyszeć na tegorocznych lubelskich KODACH.
Tak, to cudowne, a mamy w planie rozwijanie tego duetu. Najpierw usłyszałem jej muzykę w radiu – Kuba Borysiak puścił jej nagrania w Programie Drugim Polskiego Radia i to był moment absolutnej fascynacji talentem, warsztatem i muzykalnością tej młodej osoby. Chwilę później poznaliśmy się osobiście na Targach Muzycznych WOMEX, w zupełnie luźnej rozmowie zaproponowałem „muzyczne spotkanie” w nieokreślonej przyszłości. Spotkaliśmy się potem jeszcze raz w Oslo, podczas mojego koncertu z Tęgimi Chłopami w Riksscenen. I znów mieliśmy trochę więcej czasu na niezobowiązującą rozmowę. W 2024 roku udało mi się zaprosić Synnøve na nasz wspólny, premierowy koncert w Warszawie, w ramach cyklu „Wielogłosy” w Ośrodku Kultury Ochoty OKO. Synnøve przyjechała na dwa dni próby i zagraliśmy koncert
Wielka improwizacja.
Nie do końca, wcześniej pracowaliśmy korespondencyjnie, ale zostawiamy sporo przestrzeni w naszej muzyce nawet i na „wielką improwizację”. Duet to duże wyzwanie i odpowiedzialność, ale też innego rodzaju praca muzyczna i koncepcyjna niż w dużych zespołach. To też innego rodzaju przekaz i inny kontakt z publicznością – z pewnością świadomiej używa się ciszy, raczej jako elementu twórczego w samej muzyce niż tylko jako przerwy między utworami.
Jaki swój projekt uważasz za najbardziej autorski?
Zdecydowanie TRANSatlantyk, tym bardziej że wiąże się z moją rodzinną historią cymbałową. Mój dziadek zmarł w 2015 roku. Siłą rzeczy odziedziczyłem jego instrument, jako najbardziej muzykalna osoba wśród wnuków. Jeszcze zanim dziadek umarł, miałem już dużą świadomość jego historii i dawnej świetności wykonawczej. Zrobiłem z nim wywiad dla radiowej Dwójki. Odzyskałem jakieś starodawne nagrania, które zrobił mój tato na magnetofonie szpulowym w 1974 roku. Dziadek – Jan Czarnecki – był wirtuozem cymbałów wileńskich. Na dodatek jego instrument niesie ze sobą wyjątkową historię. Jego pierwsze cymbały zostały zniszczone w czasie przemarszu przez jego wieś na Wileńszczyźnie armii hitlerowskiej. Gdy wojna się skończyła i polskie wojska wkroczyły na Ziemie Odzyskane, pod Gryficami zbudował nowy instrument z deski poniemieckiego fortepianu. To dość symboliczne. Te cymbały z 1946 roku są ze mną do dziś. W pandemii zacząłem z nimi pracować, przypomniałem sobie, gdzie mogę znaleźć skrawki nagrań, miałem na czym bazować. Koncerty nam zamknięto, było dużo czasu na eksplorację nowej płaszczyzny dźwiękowej, jaką dają cymbały. Wymyśliłem projekt i zostałem na pół roku stypendystą Ministra Kultury. Mogłem rzeczywiście skupić się na repertuarze dziadkowym. Wymyśliłem też, że skomponuję jakieś utwory dodatkowo i to stało się bazą dla TRANSatlantyku. Zaprosiłem muzyków z Lublina i okolic. Album ukazał się jesienią 2023 roku nakładem wydawnictwa Requiem Records, a w 2024 płyta TRANSatlantyku „Młynka kręci” była laureatem w konkursie na Folkowy Fonogram Roku, organizowanym przez Polskie Radio. W listopadzie 2024 zagraliśmy koncert w cyklu „Jazz Club” w NOSPR, do którego udało mi się zaprosić dwóch kolegów z Etiopii.
Czy ci muzycy z Etiopii byli z tego projektu, w którym grałeś z kolei w maju 2019 roku?
Wyjazd do Etiopii to było wyjątkowe wydarzenie. Rzeczywiście, Samuel Yirga, gwiazda jazzowej pianistyki z Addis Abeby, którego zaprosiłem do tego specjalnego koncertu w katowickiej sali NOSPR, brał też udział w naszym wspólnym projekcie z 2019 roku. Polecił nam jeszcze innego muzyka – Endrisa Hassena, grającego na jednostrunowej lirze masenqo.
Jak doszło do tego, że zagrałeś w Etiopii?
Wysłałem aplikację i dostałem miejsce w dwunastoosobowym, międzynarodowym ansamblu. Człowiek, który to wymyślił, był wówczas urzędnikiem EEAS (Delegation of the European Union to the African Union). Sam jest gitarzystą flamenco i Gypsy jazz, więc umiejętnie uzasadnił przełożonym wartościowość takiego projektu i zdobył nań fundusze. Brało w tym udział sześciu muzyków z Afryki (Maroka, Zimbabwe, RPA, Etiopii, Tanzanii) i sześciu Europejczyków, w tym ja. Głównym wydarzeniem, które przygotowywaliśmy, był koncert z okazji Dnia Europy w Narodowym Teatrze Etiopii 9 maja, ale nagraliśmy też płytę, która – niestety – nigdy nie ujrzała światła dziennego. Zagraliśmy kilka dodatkowych koncertów, m.in. w Etiopii i w Rwandzie, a finałem tego przedsięwzięcia był koncert z Youssou N’Dour w Brukseli. Na tym się właściwie skończyło. Natomiast kontakty powstałe podczas tego projektu wciąż procentują
Bliżej ci do muzyki ludowej, klasycznej czy improwizowanej?
Może rzeczywiście improwizowanej. Chciałem na początku powiedzieć, że do ludowej, bo właściwie dziadek był ludowym muzykiem. Sam już nie wiem – zależy, co w danej chwili robię. Ewidentnie każdy z tych nurtów jest dla mnie kuszący. Chętnie też nie dzieliłbym muzyki na gatunki, tylko określił ją jako jedną. I może zacytowałbym tu jeszcze jednego ze swoich mistrzów wiejskiego grania, Jana Gacę, który zwykł mówić, że „muzyka jest nieskończona”. Jest ogromna przestrzeń do improwizacji w muzyce ludowej. Kiedy w 2007 roku Janusz Prusinowski zaprosił mnie do zespołu Janusz Prusinowski Kompania, to od razu zaznaczył, że tutaj, w mazurkach jest improwizacja. Miałem już wtedy za sobą wyjazdy z Maciejem Filipczukiem do Kazimierza Meto, bywałem u Antoniego Bednarza, później też Stanisław Witkowski stał się takim przyszywanym dziadkiem, wszyscy chętnie dzielili się tym, co mieli najlepszego. Otwartość mistrzów w pełni przyciągnęła mnie do muzyki ludowej już ponad 20 lat temu, ale nie wszedłbym w nią, gdyby nie ta wolność i jej improwizacyjny charakter. Klasyka z kolei jest dla mnie ogromną inspiracją. Od kilku lat sam się zabieram za różne utwory z kanonu muzyki poważnej, gram Ravela na saksofonie sopranowym, Chopina na flecie mu współczesnym czy Bacha w sposób kanoniczny. Mam na tym polu, jak już wcześniej wspominałem, świetnego partnera i inspirację – Aleksandra Dębicza.
W Kompanii jesteś multiinstrumentalistą.
Taki musi być każdy z nas. Ja gram na klarnecie, sopranie, fletach, cymbałach, kontrabasie. Janusz też jest multiinstrumentalistą – gra na cymbałach, harmonii, skrzypcach, śpiewa. Piotr gra i na basach, i na bębenkach. Szczepan, którego wzięliśmy do zespołu jako trębacza, ostatnio grywa z nami na basetli czy na kontrabasie. Jest taka potrzeba, żebyśmy grali na wielu instrumentach. Zresztą jest to świetne, bo możemy grać różny repertuar. Czasami gramy muzykę rzeszowską – Janusz wreszcie może pograć na skrzypcach, a ja gram akompaniament na jego cymbałach. Piszczatowski może grać sekund, a Pospieszalski kontrabas i mamy kapelę jak z Futomy albo z Kolbuszowe.
Stroisz te cymbały po wileńsku?
Stroję tak, jak stroił je dziadek. Ale kiedyś każdy twórca ludowy, budowniczy swojego instrumentu tworzył go tak, by móc zagrać to, co potrzebuje – i tak też nastroić. Z moich badań i obserwacji wynika, że trudno tu znaleźć jakiś kanon. Dziadek wszędzie woził te cymbały w kołdrach, a opakowanie na nie zrobił dopiero mój ojciec 10 lat temu. Dziadek mieszkał to gdzieś na Kurpiach, to gdzieś na Pomorzu, zanim trafił na Dolny Śląsk, gdzie urodziłem się ja i moi rodzice. Jest to bardzo nadwyrężony, już właściwie zabytkowy instrument, a ja potrzebuję też czegoś solidnego. W zeszłym roku byłem stypendystą programu Szkoła Mistrzów Budowy Instrumentów Ludowych, prowadzonego przez NIMiT i zbudowałem razem z lutnikiem Ryszardem Wądołowskim nowy instrument. Wymyśliłem, że zrobimy kopię, ale taką jakby poszerzoną, bo te dziadkowe cymbały z deski fortepianu mają dosyć wąski ambitus niecałych dwóch oktaw. Są rzeczywiście diatonicznym instrumentem, a te wileńskie bywały różne, często rozbudowane do formy chromatycznej.
Mieszkasz na Lubelszczyźnie – czy w związku z tym muzyka lubelska stała ci się bliższa?
Trochę, bo więcej tych wątków lubelskich pojawia się teraz w repertuarze TRANSatlantyku. Sporo motywów wziąłem np. z Kocudzy i okolic, ale od wielu już lat eksploruję muzykę Kapeli Bednarzy z Nowej Wsi czy Braci Bździuchów, którzy wspierali muzycznie Annę Malec. Suwaki, zawiślaki i inne „lubelskie mazurki” to jedne z moich ulubionych melodii, wciąż wykorzystywane w pracy twórczej.
Czy jesteś wykształconym klasycznie muzykiem? Czy uczyłeś się grać na flecie? Zawsze myślałam, że tak.
Otóż nie. Jest szansa, że mój syn będzie takim muzykiem, jeśli oczywiście przejdzie cały ten system edukacji. Jest już w czwartej klasie i gra właśnie na flecie. Uczy się klasycznie, aczkolwiek bierze też udział w naszych dziecięcych projektach, co daje mu szerszy horyzont, zwłaszcza w kontekście tradycyjnego trybu nauczania, czyli ze słuchu. Ja nie przeszedłem pełnej edukacji. Właściwie, kiedy odkryłem, że chciałbym jednak grać na poważnie, było dla mnie za późno, żeby usiąść w ławce szkolnej z dziećmi, ponieważ byłem już nastolatkiem. Stwierdziłem, że trzeba znaleźć dobrych nauczycieli, a chciałem grać od razu na flecie historycznym, drewnianym. Kiedy zaczynałem, to nie wiem, czy ktokolwiek grał w Polsce na takim instrumencie. Musiałem nauczycieli szukać za granicą – 10 lat jeździłem do francuskiej Bretanii. Najczęściej autostopem. Miałem to szczęście, że poznałem Jean-Michel Veillona, który niemalże przyjął mnie pod swój dach. Mogłem go odwiedzać w wakacje i z nim ćwiczyć. Później poznałem jeszcze wielu innych wybitnych instrumentalistów: Erwana Hamona czy Jean-Luc Thomasa, z którymi przesiedziałem godziny. Jeździłem też na kursy, takie tabory. Uczyłem się grać na flecie typu angielskiego z 1846 roku, który trafił do szeroko pojętej muzyki tradycyjnej. Kiedy Theobald Boehm udoskonalił flet poprzeczny poprzez zmianę aplikatury czy materiału, czyniąc go głośniejszym i równiejszym w brzmieniu w każdym rejestrze, flety typu angielskiego szybko zostały wyparte przez swój nowy wariant orkiestrowy. Rynek został w momencie „dosycony” instrumentami z drewna, którymi pierwsi zainteresowali się Irlandczycy, szybko adaptując we własnej muzyce ludowej. W Bretanii ten flet wdrożył Jean-Michel Veillon.
Czyli można powiedzieć, że flet w muzyce bretońskiej zaistniał dość późno, dzięki niemu?
Tak, dzięki niemu, w latach 70. Wydawałoby się, że grają tam na flecie od zawsze.
Twój pierwszy zespół był zespołem muzyki irlandzkiej czy bretońskiej?
Bretońskiej oczywiście, pierwszy był Bal Kuzest, potem irlandzki Manikut i Duo Michał Żak/Marcin Szyszkowski z muzyką bretońską. Te dwa ostatnie w 2006 roku zdobyły nagrody na „Scenie Otwartej” Mikołajek Folkowych. Idea Bal Kuzest zrodziła się podczas pierwszej podróży autostopowej do Bretanii na wielki Festival Interceltique de Lorient. Po drodze zboczyliśmy z kolegą do małej wioski na fest-noz i zupełnie odechciało nam się jechać na festiwal do miasta. Mimo to dotarliśmy do założonego celu, ale mimo tuzów celtyckiego grania, występów gwiazd pokroju Alana Stivella, Festival Interceltique wyblakł w doznaniach porównywanych do tych z bretońskiej wsi. Fest-noz był bardzo wspólnotowym i społecznym świętem, z kilkoma kapelami grającymi na przyczepach w rozmaitych fuzjach i stylach, ale przy tym bardzo precyzyjnie do tańca. To był dla nas szok kulturowy i od razu stwierdziliśmy, że chcemy tak grać. Chcemy, by tak było też u nas, by społeczności czuły się u siebie, rozpoznawały swoją muzykę, szanowały ją, żyły z nią dobrze, bawiły się nią, a potem na przykład twórczo ją rozwijały. To wszystko prowadziło do tego, że po latach grania regularnych potańcówek bretońskich czy irlandzkich stopniowo zaczęliśmy zmieniać repertuar na lokalny. Nastąpiło odkrywanie żyjących jeszcze mistrzów wiejskiej muzyki w wielu zakątkach Polski i praktykowanie u nich. Jedną z pierwszych refleksji po bretońskich podróżach za muzyką wiejską było pytanie: Czemu w Polsce nie ma takiej kultury, że się pojedzie na wieś, a tam feta z – dajmy na to – pięcioma kapelami grającymi fenomenalnie do tańca, w różnych stylistykach, czy jazzowej, czy rockowej, czy zupełnie tradycyjnej?
Chyba teraz po 30 latach pracy to się spełnia.
Tak, o to nam chodziło. Pamiętam nasze rozmowy z Januszem Prusinowskim na samym początku znajomości. On też był sfrustrowany stanem polskiej muzyki, szczególnie tanecznej, tradycyjnej. Przez ostatnie 20 lat wspólnie wbijamy ten gwóźdź odrodzenia dawnej „normalności”, nauki mistrz-uczeń, pograjek i potańcówek, przy muzyce lokalnej dla lokalnej społeczności, czy to grając z wiejskimi mistrzami u nich, czy przywożąc ich do stolicy na przykład na festiwal Wszystkie Mazurki Świata. Swoją drogą – główne wydarzenie taneczne tego festiwalu zwie się Noc Tańca, czyli Fest-Noz. Byliśmy zresztą z Kompanią w Bretanii kilka razy i doznaliśmy tego fenomenu wspólnie. Pierwszy raz na Festival de Bombarde et compagnie, czyli na festiwalu szałamai świata.
A ostatnio co porabiasz?
Bawię się muzyką z synem, wymyślając coraz to nowe z nim duety. Staram się trzymać formę jako instrumentalista, ćwicząc regularnie klasykę; to pośrednio związane jest z dużym koncertem, który niebawem przede mną w Brukseli. Aleksander Dębicz napisał wyjątkowy utwór pt. „Unity” na zakończenie polskiej prezydencji w UE. W nim partie na flet i cymbały w moim wykonaniu. Będę miał zaszczyt wykonać je u boku wybitnych solistów – wszystkich współtwórców „Magnolii”, ale dodatkowo, obok fortepianu, kontratenoru, gitary, wiolonczeli i rogu, w instrumentacji pojawią się też skrzypce i fagot, kontrabas i perkusja. Zapowiada się wyjątkowy wieczór we Flagey, z pewnością do obejrzenia kiedyś w nocnym paśmie TVP Kultura. Już się nie mogę doczekać tej muzycznej uczty.
Dziękuję za wywiad.
Redakcja na stronie Julia Wolny, studentka e-edytorstwa i technik redakcyjnych.
Michał Żak to muzyk, podróżnik, multiinstrumentalista, uczestnik międzynarodowych projektów artystycznych, łączący różne style muzyczne – od muzyki klasycznej po
ludową. Współtworzy zespoły Janusz Prusinowski Kompania, TRANSatlantyk, Lautari, Tęgie Chłopy, Into the Roots i wiele innych. O muzycznych inspiracjach, międzynarodowej współpracy, dziadkowych cymbałach i nowych horyzontach w muzyce rozmawiała z nim Agnieszka Matecka-Skrzypek.