Muzyka bez granic

Moribaya

Anika Kamińska to założycielka i menadżerka zespołu Moribaya, który zajął trzecie miejsce w konkursie „Scena Otwarta” na Mikołajkach Folkowych 2021. W zespole gra na djembe i tańczy. W trakcie przygotowań do wydarzenia Moribaya & Cartagnan Małgorzacie Adamczyk i Julii Małysce opowiedziała o tradycyjnych instrumentach afrykańskich, istocie rytmu i planach grupy.

Anika Kamińska w czasie koncertu zespołu Moribaya. Mikołajki Folkowe 2021
fot. J. Jeżak

Małgorzata Adamczyk: Jak zaczęła się wasza przygoda z muzyką afrykańską?

Anika Kamińska: Nasza grupa pierwotnie składała się z osób, które interesowały się taką muzyką i spotkały się na związanych z nią warsztatach. Jest to tak specyficzna forma muzyki, że ciężko mówić o samodzielnych ćwiczeniach, ponieważ rytmy trzeba ze sobą zgrywać. W Afryce sytuacja wykonawcza wygląda dokładnie tak samo. Do tej pory nie spotkałam nikogo, kto sam ćwiczyłby grę na bębnie – zawsze widziałam ludzi pracujących razem. W połowie 2014 roku zostaliśmy poproszeni o zagranie koncertu i tak z grupy ćwiczących entuzjastów utworzył się zespół muzyczny.

Julia Małyska: Skąd pomysł na jego nazwę?

Ludzie często mnie o to pytają. Jej historia jest dość dziwna [śmiech]. Pierwotnie nazywaliśmy się Moribayassa, czyli tak, jak jeden z bardziej popularnych rytmów zachodnioafrykańskich. Ta nazwa była za długa i ludzie w ogóle nie potrafili jej wymówić – więc obcięliśmy końcówkę. Wtedy powstał właściwie nowy wyraz. Jakoś nam się spodobał. Sam w sobie wiele nie znaczy. W Gwinei jest miejscowość, która się tak nazywa. De facto to słowo funkcjonuje jednak po prostu jako nazwa naszego zespołu.

M.A.: Jakie instrumenty charakterystyczne dla muzyki Afryki Zachodniej wykorzystujecie w swojej twórczości?

To przede wszystkim bęben djembe, typowy dla tego regionu. Teraz można spotkać go wszędzie, również w sklepach z pamiątkami w innych częściach świata. Jest bardzo popularny, ale pochodzi z Afryki Zachodniej. Tam gra się na nim w sposób profesjonalny, jest używany w tamtejszej muzyce tradycyjnej. Stosujemy też bębny dundun, czyli duże bębny basowe, często używane w zestawie trzech takich instrumentów o różnej wysokości dźwięku. Te instrumenty, które wymieniłam, wykonywane są ręcznie z drewna, naciągane są na nie skóry kozie lub cielęce. Są robione tradycyjnymi, niezmiennymi od wieków metodami. À propos bębnów – pokutuje przeświadczenie, że gra się na nich łatwo, wystarczy siąść i uderzać. Muzyka afrykańska jest niezwykle zaawansowana pod względem rytmicznym. W świecie słowiańskim lubimy rozbudowywać harmonię. W Afryce nacisk jest kładziony na rytm, który jest wielowarstwowy. Europejczykom zagranie i zrozumienie takiej formy sprawia ogromne problemy. Taki sposób wykonania wymaga absolutnie mistrzowskich umiejętności. Oprócz bębnów gramy na balafonach. To takie afrykańskie ksylofony, można powiedzieć, że wielkie drewniane cymbały. Wykorzystujemy dwa ich typy – balafon diatoniczny, o skali białych klawiszy na pianinie, oraz balafon pentatoniczny, o skali pięciu dźwięków. Skala i strój zależą od regionu, z którego pochodzi instrument. Balafony diatoniczne pochodzą z Gwinei. Są ważne w tradycji ludów Susu, w których muzyce odgrywają nawet większą rolę niż bębny. Balafony pentatoniczne pochodzą z południowego Mali i z Burkina Faso. Wywodzą się z tradycji muzycznych ludności Bobo i Buaba. Są duże, mają ciepły dźwięk, robione są z jasnego drewna. Te cechy różnią je od balafonów diatonicznych. Budując te ostatnie, drewno się wędzi, by uzyskać ciemniejszy kolor sztabek. Balafony mają specyficzny, brzęczący dźwięk. Na naszych koncertach akustycy często pytają, czy nic się nie zepsuło w instrumencie, bo tam coś strasznie bzyczy. Tymczasem jest to pożądany efekt. W kalabasach robi się dziurki, na które nakleja się malutkie, plastikowe łatki, które – rezonując – wydają właśnie taki bzyczący dźwięk. Przypomina to specjalne efekty na gitarze elektrycznej w muzyce rockowej [śmiech]. W zespole wykorzystujemy jeszcze korę, czyli afrykańską harfę. Pierwotnie używana była podczas ważnych uroczystości, między innymi na dworach królewskich. Zdarza się nam też grać na ngoni, czyli innym rodzaju harfy afrykańskiej, ale o mniejszej skali. Instrument ten ma wiele rodzajów. My używamy klasycznego, najbardziej popularnego kamelengoni, który można usłyszeć również w muzyce rozrywkowej. Wykorzystujemy jeszcze przeszkadzajki, czyli małe instrumenty perkusyjne. Wśród nich można wymienić djabarę – grzechotkę zrobioną z tykwy, dyni afrykańskiej stosowanej do wytwarzania najróżniejszych instrumentów, między innymi wymienionych już ngoni i kory. Korzystamy też z sese, czyli metalowych liści nakładanych na bębny, oraz z dzwonków, które są bardzo ważną częścią afrykańskiej rytmiki.

J.M.: Na waszych koncertach podziwiamy pokazy tańca afrykańskiego. Przygotowujecie choreografię czy jest to czysta improwizacja?

Tak, przygotowujemy choreografię. Czasami mamy jedną tancerkę – mnie, czasem więcej tancerzy. W muzyce afrykańskiej są określone formy muzyczne, słowa piosenek, melodie, ale też dostosowane do nich ruchy i kroki taneczne. Jeżeli rytm nazywa się konkoba, to wykonuje się do niego kroki z konkoby. To jednak nie znaczy, że taniec ten zawsze wygląda tak samo. Choć mamy określony wachlarz kroków idealnie podkreślających akcenty rytmu, to możemy tworzyć z nich własne choreografie i improwizować. To wszystko osadzone jest w tradycji, ale w niej mieści się duża dowolność kreacji, mieszania wzorców. Jeżeli tancerz występuje solowo, bębniarz stara się zamarkować rytmem wszystkie jego ruchy. Jeśli widzimy na scenie dwóch albo trzech jednocześnie tańczących artystów, to oznacza, że z pewnością się przygotowywali. Nie ma nierównowagi między tańcem a muzyką, jest energia. Nie jest tak, że tancerze słuchają wcześniej konkretnego utworu i przygotowują pod ten utwór choreografię. Jest to żywa forma. Tańcząc czy grając określony rytm, zarówno tancerz, jak i bębniarz wiedzą, czego mniej więcej się spodziewać. Tancerz jest przewodnikiem w tym, co będzie się działo. Często dochodzi do „pojedynków”, oczywiście na żarty, które polegają na tym, że tancerz próbuje bębniarza jakoś „wykiwać”, wykonywać nieprzewidywalne ruchy i sprawdzać, czy ten nadąży za nim zagrać. Jest to idealne zgranie między muzyką a tańcem, wspólne tworzenie. Afrykańczycy pracują z ciałem więcej niż my. Tamtejsi ludzie mają troszeczkę inną budowę ze względu na warunki, w których się urodzili. Ponadto w ich kulturze rytm i taniec są wszechobecne. Są jej najważniejszą częścią. Moim zdaniem Afrykańczycy tańczą od nas dużo lepiej, a my możemy nauczyć się od nich dużo luzu i kontroli ciała jednocześnie.

J.M.: Czy warsztaty, które prowadzicie, są dla was źródłem takiej samej satysfakcji, co koncerty?

Praca warsztatowa to popularyzacja muzyki Afryki Zachodniej, na czym bardzo nam zależy. To według nas dobra wartość kulturowa, która mogłaby być źródłem przyjemności dla większej grupy ludzi. Dla mnie jest to po prostu pasja i jeśli uda mi się nią kogoś zarazić, to myślę, że mam dobry uczynek na koncie [śmiech]. To też przyjemność pracy z innymi – spotykamy wielu wspaniałych, otwartych ludzi, którzy szukają energii, afrykańskiego słońca i transu bębnów. Zapewniamy przestrzeń i narzędzia do przeżycia doznań, jakie gwarantuje wspólne granie na bębnach. Wspólny taniec zaś jest dla mnie tak ważny, jak tlen i myślę, że bez zajęć tanecznych czułabym się bardzo źle.

J.M.: Czy istnieją jakieś podobieństwa między folklorem afrykańskim a polskim?

Podobne jest to, że muzyka tradycyjna jest „nieuczesana”, nie podlega formalizacji. Jest to naturalna muzyka ludu, w której czuć autentyczność. Jeśli chodzi o rytm, można powiedzieć o jednym, małym podobieństwie: w naszych oberkach rytm nie jest grany równo, jest tam pewne zgruwienie, jak to nazywam. W Afryce właściwie wszystkie rytmy są zgruwione, czyli nie wykonuje się ich według równego, matematycznego podziału. Jest tam jakieś małe „kopnięcie”, które sprawia, że rytm jest bliższy naturze. Rytm to przecież matematyka, tylko tu jest ona bardziej naturalna.

J.M.: Które festiwale darzycie szczególnym sentymentem?

Mamy dużo fajnych wspomnień. Najbardziej lubimy grać na festiwalach, na których dzięki publiczności wytwarza się specyficzna atmosfera. Zdarza się, że dobra energia wisi w powietrzu i trwa magiczna chwila. Fajnie wspominam kilka edycji festiwalu Wibracje, na których mieliśmy przyjemność zagrać. Dużym przeżyciem było dla nas pojechanie na festiwal Ozora – wielkie dzieło sztuki, niesamowity manifest istnienia grupy alternatywnie żyjących ludzi, którzy są gdzieś wśród nas i raz na jakiś czas się spotykają na takiej rewii kolorowych ptaków. Wspaniale było też w zeszłym roku na festiwalu Tribalanga.

M.A.: Jak wspominacie występ na Mikołajkach Folkowych?

Wiedzieliśmy, że będziemy różnić się od pozostałych zespołów. Dlatego tym bardziej cieszyliśmy się, że publiczność nas gorąco przyjęła. Zależało nam, żeby wyjść do ludzi ze środowiska folkowego w Polsce. Nie wiem, czy można powiedzieć, że jest ono hermetyczne, ale zajmuje się głównie muzyką słowiańską. Mikołajki Folkowe mają, na całe szczęście, to do siebie, że zapraszają zespoły z nurtu muzyki świata. Na wielu festiwalach narzucana jest monotematyczność, trzymanie się klimatów Polski albo Słowiańszczyzny, a dla mnie muzyka tradycyjna nie zna granic.

J.M.: Jakie są wasze muzyczne plany?

Zanosi się na to, że na jesieni nagramy aktualny materiał w studiu. Najprawdopodobniej powstanie trzecia płyta. Rozwijamy się jako zespół i tym razem chcemy przygotować coś naprawdę wyjątkowego w jak najbardziej profesjonalny sposób. W wakacje będziemy grać koncerty na festiwalach, między innymi African Beats, Cud, Green Spirit Gathering, Festiwal Szamana, Skowronkowy Jarzmin, Source i kilku innych.

M.A., J.M.: Dziękujemy za rozmowę!

Opracowanie na stronę internetową: Dominika Wybraniec

Skrót artykułu: 

Anika Kamińska to założycielka i menadżerka zespołu Moribaya, który zajął trzecie miejsce w konkursie „Scena Otwarta” na Mikołajkach Folkowych 2021. W zespole gra na djembe i tańczy. W trakcie przygotowań do wydarzenia Moribaya & Cartagnan Małgorzacie Adamczyk i Julii Małysce opowiedziała o tradycyjnych instrumentach afrykańskich, istocie rytmu i planach grupy.

(fot. Anika Kamińska w czasie koncertu zespołu Moribaya. Mikołajki Folkowe 2021, J. Jeżak)

Dział: 

Dodaj komentarz!