Między tradycją a nowoczesnością

Magda Kuraś

Skąd wziął się pomysł na „Tryptyk”?
Z mojego dyplomu licencjackiego. Na początku zamierzałam zrobić wspólny projekt z Dominikiem Kisielem, który gra na tej płycie. Chcieliśmy zorganizować coprovising [improwizacja kolektywna – przyp. E.J.]. Polegało to na tym, że robiliśmy sobie sesje co jakiś czas (np. co tydzień). Improwizowaliśmy wtedy razem, nie ustalając nic. Z takiego grania wyłaniają się utwory, których nie da się zapisać. Ten pomysł zrodził się jeszcze w 2021 roku. Później zdecydowałam się spisać własne teksty i mieć je przed sobą na tych improwizowanych sesjach. W końcu Dominik zasugerował, żeby wykorzystać utwory ludowe z Biłgoraja. Pojechałam do biblioteki i poprosiłam o takie teksty, choć nie było łatwo je znaleźć. W końcu wybrałam siedem z nich. Kiedy dokonaliśmy selekcji z Dominikiem, pozostały trzy. Wiedziałam, że na pewno chcę zagrać „Nasiałam se rutki”. Kiedy byłam mała, występowałam w zespole tanecznym, w którym wykonywaliśmy układ do tego utworu. Korespondowało to ze mną i z moimi wspomnieniami z dzieciństwa w Biłgoraju. Tak właśnie pojawił się „Tryptyk biłgorajski”.

Jak wyglądało nagrywanie płyty?
Nagrywaliśmy tę płytę „na setkę” – nie dość, że wszyscy naraz, to jeszcze od początku do końca. Mamy takie podejście do tego materiału, że to jest taki album koncepcyjny, ciągłość historii. Ma ona początek i koniec, nie chcieliśmy sobie tego przerywać. Zależało nam też na surowym brzmieniu. Nagrywaliśmy płytę w salce. Tylko perkusista, Kuba, był w osobnym pokoju. Nagrania były bardzo ciekawym procesem, a tak wyglądają również nasze próby. Mamy w repertuarze utwory spoza płyty, ale materiał z „Tryptyku” gramy zawsze ciągiem.

Przez to, że jest to muzyka improwizowana, każdy koncert brzmi inaczej.
Na pewno, w ogóle jest między nami bardzo dużo różnic. Każdy koncert faktycznie jest inny. Wiele zależy od stanu psychicznego, mentalnego, w jakim jesteśmy danego dnia, i od tego, co wkładamy w ten materiał. Różnią się też nasze indywidualne odczucia. Czasem schodząc ze sceny, jedna osoba powie: „Było super, fantastycznie”, na co druga odpowie, że w ogóle nie mogła się wczuć. Kiedyś graliśmy u mojego brata w teatrze w Zielonej Górze. To był drugi raz, kiedy nas słyszał. Powiedział, że brzmiało to jak zupełnie inny materiał. Tak naprawdę to wszystko improwizujemy, co z jednej strony jest świetne, a z drugiej – przerażające.

Musicie darzyć się dużym zaufaniem. Nie było to dla Was trudne?
Hmm, mnie było trudno, bo kwestionuję swoje pomysły. Darzę dużym uznaniem chłopaków. Uważam, że są fenomenalnymi instrumentalistami i wokalistami, więc na początku się po prostu wstydziłam. Mimo to zaufanie szybko przyszło. Nasz zespół to takie miejsce, w którym każdy coś od siebie daje, ale każdy też siebie słucha. Jak się znajdzie taką grupę, to jest zupełnie inny stan bycia. Dzięki temu nie mam poczucia, że coś się „wysypie”. Z każdym z chłopaków mam ciepłą relację, jesteśmy przyjaciółmi, dużo rozmawiamy, na tym polegają nasze próby. Mając łączność z ludźmi, z którymi się pracuje, o wiele łatwiej można grać i koncertować.

Pełnisz także funkcję tancerki w zespole. Jak wyglądają koncerty z „Tryptykiem”?
Ja się nie potrafię powstrzymać. Chyba jedynym, co mnie ogranicza czy powstrzymuje, jest przestrzeń. Tańczę od dziecka, byłam nawet w szkole baletowej. Kiedy przestałam tańczyć w wieku 15 lat, ciężko mi się było z tym pogodzić. Muzyka zawsze była dla mnie drugim wyborem. Poza tym wydaje mi się, że moje melodie są bardzo taneczne. Każdy ruch zaczyna się od impulsu, a ten wyzwala domino kolejnych ruchów. Dokładnie tak samo mam ze śpiewaniem, więc łączę to na scenie. Poza tym to jest muzyka rytualna, więc wydaje mi się, że taniec dodatkowo napędza ten klimat. Lubię to nazywać spektaklem muzycznym albo koncertem teatralnym. Nie robimy przerw, ja nic nie mówię między utworami. Każdy z nas wchodzi w inną przestrzeń, a muzyka opanowuje nas z każdej strony. Z początku ten materiał był dla mnie rytuałem oczyszczenia moich emocji, historii, relacji, więc tak chcę to przekazywać ludziom.

Nurtuje mnie jedno pytanie: dlaczego „Tryptyk”, skoro są na płycie cztery utwory?
„Tryptyk” był tryptykiem od samego początku, rozpoczynał się utworem „Zielono zasiała”. Graliśmy go zazwyczaj na koniec naszego setu koncertowego. Pomyśleliśmy, że w takim razie stworzymy coś w stylu intra. Miał to być krótki łącznik, ale na próbie wyszedł z niego cały numer, do którego napisałam tekst. Taka właśnie jest historia „Tęskno” (mojego ulubionego utworu z płyty).

Jakie są Wasze dalsze plany?
Na pewno jeszcze pogramy ten materiał. Szczególnie zależy nam teraz na Lubelszczyźnie: Biłgoraju, Chełmie, Lublinie – moim drugim rodzinnym mieście. Aktualnie zbieram się po tym ciężkim procesie nagrywania płyty, ale chciałabym wrócić do pisania własnych tekstów. Chłopcy też je tworzą, co jest bardzo ciekawe. Powoli będziemy myśleć nad drugą płytą jako Magda Kuraś Quintet.

Chciałabyś przekazać coś czytelnikom „Pisma Folkowego”?
Chcieliśmy, żeby nasza płyta przekonała wszystkie grupy wiekowe, że warto ten nasz polski folklor wynosić ze skansenów, dać się mu poznać i go poznawać. Wydaje mi się, że teksty są bardzo uniwersalne. Życzyłabym czytelnikom „Pisma”, żeby dalej to eksplorowali, żeby ta ludowość nie umarła, żebyśmy mogli łączyć ją z naszymi charakterami, historiami, wartościami w jakieś nowe „jestestwo”.  

Skrót artykułu: 

Magda Kuraś Quintet to „trójmiejski zespół z zamiłowaniem do muzyki etnicznej”, jak sami siebie określają członkowie grupy. Jej liderka otrzymała wyróżnienie honorowe w Konkursie „Scena Otwarta” na Mikołajkach Folkowych 2023: za oryginalność i wyjątkową osobowość sceniczną. Magda Kuraś wraca do swoich rodzinnych stron na debiutanckiej płycie formacji „Tryptyk biłgorajski”. O kulisach powstawania krążka, koncertach i dalszych planach z artystką rozmawiała Ewa Jagiełło.

fot. W. Samociuk: Mikołajki Folkowe 2023

Dział: 

Dodaj komentarz!