
W moim domu „ludowe” było synonimem słowa „tatowe”. Dorastałam otoczona przedmiotami z pochodzącymi z badań terenowych i spotkań mojego Taty z twórcami ludowymi. Z meblościanki w salonie patrzyło na mnie pięciu glinianych Frasobliwych, drewniany koń i dzięcioł. Na kredensie biblioteczki stały dwie lampy naftowe. W kuchni wisiały niezliczone ręcznie robione łyżki, a na krzesło w sypialni zarzucony był tkany ręcznik.
To, co ludowe, nie było dla mnie niczym wyjątkowym – w końcu otaczało mnie zewsząd. I tak z jednego „domowego skansenu” przeszłam do drugiego, „pracowego”. „Tatowe” dziedzictwo jest więc kontynuowane podwójnie. Sztuka ludowa przez niego zbierana przetrwała i kolejne pokolenie dzieci w naszej rodzinie bawi się rzeźbami konia i dzięcioła. Gdybym miała spośród tych wszystkich przedmiotów wybrać jeden najbliższy mi – wskazałabym na drewniany krzyż zrobiony z dwóch gałązek brzozy złączonych drutem. Bo pokazuje, jaka jest sztuka ludowa: potrafi tworzyć coś z niczego, jest pomysłowa, naturalna, wypływa z potrzeb – czasem ciała, a czasem ducha. I nie potrzebuje wiele. Chyba tylko oczu, które dostrzegą w niej coś więcej niż tylko gałązki i drut.
Magda Stefańska

Z wykształcenia: kulturoznawczyni i historyczka sztuki, z zawodu: muzealniczka. Pracuje w Dziale Naukowym Muzeum Wsi Lubelskiej. Wielka miłośniczka kotów – tych żywych i tych utrwalonych w dziełach sztuki.
Przychodząc na świat w samej końcówce 1979 roku, nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo moje dzieciństwo naznaczone będzie deficytem i w jaki sposób ów deficyt ukształtuje mnie na resztę życia! Wcale nie chodzi tu o życie dziecka w czasach powszechnego niedoboru. Wywalczone z wielkim trudem przez Tatę banany smakowały jak absolutne nic! Plułem nimi na prawo i lewo, a pociechy nie dawały i kubańskie pomarańcze, które długo musiały zażywać ciepła domowego ogniska, by zaczęły smakować tropikami.
Prawdziwy niedobór dotykał mnie w kwestii braków żywego inwentarza – zaklętego w gipsowe formy zwierząt do szopki bożonarodzeniowej – wołka i osiołka! Pierwsze figurki do domowej stajenki otrzymałem w wieku pięciu lat. Od tej chwili zaczęło się, zawsze cechowane bezradnością, poszukiwanie owych zwierząt, o których prorokował Izajasz! Daremnie! Uszyła je wreszcie z grubego filcu i zamszu Mama, ale wytrawnego obserwatora kościelnych szopek taki ekwiwalent nie mógł zadowolić, skoro dochodziło tu do zgrzytu materii. Tkanina to nie gips, prosta sprawa, więc urokliwe pluszaki należało w te pędy wykwaterować z betlejemskiej szopki.
Mroźne niedzielne poranki rozpoczynane pospiesznie wypijaną herbatą i kawałkiem murzynka zapowiadały wędrówkę do kościelnej stajenki, przy której nasycić się mogłem zaklętą w bezruchu wizją cichej i świętej nocy. Na resztę tygodnia zabierałem ów powidok, który nie gasił ognia poszukiwań, a wręcz przeciwnie – wzmagał i kazał marzyć o królewskim zamku, w którym panując niepodzielnie, pierwszym dekretem zawezwałbym największy komplet figurek, jaki tylko można byłoby sobie wyobrazić.
Dziś zrekompensowałem sobie ów dziecięcy brak z nawiązką, stając się posiadaczem znacznej kolekcji przedwojennych szopek bożonarodzeniowych. W niej wołki i osiołki łączyć można w prawdziwe stada. Nieodmiennie jednak wzrusza ta nieporadna warsztatowo figurka Dzieciątka z pierwszej szopki, której z artystycznego punktu widzenia brakuje więcej niźli tylko wołka i osiołka. To dzięki niej mogę wyznać jak Rainer Maria Rilke: „Myślę, że wszystkie radości mojego życia, niezależnie od pory roku, w której się przytrafiały, kierowały moje myśli ku świętom Bożego Narodzenia: tak bardzo miarodajne dla wszystkich późniejszych chwil, w których życie mnie obdarowywało, pozostaje owo spełnienie, ów szereg spełnień, jakich swego czasu doświadczyłem pod choinką, bez tchu, z bijącym sercem!”. Prawdziwie świąteczna magia obfitości zrodzonej z braku!
Łukasz Ciemiński

Historyk sztuki i etnograf, prowadzi Dział Etnografii w Muzeum im. ks. dr. Władysława Łęgi w Grudziądzu. Zajmuje się tematyką sztuki ludowej, plastyki nieprofesjonalnej i cudownych wizerunków. Jest kuratorem wystaw i twórcą warsztatów poświęconych różnym formom pobożności ludowej. Publikuje m.in. w „Twórczości Ludowej”, „Piśmie Folkowym” i na portalu KulturaLudowa.pl.
Moim najcenniejszym domowym artefaktem jest dziecięcy strój ludowy krakowianki, w którym występowała jeszcze moja Mama, a później ja i moja Siostra. Mama doszywała nam jedynie do gorsetu kolorowe wstążki i cekiny. Oprócz stroju mamy ludowe chusty, niektóre jeszcze po mojej Babci z Podlasia, ale również makatki, ręcznie szyte i haftowane powłoczki na poduszki po Babci Marysi z Ługowa. Dodać do tego należy także malarstwo na szkle. Jest bardzo praktyczne – jak się zakurzy, wystarczy delikatnie przetrzeć ściereczką i wszystko jest czyste. Nie jest tak jak w przypadku obrazu na płótnie, że strach dotknąć.
Swego czasu uwielbiałam kupować stylizowane na ludowe ubrania, które bardziej niż stricte ludowe, przynależą gatunkowo do etnodizajnu. Posiadam także lubelskie wycinanki Anny Słabczyńskiej, która odeszła od nas w 2022 roku, a zrobiła bardzo dużo dla promocji i krzewienia kultury tradycyjnej. A na ścianie wisi wizerunek św. Teresy, patronki mojej Mamy od Bierzmowania. Kiedyś zdobił on jej rodzinny dom w Ługowie, po którym została już tylko również rodzinna kapliczka Misztalów. Ludowe artefakty to najpiękniejsze przedmioty w moim domu. Kiedyś zaopatrywałam się w nie w Cepelii. To fachowa ręczna robota, której nie kupi się u markowych producentów, zalewających nas produktami z fabryki.
Małgorzata Wielgosz

Polonistka, aktorka, animatorka kultury, w „Piśmie Folkowym” od prawie dwudziestu lat, instruktorka w Domu Kultury 3D – trzy przestrzenie kultury SM Czechów, stypendystka Prezydenta Miasta Lublina dla osób zajmujących się twórczością artystyczną i upowszechnianiem kultury na realizację projektu „Haiku o Lublinie. Lublin w wierszach i fotografii”. Wzięła czynny udział w dwudziestu dziewięciu konferencjach naukowych. Odznaczona medalem Prezydenta Miasta Lublina (2021).
Z radością mogę stwierdzić, że wśród ludowych artefaktów żyję na co dzień. Chłopskie dzieła sztuki otaczają mnie z każdej strony, przede wszystkim w pracy, gdyż prowadzę Galerię Sztuki Ludowej, ale także w domu, bo… tak po prostu lubię mieć je wokół siebie. Co zatem jest w nich takiego urzekającego? Przede wszystkim prostota, szczerość i autentyczność. W prawdziwej sztuce ludowej nie ma miejsca na blichtr. Każdy przedmiot jest jedyny w swoim rodzaju, każdy ma w sobie cząstkę duszy artysty, który go wykonał. Za każdym ludowym artefaktem stoi konkretny człowiek ze swoją wrażliwością i historią życia. Każde takie dzieło sztuki to także narracja, która rodzi się już w momencie samego pomysłu. Rozwija się, trwa i w zasadzie nigdy się nie kończy.
Trudno mi wskazać ten jeden ulubiony artefakt, bo tak naprawdę z każdą pracą wiąże się jakieś wspomnienie, twórca, sytuacja itp. Nie mogę też powiedzieć, że jestem kolekcjonerką. Mam wokół siebie to, co mnie cieszy i przynosi swoiste ukojenie; to, co tak po prostu mi się podoba. Niektóre przedmioty, jak pisanki czy ozdoby choinkowe, wyjmuję na święta, stają się wtedy okolicznościową dekoracją. Część jest po prostu schowana. Wciąż jednak nie mogę oprzeć się urokowi ludowych rzeźbionych aniołów, które wypełniają moją domową przestrzeń. Są anioły śpiewające i grające, zamyślone i uśmiechnięte, ze skrzypcami, harfą, z kwiatami i z książką. Jest też anioł modlitwy i anioł snu, a nawet taki z pędzlem i paletą malarską. Krótko mówiąc, każdy z domowników ma swojego anioła, a nawet kilku skrzydlatych orędowników. Mamy więc dom pod aniołami, które są dla nas takimi prywatnymi łącznikami między ziemią a niebem, bo sztuka ludowa ma w sobie coś mistycznego…
Katarzyna Kraczoń

Filolog i etnolog, doktorantka w Instytucie Nauk o Kulturze UMCS. Pracuje w Stowarzyszeniu Twórców Ludowych, gdzie m.in. prowadzi Galerię Sztuki Ludowej. Zajmuje się popularyzacją i dokumentacją współczesnej twórczości ludowej. Pomysłodawczyni projektu edukacyjnego „Akademia Sztuki Ludowej” oraz redaktor serii wydawniczej Elementarz Sztuki.
W czasach, gdy „wszystkiego mamy za dużo”, dotyczy to nie tylko przedmiotów, ale także informacji czy emocji. Oczywiście, to stwierdzenie jest uproszczeniem, gdyż cierpimy też na liczne inne niedobory: czasu, kontaktu z drugim człowiekiem, chwili na zatrzymanie się i przemyślenia. Sonda „Pisma Folkowego” z pytaniem o przedmiot z mojego najbliższego otoczenia związany z „ludowością” skłania do zatrzymania się w biegu choć na chwilę, spojrzenia wnikliwiej na mój dom oraz na otaczające mnie artefakty. Czy któryś z nich spełnia te wyznaczone kryteria? I czy coś ten przedmiot dla mnie znaczy, czy jest tylko ładnym uzupełnieniem wystroju wnętrza?
Odkąd pamiętam, zawsze w moim otoczeniu były takie rzeczy, o których się mówiło, że pochodzą z domu moich dziadków. Wśród nich były np.: maleńki cynowy mlecznik, różowa karafka z kieliszeczkami, opalizujące stalówki czy suszka z bielutką bibułą do zbierania z kartki nadmiaru atramentu. No, nie były to wprawdzie artefakty sensu stricto związane z „ludowością” (moja rodzina od dawna mieszkała w Lublinie), ale były przyczynkiem do tego, by stary, intrygujący przedmiot mnie zauroczył. Często odwiedzałam sklep Cepelia – kopalnię pięknych rzeczy inspirowanych sztuką ludową (do tej pory mam tkane krajki, których używałam jako pasków do ubrań). W naszym domu stoi wspaniały secesyjny kredens kupiony w galerii w Tarnowie – pierwszy antyczny mebel, który kupiliśmy z mężem (mój małżonek pochodzi z Galicji). Z tym przedmiotem wiąże się na dodatek zabawna anegdota i chyba dlatego jest dla mnie ważny. To samo dotyczy małego stolika ze Starego Sklepu w Krakowie, który prowadziła koleżanka ze studiów mojego męża. Oznacza to, że nie tyle sam przedmiot, ale związane z nim historie i ludzie – są tym, co jest naprawdę ważne.
Stosunkowo późno „odkryłam” giełdy staroci. Stamtąd pochodzi wiele przedmiotów, które mnie otaczają. Czy któryś z nich jest dla mnie szczególnie cenny? Raczej nie, to tylko ładne obrazki. Przedmioty przychodzą i odchodzą, może tylko brak mi rodzinnego maleńkiego cynowego mlecznika, który gdzieś zaginął w czasie licznych przeprowadzek mojej rodziny.
Małgorzata Sulisz

Plastyczka, na co dzień pracująca jako animator kultury w jednej z pod-lubelskich gmin. W swojej karierze zawodowej od zawsze związana ze strojem i kostiumem scenicznym – najmilej wspomina współpracę z Bernardem Fordem Hanaoką oraz Zofią de Inez Lewczuk. Pasjonatka teatru i fotografii.
Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Wiktoria Kaczmarczyk
W moim domu „ludowe” było synonimem słowa „tatowe”. Dorastałam otoczona przedmiotami z pochodzącymi z badań terenowych i spotkań mojego Taty z twórcami ludowymi. Z meblościanki w salonie patrzyło na mnie pięciu glinianych Frasobliwych, drewniany koń i dzięcioł. Na kredensie biblioteczki stały dwie lampy naftowe. W kuchni wisiały niezliczone ręcznie robione łyżki, a na krzesło w sypialni zarzucony był tkany ręcznik.
(Magda Stefańska)