Listy do... (2)

Warszawa, 24 kwietnia 2002 roku

Witam Cię, Albercie!

Rozpocznę dziś od przytoczenia pewnej bajki: „Książę Tamino na prośbę Królowej Nocy i z nakazu własnego serca pragnie uwolnić jej córkę, Paminę, więzioną rzekomo przez złego czarownika Sarastra. Z polecenia Królowej ma mu w tym pomagać ptasznik Papageno, któremu w nagrodę obiecano upragnioną małżonkę. Dla ochrony przed niebezpieczeństwami trudnego przedsięwzięcia Tamino otrzymuje czarodziejski flet, Papageno zaś – czarodziejskie dzwoneczki. Po przybyciu do państwa Sarastra obaj zaczynają się domyślać, że wprowadzono ich w błąd: Sarastro jest kapłanem służącym prawdzie, doskonałości i szlachetności, Paminę zaś przetrzymuje po to tylko, by uchronić ją przed zgubnym wpływem matki – władczyni złych, ciemnych mocy. Trudne próby przejść muszą Tamino i Papageno, wykazać się hartem ducha, odwagą i wewnętrzną dyscypliną, zanim Sarastro przyjmie ich ostatecznie do swego słonecznego świata i połączy – Tamina z Paminą, a Papagena z jego wymarzoną Papageną.” (L.Kydryński – „Opera na cały rok”)

To opowieść bardzo ładna, ale nie w tym rzecz. Zauroczył mnie pewien krótki fragment z końca I aktu tej opery („Czarodziejski flet” Wolfganga Amadeusza) – taki fragment, w którym słychać geniusz twórcy – tylko dźwięk dzwonków i z oddalenia śpiewający kameralny chór. To chór niewolników, którego brzmienie mogłoby być ciężkie, przytłaczające, a jednak – o ileż większe wrażenie robi na mnie ta króciutka i delikatna w swojej strukturze fraza, od tego tak popularnego, bardzo znanego, ogromnego chóru niewolników z „Nabucca” Verdiego. I to jest właśnie to, co mnie zachwyca – jak skromnymi środkami można wszystko powiedzieć. I być może dlatego, tak bardzo poruszyła mnie opowieść Brodów i Struga – jeden piękny głos, selektywnie wykorzystywane instrumenty, kameralność brzmienia. Tu jeszcze warto zwrócić uwagę na dodatkową sprawę. Co pewien czas jesteśmy świadkami dyskusji, na ile profesjonalne wykształcenie muzyczne pozbawia muzykę folkową spontaniczności, jak ruch o korzeniach amatorskich profesjonalizuje się. Ja sama nie widzę w tym nic złego – Anna Broda pięknie śpiewa, na pewno nie przeszkadza jej to, że uczyła się kiedyś śpiewu operowego. Agnieszce Zdanikowskiej ze Starej Lipy również poszerzyło możliwości wykonawcze kształcenie głosu pod okiem primadonny operowej. Oczywistym pozostaje, że inne środki wykorzystują obie wymienione Panie w wykonawstwie muzyki ludowej czy folkowej, ale wiedzą już jak poradzić sobie z oddechem, jak wspomóc się techniką, żeby zaśpiewać bardzo wysoki albo bardzo niski dźwięk, jak zaśpiewać bardzo cicho i być słyszalnym, albo jak wymawiać słowa pieśni, aby były zrozumiałe. To chyba nie zabiera spontaniczności ani nie ujmuje szczerości przekazu. Zresztą równie dobrym argumentem może być niedawno powstała grupa o nazwie Swoją Drogą. Współtworzą ją ludzie, którzy teraz są teoretykami muzyki (etnomuzykolodzy), ale wcześniej uczyli się muzyki w klasycznym procesie edukacyjnym. Tym samym należą do grona profesjonalistów – mają dyplomy muzyków (zastrzegam się, że nie wiem czy wszyscy, na pewno większość). Mają łatwiejszą drogę, aby osiągnąć artystyczną satysfakcję – są osłuchani z wszelkiego rodzaju literaturą muzyczną, „mają pod palcami” (bo grali różne utwory na różne instrumenty) mnóstwo przykładów sposobów komponowania utworów, albo ich opracowywania, znają „od podszewki” możliwości techniczne i brzmieniowe instrumentów, prowadzą badania terenowe i stykają się z „prawdziwymi” przekazicielami tradycji, wiedzą jak szukać i czego szukać. I tylko dwa miesiące wspólnego grania – a efekt znakomity – precyzyjnie dobierane instrumenty, mniejsze i bardziej rozbudowane składy, no i pomysły kompozytorskie: proste i jakże trudne do przeprowadzenia. Chyba najbardziej poruszyły mnie przyśpiewki – zastosowanie najbardziej tradycyjnej formy muzykowania wiejskiego, zespołowego, z naprzemiennym śpiewem i partią instrumentalną (choć w tych fragmentach przenosimy się na grunt zupełnie innej kultury, dalekiej od słowiańskiej). Czy zabrakło im „swoją drogą” spontaniczności, żywiołowości ? Na pewno nie. A zatem, moim zdaniem, nie trzeba się obawiać profesjonalizacji (niekoniecznie rozumianej jako działania artystów muzyków po wyższych szkołach muzycznych) muzyki folkowej. Wręcz przeciwnie – tego nie można uniknąć. Zmusza do tego obecny czas – świat, w którym mamy nieporównanie większy dostęp do muzyki wszelkiego rodzaju – od najbardziej tradycyjnej po zdecydowanie współczesne opracowania folkloru, świat, który stawia przed każdym coraz większe wymagania (przykładowo: kiedyś wystarczyło posługiwać się językiem rosyjskim, później francuskim lub angielskim, teraz powinno się znać dwa, trzy języki obce, kiedyś tylko specjaliści mogli posługiwać się maszynami liczącymi, teraz ktoś nie znający komputera musi się wstydzić „ułomności”, czy kiedyś zaprzątaliśmy sobie głowę operacjami bankowymi i budżetem?). Przed muzykami obecny czas stawia jeszcze większe wymagania – nie dość, że mają dobrze grać, mają umieć porwać publiczność, złapać z nią kontakt, winni zadbać o prawa autorskie, winni umieć podpisywać kontrakty – również te zagraniczne, nie mogą też obejść się bez umiejętności mówienia o sobie i swojej muzyce, muszą umieć zadbać o swój wizerunek sceniczny, a także znaleźć pieniądze na wydanie płyty, zakup instrumentów. To ogromne obciążenia, a jednak coraz lepiej radzą sobie z tym wszystkim polscy wykonawcy. To przecież nic innego jak profesjonalizacja amatorskiego ruchu folkowego.

Jeszcze na chwilę wrócę do samej muzyki, a w tym do kameralności brzmienia. Na “Nową Tradycję” przyjechał zespół Hajlandery. Tworzą tę grupę muzycy podhalańscy o znakomitym warsztacie, tacy, którzy muzykę i zespołowe granie mają we krwi. Sama bardzo lubię prymowanie Andrzeja Polaka, a przecież występ konkursowy nie był ich najlepszym koncertem. Każdy z instrumentalistów to mistrz swego instrumentu, ale zabrakło (według mnie) jednego – umiejętności selektywnego brzmienia – zespół dał wielką masę dźwięku, w efekcie czego zbladły wszystkie instrumenty a ornamenty splotły się ze sobą jak na drugiej, lewej stronie tkaniny. Wszyscy wiedzą patrząc na nią, że po drugiej jej stronie jest niebywale piękny haft, ale nie mają do tej właściwej strony materiału dostępu. Być może, nie bez kozery góralskie kapele miały kiedyś tylko trzech muzyków, a później czterech. I na zakończenie jeszcze jedna rzecz. Udało się stworzyć rodzaj klubu festiwalowego podczas „Nowej Tradycji” – i choć zastanowić się muszę nad sprawą bliższego, w stosunku do studia koncertowego, położenia takiego miejsca, to uważam, że dzięki ogromnemu zaangażowaniu w tę sprawę jednego człowieka udało się to przeprowadzić. Szkoda, że nie wszyscy muzycy czuli się na siłach zagrać tam i dla siebie, i z innymi. Mam nadzieję, że nie jest to taki przejaw profesjonalizacji – gdyby tak się stało, zaczęłabym jednak żałować przemian, które zachodzą.Za jakiś czas znów się odezwę

Małgorzata Jędruch       

Skrót artykułu: 

Rozpocznę dziś od przytoczenia pewnej bajki: „Książę Tamino na prośbę Królowej Nocy i z nakazu własnego serca pragnie uwolnić jej córkę, Paminę, więzioną rzekomo przez złego czarownika Sarastra. Z polecenia Królowej ma mu w tym pomagać ptasznik Papageno, któremu w nagrodę obiecano upragnioną małżonkę. Dla ochrony przed niebezpieczeństwami trudnego przedsięwzięcia Tamino otrzymuje czarodziejski flet, Papageno zaś – czarodziejskie dzwoneczki. Po przybyciu do państwa Sarastra obaj zaczynają się domyślać, że wprowadzono ich w błąd: Sarastro jest kapłanem służącym prawdzie, doskonałości i szlachetności, Paminę zaś przetrzymuje po to tylko, by uchronić ją przed zgubnym wpływem matki – władczyni złych, ciemnych mocy. Trudne próby przejść muszą Tamino i Papageno, wykazać się hartem ducha, odwagą i wewnętrzną dyscypliną, zanim Sarastro przyjmie ich ostatecznie do swego słonecznego świata i połączy – Tamina z Paminą, a Papagena z jego wymarzoną Papageną.” (L.Kydryński – „Opera na cały rok”)

Dział: 

Dodaj komentarz!