
Stanisław Nogaj buduje liry korbowe. Uczył się u Stanisława Wyżykowskiego, który przekazał mu sztukę wyrobu różnych instrumentów strunowych. Dzisiaj Nogaj tworzy zarówno najprostsze liry dziadowskie, jak i eksperymentuje z elektroniką, wzbogacając modele o nowe możliwości akustyczne. O pracy budowniczego lir i wyzwaniach dzisiejszego rynku z artystą rozmawiała Magdalena Mazur.
Kiedy zaczął się pan interesować lutnictwem?
Jeszcze w podstawówce. Zawsze mnie ciekawiło drewno, ciekawiły mnie instrumenty. Grałem też na gitarze. Stąd się zresztą zrodziło moje zainteresowanie samą budową instrumentów. W ósmej klasie rozbiłem bratu gitarę. To był taki pierwszy moment, kiedy musiałem ten instrument naprawić w taki sposób, aby nikt nie poznał, że jest rozwalony. To była moja pierwsza próba lutnicza. Oczywiście ona się odbyła ze średnim powodzeniem, ale gitarę naprawiłem. Na etapie szkoły średniej poszedłem do technikum drzewnego, więc miałem kontakt z drewnem. Wtedy już się interesowałem politurami, drewnem rezonansowym. Dopytywałem profesorów o takie rzeczy. Chyba w czwartej klasie technikum poznałem Stanisława Wyżykowskiego. To był taki moment, kiedy już wiedziałem, co chcę robić – pracować z instrumentami, budować instrumenty, ale też nie od razu zacząłem je tworzyć. Potem poszedłem na studia, więc dopiero w 2001 roku pojechałem do Wyżykowskiego. Zapytałem go wtedy, czy nie zechciałby mnie uczyć budowy instrumentów. On się zgodził i od marca zaczęliśmy taki kurs, który trwał prawie trzy lata. Właściwie codziennie dojeżdżałem do niego do Haczowa, pracowaliśmy razem przez cały dzień i wracałem. W sobotę śmigałem od piątej rano na studia zaoczne. Natomiast od poniedziałku do piątku jeździłem do Haczowa i tam sobie robiliśmy instrumenty. Uczyłem się budowy różnych rzeczy: tworzyłem nie tylko liry, ale także m.in. skrzypce laskowe. Pomagałem tam przy cymbałach, naprawie kontrabasu, lir, jakichś innych skrzypiec i różnych instrumentów. W ten sposób właściwe od 2001 roku, z malutkimi przerwami, już praktycznie cały czas się tym zajmowałem. W 2003 roku założyłem swoją pracownię i mam nadzieję, że będzie jeszcze długo działała.
W jaki sposób doszedł pan do dzisiejszego poziomu pracy?
Ten poziom został wypracowany przez te wszystkie lata. Z jednej strony jego źródłem była ta wiedza, którą przekazał mi Wyżykowski. Myślę, że to była taka świetna podstawa do tego, żeby zacząć budować instrumenty. Z drugiej strony do wszystkiego doszedłem przez wieloletnią praktykę, czyli tworząc każdy kolejny instrument. Na początku robiłem na przykład rekonstrukcje lir dziadowskich, czyli rzeczy bardzo prościutkich. Potem były coraz trudniejsze do stworzenia instrumenty. Wprowadzałem coraz bardziej skomplikowane rozwiązania. Dzięki temu z każdym kolejnym instrumentem dowiadywałem się czegoś nowego. Na przykład zmieniałem struny na lepsze, zdobywałem nowe kontakty, jeśli chodzi o jakościowe drewno. Nie był to już taki zwykły jawor, najtańszy, tylko coraz lepszy – jawor falisty czy jakieś inne odmiany, które wykorzystywałem do budowy. To wszystko jest jednak wypracowane przez lata praktyki. Chyba nie ma lepszej metody. Gdyby nawet ktoś mi podał na tacy najlepsze rozwiązania, to i tak trzeba by było wszystko przetestować, przemyśleć i sprawdzić, czy to działa. Właściwie cały czas pracuję nad tym, żeby ten poziom wykonania się jeszcze podwyższał.

Jakie instrumenty udało się panu zbudować? Jaki był tego powód?
Na początku po prostu chciałem się nauczyć rzemiosła lutniczego. Nawet nie miałem jakiegoś konkretnego pomysłu na to, co zrobić. Pierwsze instrumenty, które wykonałem, trafiały do muzyków związanych z kręgiem tradycji ludowej – do śpiewających pieśni dziadowskie. To były rzeczy robione dla artystów. Cieszyło mnie to, że od razu trafiały do osób, które będą grać. Wiedziałem, że ten instrument, który buduję, nie będzie tylko eksponatem w szafie. Wziąłem się więc do nauki rzemiosła z taką wizją, żeby później pracować w podobnym celu. Ciężko było jednak przewidzieć, jak ten rynek się będzie rozwijał. Kiedy się uczyłem, czyli około 2001 roku, Wyżykowski nie budował jeszcze zbyt wielu lir. Natomiast robił liczne cymbały, kontrabasy, viole da gamba i różne inne instrumenty. Natomiast ten rynek na liry dopiero się rozwijał, więc wszedłem w tę właśnie niszę. Potem się okazało, że zamówienia się pojawiały. Ktoś nowy przyjeżdżał, ktoś się zainteresował. Był taki rok przestoju bez zamówień. Kiedy ta przerwa minęła, to już właściwie cały czas był popyt na liry korbowe dla muzyków-pasjonatów, a potem także dla zawodowych.
Co uważa pan za swoje największe osiągnięcie związane z budowaniem instrumentów?
Jednym z pierwszych takich znaczących wydarzeń jest na pewno spotkanie z Wyżykowskim i to, że mogliśmy razem popracować. To jest w ogóle swojego rodzaju sukces, który mnie napędził do dalszego działania. Przez to spotkanie i kilka lat wspólnej pracy dostałem takiego fajnego „powera”, żeby budować te instrumenty, żeby się tym zająć w życiu. Podszedłem do tej pracy w ten sposób, mimo że wtedy rynek nie wyglądał super. Nic nie zapowiadało, że to będzie sukces finansowy. To jest jedna strona medalu. Jeśli natomiast chodzi o osiągnięcia, które najbardziej mnie cieszą, to myślę, że kilka instrumentów mogłoby być takimi sukcesami. Chodzi mi przede wszystkim o rzeczy, które robiłem dla osób będących zawodowymi muzykami. Jest też wielu ludzi, którzy grają na lirach, ale tylko dla siebie albo czasem gdzieś wystąpią. Jest jednak bardzo małe grono muzyków, którzy wyjątkowo profesjonalnie podchodzą do instrumentu. On pozwala im zarabiać pieniądze, pozwala im żyć. Myślę, że te najważniejsze sukcesy to są właśnie momenty, kiedy mogłem zrobić instrumenty dla takich właśnie zawodowych muzyków-profesjonalistów.
Czy spotkał się pan w swojej pracy z jakąś perełką, czymś innym, odbiegającym od schematów?
Oczywiście, jeśli chodzi o liry, to jest mnóstwo takich nietypowych instrumentów, chociażby lira beztangentowa czy lira organowa, która ma w środku miechy pompujące powietrze. Do tego są jeszcze dobudowane piszczałki, więc oprócz dźwięku strun melodycznych, burdonów i trampetów, są jeszcze te dźwięki piszczałkowe. Jest sporo takich instrumentów, chociażby rozwiązanie lirnicze Leonarda da Vinci, gdzie zamiast koła była użyta taśma, która pocierała struny. Takich pomysłów jest naprawdę mnóstwo. Obecnie też muzycy czy lutnicy wymyślają swoje wzory, swoje kształty, swoje rozwiązania techniczne, które są ciekawe i otwierają głowę na to, że można tworzyć zupełnie nietypowe, ciekawe i odjechane instrumenty. Ja zbudowałem taki instrument, który był inspirowany lirą Leonarda da Vinci. W pierwotnej wersji to był instrument szarpany, w którym pudłem rezonansowym była głowa smoka. Taki egzemplarz jest właśnie zachowany w muzeum w Wenecji. Dwa lata temu miałem okazję go zobaczyć. W każdym razie pierwszy instrument, który zrobił Leonardo da Vinci, był zbudowany na czaszce konia, a właściwie był to jej odlew. To był instrument szarpany, ale też nazywany lirą. Zrobiłem podobną lirę, ale na prawdziwej czaszce konia, która była pudłem rezonansowym. Niestety, w praktyce okazało się, że ma za dużo otworów i nie rezonuje zbyt dobrze, więc ten instrument został zaretryfikowany, ale jego forma jest niezwykła.
Czy ma pan jakąś szczególną historię związaną z budowaniem instrumentów?
Wyjątkową historię miała pierwsza lira, którą zbudowałem. Właściwie tworzyłem wtedy pierwszy w ogóle instrument u Wyżykowskiego. Miałem gości ze Stanów Zjednoczonych, którzy przyjechali mnie odwiedzić. Oni chcieli kupić instrument, który widzieli wtedy u mnie. To była jednak praca Wyżykowskiego, którą tylko do pokazania przywiozłem. Wyjaśniłem im, że jej nie mogę sprzedać, bo już czeka na klienta. Kończyłem jednak budowę mojego pierwszego instrumentu, który potem im odsprzedałem. Tak się zdarzyło, że on od razu wylądował w Stanach.
Czy współcześnie ludowe instrumenty są zamawiane przez ludzi?
Tak, ale ja już nie robię takich tradycyjnych lir. Skupiam się na budowaniu bardzo profesjonalnych instrumentów dla muzyków zawodowych. To są egzemplarze niezwykle już rozbudowane, połączone z elektroniką, żeby można było dawać koncerty i nagłaśniać dźwięk. Raczej się już nie podejmuję budowy takich instrumentów ludowych, prostych, typowo dziadowskich.
Czy uważa pan, że da się dzisiaj utrzymać tylko z budowania instrumentów ludowych?
Tak, jeśli nawet byłyby to tylko ludowe instrumenty, to myślę, że zdecydowanie tak. Jest wielkie grono ludzi, którzy budują takie rzeczy w Polsce. Spotykamy się na Targowisku Instrumentów. Przyjeżdżają tam rzemieślnicy, którzy zajmują się tylko tradycyjnymi instrumentami. Jest teraz taki moment renesansu tego typu rzeczy. Mam na myśli nie tylko liry, ale też basy, suki biłgorajskie, fidele płockie, różne nietypowe instrumenty. Przyjeżdża na Targowisko chłopak, który robi instrumenty z odpadów, czyli z resztek czegokolwiek. Na takich rzeczach ludzie grają koncerty nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Nawet z odzysku można zbudować jakiś instrument i w jakimś sensie on jest ludowy, bo ma archaiczne brzmienie, takie nietypowe, gdzieś wykrzesane.
W jaki sposób sprawdza pan brzmienie, a przy tym wartość instrumentu?
Właściwie to sprawdza się na ucho, a najlepszą oceną jest ocena muzyków zawodowych, czyli tych, którzy grają na takich instrumentach. To jest taka wartość, którą bardzo ciężko zmierzyć przyrządami. Zresztą kolega mi ostatnio opowiadał, jak badali skrzypce i pani profesor muzykologii tego słuchała. Zmieniali podstawki, wymieniali struny, więc to wszystko się odbywało na słuch. Oceniali, czy to brzmienie jest bogate, czy jest dużo alikwotów w tym brzmieniu. Na tej podstawie można osądzić, czy ten instrument brzmi dobrze, czy ciekawie, czy troszeczkę jak pudełko na gwoździe. Można zbudować instrument, który będzie dudniący. Na przykład struny melodyczne będą niesłyszalne albo będą się pojawiać takie efekty, które zakłócają brzmienie. Mogą to być niedopracowane części, czyli jakaś szumiąca ośka od koła, szumiący element, który powoduje, że ten instrument wydaje więcej szumu niż brzmienia. To jest wszystko bardzo subiektywne, ale takie rzeczy weryfikuje klient. Muzyk zawsze oceni, czy instrument jest wartościowy. Jeśli wiele osób powie, że określony egzemplarz brzmi lepiej, to wtedy warto się sugerować i potem mieć pewne rozeznanie, w jakim kierunku iść i czego szukać – czy robić na przykład grubsze płyty, czy inne podstawki, czy inne struny zastosować, żeby ten instrument brzmiał ciekawiej, miał pełniejsze brzmienie.
Co pan może powiedzieć o programie Szkoła Mistrzów Budowy Instrumentów Ludowych?
Program jest bardzo ciekawy. Idea tego projektu była taka, żeby podtrzymać budowę tradycyjnych instrumentów poprzez naukę mistrz-uczeń, co uważam za genialny pomysł. W takich indywidualnych relacjach – co ja przeżyłem z Wyżykowskim – można się dużo więcej nauczyć niż w sytuacji, kiedy przyjeżdżam do mistrza, biorę garść informacji i jadę do domu. Ten program to też jest poznawanie człowieka. Ja się nauczyłem budować instrumenty troszeczkę po Wyżykowemu, czyli zobaczyłem, jak on to robi od A do Z. To nie jest przykład jednego instrumentu, tylko kilkudziesięciu egzemplarzy, gdzie można zobaczyć nawet drobne zmiany w budowie. Kiedy masz takiego mistrza, który przez wiele lat eksperymentował, przychodzisz do niego i uczysz się indywidualnie. Taki uczeń ma zawsze dużo pytań na bieżąco. Mistrz może na nie odpowiedzieć w takiej relacji jeden do jeden – w ten sposób możesz naprawdę najwięcej się nauczyć. Już sporo tych edycji było i duże grono ludzi przejęło tę sztukę od konkretnego mistrza. Nie chodzi tylko o lirę, ale o różne instrumenty. Jeśli uczeń idzie do mistrza od basów – on go nauczy robić basy kaliskie czy rzeszowskie. Potem się okazuje, że ta tradycja może być podtrzymywana – z jednej strony ta tradycja budowania, a z drugiej – tradycja muzykowania na tych instrumentach. To daje kontynuację takiego naturalnego cyklu, który kiedyś istniał. Sam pomysł tej Szkoły jest naprawdę genialny.
W jaki sposób udostępnia pan swoje instrumenty? Czy prezentuje pan je gdzieś, żeby ludzie mogli je wypróbować?
Nie, to jest ogromny problem, bo trzeba mieć troszkę wiedzy, jeśli chodzi o obsługę instrumentu. Nawet gdybym go komuś zostawił na jakiś czas – jeśli jest muzykiem i już trochę się na tym zna – to nie mam takich egzemplarzy, które mógłbym wypożyczać. Buduję wszystkie instrumenty na zamówienie. Jeśli ktoś chce je zobaczyć, to przyjeżdża do mnie, sprawdzi sobie, pogra, potestuje, zastanowi się, czy zamawia, czy nie zamawia. Jeśli chodzi o takie udostępnianie czy pokazywanie, to jeszcze ewentualnie na różnych koncertach czy na spotkaniach jest możliwość podejścia, spróbowania, zagrania pod moim nadzorem.
Czy reklamuje się pan jeszcze w jakiś sposób?
Mam swoją stronę internetową: lirakorbowa.com. Działa też moja strona na Facebooku, na której czasem zamieszczam zdjęcia instrumentów. Jest również Targowisko Instrumentów i strona targowiskoinstrumentow.pl.
Dziękuję za rozmowę.
Wywiad przeprowadzony 30 grudnia 2019 roku w Starej Wsi przez Magdalenę Mazur i zamieszczony w: Magdalena Mazur, Współczesne budownictwo ludowych instrumentów muzycznych w południowo-wschodniej Polsce na przykładzie wybranych sylwetek budowniczych, praca licencjacka napisana w Instytucie Muzyki UMCS pod kierunkiem dr A. Kusto, Lublin 2020.
Korekta transkrypcji: Julia Małyska, opracowanie: Agata Kusto, Damian Gocół.
Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Wiktoria Kaczmarczyk
Stanisław Nogaj buduje liry korbowe. Uczył się u Stanisława Wyżykowskiego, który przekazał mu sztukę wyrobu różnych instrumentów strunowych. Dzisiaj Nogaj tworzy zarówno najprostsze liry dziadowskie, jak i eksperymentuje z elektroniką, wzbogacając modele o nowe możliwości akustyczne. O pracy budowniczego lir i wyzwaniach dzisiejszego rynku z artystą rozmawiała Magdalena Mazur.