
Anna Wilczyńska: Justyno, na początku chcę cię zapytać o współpracę z Kapelą Niwińskich.
Justyna Piernik: Właściwie to ja rozpoczęłam naszą współpracę. Znaliśmy się i lubiliśmy. Mateusza Niwińskiego zainteresował temat, którym ja już od bardzo dawna się zajmuję – muzyka z Kujaw i okolic: z Mazowsza, z Łowickiego. On z kolei Sannickie eksplorował. Te regiony łączy kujawiakowy, piękny, liryczny, romantyczny styl. Mateusz zabrał mnie w Sannickie do pani Janiny Smagały, która jest bardzo fajną śpiewaczką. Występowała z wybitnym skrzypkiem z tych terenów, Józefem Ciastkiem. To było bardzo miłe spotkanie. Wracaliśmy do pani Janiny, ona nam naśpiewała dużo przyśpiewek. To było żywe spotkanie ze śpiewaczką, która jeszcze pamięta czasy, kiedy się muzykę po prostu wykonywało w takim tradycyjnym celu. Z nią mieliśmy okazję skonfrontować to, co znaleźliśmy, co jest w archiwach, co zostało wydane. Bardzo lubimy, kiedy gdzieś z pamięci wydobywane są te zapomniane dawno przyśpiewki, słowa, rytmy. Mateusz przygrywał na skrzypcach, więc to było fajne doświadczenie. Po prostu siedzieliśmy w kuchni, on grał melodie od Ciastka, a ona zmieniała te przyśpiewki. Ja Mateusza nie miałam gdzie wziąć, bo Kujawy są takim regionem, w którym nie ma już mistrzów z dawnych czasów. Ten przekaz został tam wcześnie przerwany. Jedyna śpiewaczka, z którą miałam kontakt, to była Danuta Kaczmarek. Współpracowaliśmy z nią przy płycie „Kujawska Atlantyda”. Mateusza bardzo interesował ten region, ponieważ do tej pory nie grał wolnych melodii, tylko bardzo żywiołowe, mocne utwory radomskie. Chciał spróbować czegoś innego. Nasza współpraca wzbogaciła jego i mój repertuar, bo wzięliśmy na warsztat to, co się nam najbardziej podoba: ja moją kochaną śpiewaczkę Zofię Wojnicką, którą odkryłam dzięki płycie „Melodie ziemi kujawskiej”. To pani urodzona w latach 80. XIX wieku o niezwykłej barwie głosu i cudownej osobowości. Szczęśliwie została odkryta podczas polskiej akcji zbierania folkloru.
Witt Wilczyński: Chciałbym dopytać o dobór utworów na płycie „Pogłosy”, ponieważ wiele z tych pieśni jest takich przaśnych, a nawet czasami frywolnych.
Bardzo dawno temu z Ewą Grochowską robiłyśmy „Projekt Kujawy”. Poszukiwałam wtedy utworów związanych z obrzędami rodzinnymi i dorocznymi. Muszę przyznać, że muzycznie te frywolne utwory są najciekawsze. One są zawsze ładnie ośpiewane, mają różne smaczki w ozdobnikach, w rubacie, w takim przeciąganiu. Są takimi igraszkami, nawet chciałam jeden utwór nazwać „Igraszkami z Zofii”, bo to igranie ma dwojakie znaczenie. Czasami się mówi, że się właśnie „igra” pieśni, czyli że się je wykonuje w sposób swobodny, improwizowany. Wszystko się może wydarzyć, to jest taka zabawa, gra. Oczywiście, mamy w repertuarze pieśni dożynkowe i weselne. One są również bardzo piękne, choć dożynki nie są świętem, które by nas jakoś szczególnie poruszało.
A.W.: Kto wybierał utwory?
Mateusz wybrał tę część utworów, które gra i śpiewa, a ja swoje. Potem pracowaliśmy nad tym, jaką te utwory mają przybrać formę, jaki będzie skład instrumentalny, jak je wykonać.
W.W.: Czy kolejność utworów na płycie była ważna?
Oczywiście, to jest zawsze ważne. Kolejność służy temu, żeby się dobrze tej płyty słuchało, żeby to była opowieść muzyczna.
W.W.: To taki koncept album.
Tak, ale Mateusz dobrał tę kolejność. Nie wszystko trzeba robić razem, a nawet czasem lepiej, żeby jedna osoba decydowała o jakichś sprawach. Mateusz pełnił funkcję kierownika muzycznego całego projektu. Ja jako śpiewaczka wniosłam wkład repertuarowy i stylistyczny. Ta praca była wspólna: powiedzmy o Kubie i Jacku Mielcarkach, którzy są fantastycznymi muzykami. Ich obecność sprawia, że muzyka idzie w określonym kierunku.
W.W.: Jazz pasuje tu idealnie.
Czasem pani Zofia Wojnicka śpiewa tak, jakby była piosenkarką jazzową, bluesową, soulową. Po prostu to jest szczególny rodzaj wrażliwości i umiejętności improwizowania. Oczywiście, jazz to inny gatunek niż muzyka tradycyjna, ale bardzo blisko im do siebie. Mielcarkowie mają doświadczenie zarówno w jednym, jak i w drugim. Bardzo duży jest wkład chłopaków w całą tę sprawę.
A.W.: Czy od początku było wiadomo, że dołączą do realizacji płyty?
Tak, Mateusz już grał z nimi wcześniej inny repertuar. Wiedział, jacy to są muzycy i chciał z nimi współpracować. Ja dołączyłam do tego składu.
A.W.: Jak ci się współpracowało z Mateuszem?
Bardzo dobrze. Dla mnie ta współpraca miała bardzo wiele poziomów, ale najważniejszy to ten ludzki. Myślę, że w tej muzyce wszystko zaczyna się od relacji międzyludzkich. Oczywiście, trzeba mieć umiejętności muzyczne: po prostu dobrze grać i śpiewać. Jeśli nie ma jednak dobrej relacji międzyludzkiej, zaufania i uważności, to muzyka może być piękna, ale pusta. Z mojego punktu widzenia to było bardzo dobre doświadczenie na poziomie ludzkim, a za tym wszystkim poszła strona muzyczna. Nie były tam same płatki róż, bo w takim zespole ścierają się osobowości. Iskrzyło czasem, ale to naturalny proces. Najważniejsze jest to, jak się z tego wyjdzie i co z tego wyniknie w muzyce.
A.W.: Byliśmy na koncercie premierowym w Iluzjonie. Jestem ciekawa, jakie są wasze wrażenia? To nie był typowy koncert dla odbiorców i fanów muzyki tradycyjnej.
To prześwietne doświadczenie, kiedy widzi się osoby zaskoczone tym, co prezentujemy. Dla publiczności zorientowanej w muzyce tradycyjnej to nie jest żadna nowość. Dobrze, że są ludzie, którzy do tego chcą tańczyć. Takie granie to zawsze jest konfrontacja z pierwotną i rzeczywistą funkcją tej muzyki. Ja bardzo lubię widzieć zaciekawione twarze. Po koncercie ludzie podchodzą i pytają, co to takiego, skąd to, gdzie tego można posłuchać, co to jest za muzyka. To są bardzo miłe doświadczenia.
W.W.: Czy myślicie o promowaniu tego w środowiskach jazzowych?
Mamy taki zamiar, żeby promować tę muzykę w różnych środowiskach – tam, gdzie będą chcieli nas słuchać. Jesteśmy otwarci na to, co się wydarzy.
A.W.: Na płycie znalazł się utwór „Ale skąd te muzykanty” – tam się pojawiają pewne współczesne nawiązania.
W.W.: Po prostu śpiewacie o sobie.
To jest melodia, która pochodzi od cudownej śpiewaczki z Łowickiego, Walerii Czubak, którą kocham już od dwudziestu paru lat, odkąd pierwszy raz ją usłyszałam na takiej kultowej płycie „Grajcie dudy, grajcie basy”. To była jedna z postaci, która mnie urzekły. Słynęła z tego, że wymyślała przyśpiewki, więc postanowiłam też wymyślić własne. Ona śpiewała do muzykantów, którzy jej grali, a ja zaśpiewałam do tych, którzy grali ze mną. Po jakimś czasie zajmowania się muzyką tradycyjną, nie chce się tylko rekonstruować, tylko odtwarzać, tylko trzymać się jakiejś wiernej kopii z danego nagrania. Mam swój bagaż doświadczeń życiowych i muzycznych, śpiewam po swojemu, jest to mój głos i opowieść o mojej wrażliwości.
W.W.: To, co powiedziałaś, na swój sposób łączy się z tytułem płyty „Pogłosy”, bo to jest „po głosach”, ale też dalsza część głosu – czy ja to dobrze interpretuję?
Tak, Mateusz wymyślił tytuł, który mnie się również spodobał, bo jest wieloznaczny i rzeczywiście trochę jest to echo, ale to echo jednak brzmi inaczej. Chcemy nadawać dawnej muzyce takiego brzmienia współczesności, nie oszukiwać, że jesteśmy muzykantami ze wsi, i wypowiadać się po swojemu, językiem, który jest aktualny i może być aktualny jeszcze bardzo długo.
A.W.: Może coś o utworze „Dziki Walerii”?
Druga przyśpiewka pochodzi od Walerii Czubak, a pierwsza jest dzika. Tak ją sobie nazwaliśmy w naszym wewnętrznym dialogu i wyszło, że jest to utwór „Dziki Walerii”. Tak te nazwy powstają czasami. Tu pierwsza melodia jest propozycją Mateusza, a druga jest moja. To jest połączenie melodii kujawskiej z łowicką. Mateusz bardzo lubi łączyć brzmienia tak, żeby pokazywać, iż melodie z różnych regionów są bardzo podobne i łatwo jedna w drugą przechodzi. Te połączenia dają czasem nieoczekiwane wrażenia. Poza tym one są potrzebne w tańcu – kiedy zmienia się melodia to też jest taki walor muzyczny.
A.W.: Podpytam jeszcze o „Jabłoneczkę”, bo to jest utwór dosyć liryczny.
To jest pieśń weselna, która pochodzi od Zofii Wojnickiej. Jest powszechnie znana na Kujawach. Pochodzi z wiązanki pieśni oczepinowych, więc jest smutna.
A.W.: Na samym początku opowiadałaś o wcześniejszych projektach związanych z muzyką z terenu Kujaw. Czy to jakieś względy rodzinne zdecydowały, że zainteresowałaś się właśnie tą nutą?
Ja się zaczęłam interesować muzyką tradycyjną, gdy trafiłam na studiach na warsztaty prowadzone przez Muzykę Kresów. To były zajęcia poświęcone muzyce ukraińskiej i polskiej. Były tam Kurpie, Lubelskie, takie bardziej śpiewacze tereny. Zaczęłam jeździć na Polesie Ukraińskie, m.in. do Dominiki Czekun. To był dla mnie prawdziwy szok kulturowy, ponieważ studiując polonistykę z animacją kultury, w ogóle nie miałam świadomości istnienia takich tematów. Zaczytywałam się w Moszyńskim, Glogerze, Kolbergu. To było dla mnie ogromnie fascynujące. Wiedziałam, że to dotyczy jakiegoś XVIII wieku, że to już dawno nie istnieje: taka archaiczna kultura, opowieści o rusałkach. Po prostu jako taka młoda dziewczyna, studentka, idealistka koniecznie chciałam coś podobnego znaleźć w Polsce. Na wieś jeździłam do moich dziadków, którzy mieszkali na Kujawach. Całe życie w naszym mieszkaniu wisiały skrzypce, które dziadek tacie kupił, jak był bardzo młodym chłopcem, za dwa worki pszenicy i 20 złotych. To była taka słynna opowieść, że od tego się zaczęła rodzinna przygoda z muzyką. Oczywiście, po wielu latach kształcenia muzycznego tata został tubistą, wirtuozem i odszedł od muzyki tradycyjnej – ale się zetknął z tym. Jego ojciec kupił mu te skrzypce, posłał go na lekcje gry, czyli to wzięło się jakoś z tamtych ziem. Ja jeździłam tam nie za często, bo raczej to były takie kontakty zdystansowane. Na takich uroczystościach jak pogrzeby, wesela czy jakieś rocznice nigdy nie słyszałam tam muzyki tradycyjnej. Na weselach były tylko bardzo wulgarne pozostałości czy najbardziej wulgarne elementy przystosowane do dzisiejszych czasów, na przykład disco polo. W 2010 roku wyszła płyta „Melodie ziemi kujawskiej” z Instytutu Sztuki PAN – to był dla mnie przełom. Wtedy usłyszałam Zofię Wojnicką, która mieszkała cztery kilometry od wsi, do której jeździłam na te wszystkie uroczystości. Dopiero, jak się jest daleko, to można docenić pewne rzeczy. Jestem święcie przekonana, że gdybym mieszkała na tej wsi, to tak samo jak ludzie, którzy są tam teraz, interesowałabym się czymś innym. Na „Kujawskiej Atlantydzie” tata zagrał ze mną, ponieważ robiłam taką audycję do radia „Wszystko o moim ojcu”. Wtedy on opowiadał mi tę rodzinną historię od początku do końca. Zrozumiałam tę motywację mojego taty, to, że on chciał poznawać inny świat, że nie chciał zostać muzykantem ludowym, co ja po prostu rozumiem. Pozostała jednak ogromna nostalgia, jakiś sentyment do dawnych czasów, takich zapomnianych, do tych duchów, przodków, którzy prawdopodobnie wykonywali tę piękną muzykę. To, że ona jest z tych stron, to jest jedna z motywacji, ale tak naprawdę najważniejsze jest to, iż ta muzyka jest po prostu przepiękna. Uważam, że jest najpiękniejszą muzyką polską, ona ma w sobie takie niesamowite zasoby jeszcze nieodkryte, być może trudniejsze do odkrycia niż inne tradycje: góralska albo radomska. One chwytają od pierwszej nuty, a ta kujawska może wymaga trochę więcej przygotowania, osłuchania. Jest trochę bardziej refleksyjna, subtelna, wolniejsza i taka fikuśna. Jest bardzo, bardzo romantyczna i liryczna. Słuchając tej muzyki, myśli się o Chopinie i o jego podróżach po Kujawach. Gdyby nie jego osłuchanie z kujawiakiem, to być może jego mazurki inaczej by brzmiały. To bardzo, bardzo istotne inspiracje.
Opracowanie: Magdalena Deneka
Redakcja na stronie Alicja Jasińska, studentka e-edytorstwa i technik redakcyjnych
Justyna Piernik jest dziennikarką, animatorką kultury, zbieraczką tradycyjnych pieśni i wokalistką. O inspiracjach tradycyjną muzyką Kujaw, improwizacji we współczesnych wykonaniach oraz współpracy z Kapelą Niwińskich rozmawiali z nią Anna Wilczyńska i Witt Wilczyński.