
Sonda Opowieści babci
Zawsze zazdrościłam babci włosów. Na starych fotografiach ma dwa długie warkocze, na ślubnym zdjęciu – pięknie upięty warkocz wokół głowy. Dziś nosi krótkie, siwe włosy, ale zawsze wygląda elegancko.
Babcia, Leokadia Góra, urodziła się w 1932 roku w Abramowie. Dorastała w drewnianym domu, w którym co tydzień pachniało świeżym chlebem. Jej mama, Zofia, piekła bochenki i na pierwszym z nich zawsze rysowała krzyżyk.
Opowiadała mi o dawnym Abramowie – o handlarzu, który chodził po wsi z bułkami, o szklarzu niosącym w drewnianej skrzynce szyby, zawsze gotowym wstawić nowe, bo przecież wówczas nie było telefonów. Wspominała też mężczyznę, który chodził od domu do domu i ostrzył noże, bo osełek wtedy nikt nie miał. „Dawne czasy były bardzo trudne – mówiła – tego nie da się porównać do dzisiejszego życia. Młodzi często narzekają, a dobrze, by zobaczyli, jak to było kiedyś”. Często wspominała również majątek Gerlicza – z bogatymi pokojami, głośnikowym radiem i samolotem, który pewnego dnia wylądował na podwórzu.
Do szkoły miała iść w 1939 roku, ale wybuchła wojna. Wielu mężczyzn z jej wsi trafiło do obozów – najpierw w Zwierzyńcu, potem na Majdanku. W 1944 roku, gdy przyszło wyzwolenie, jej siostra przyniosła do domu tajemniczy pakunek. Mama bała się, że to mina, a okazało się, że w środku był… długopis. W tamtym czasie wydawał się prawdziwym cudem techniki.
Po wojnie babcia wróciła do nauki. Kwiaty trzymała, zamiast w wazonach, w puszkach po konserwach. Zawsze chciała, by w domu było coś pięknego. Uczyła się wtedy szycia i kroju, po raz pierwszy jechała pociągiem i zobaczyła film w kinie w Łodzi. Później wyszła za mąż za dziadka Waleriana, z którym wychowała dwóch synów. Wspólnie przeżywali codzienność powojennej Polski – od siania lnu, które wymagało wprawy i pracy całej wsi, po uprawę tytoniu. Dziadek Walerian nadzorował między innymi budowę szkół „tysiąclatek”.
W grudniu babcia skończy 93 lata. Jest mamą, babcią i prababcią, ale dla mnie przede wszystkim skarbnicą opowieści. Dzięki niej mogę wyobrazić sobie dawną wieś – z zapachem chleba, stukotem lemiesza budzącego fornali, strachem przed wojną i radością z rzeczy tak prostych jak pierwszy długopis.
Agnieszka Góra-Stępień

Redaktorka, autorka reportaży. Publikowała między innymi na łamach „Odry”, „Czasu Kultury”, „Wiadomości Uniwersyteckich UMCS”, „Gazety Wyborczej Lublin”, „Pisma Folkowego”. Współpracowała z redakcjami lubelskich rozgłośni radiowych (Radio Plus Lublin i Polskie Radio Lublin). Pełniła funkcję pełnomocnika koordynatora programowego i organizacyjnego Wakacyjnej Akademii Reportażu im. Ryszarda Kapuścińskiego w Siennicy Różanej. Obecnie związana z Ośrodkiem „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie.
Mama mojej mamy, Maria Szczupak, pochodziła z podkrakowskiej wsi Dziekanowice koło Raciborowic. Kiedy zagłębiłem się w genealogię, odkryłem, że gospodarstwo zawsze było dziedziczone przez kobiety, zmieniały się tylko nazwiska po mężach – przynajmniej od połowy XIX wieku, od uwłaszczenia chłopów.
Babcia dzieliła się ze mną opowieściami, kiedy tylko mogła. Przedstawiała rzeczywistość w kontekście własnych doświadczeń, porównywała dawnych ludzi oraz ich pracę z współczesnymi realiami.
O egzystencji na wsi opowiadała z sentymentem, ale i podkreślając jej trudy. Ważne było życie rodzinne, parafialne, gromadzkie. Czasem musiałem drążyć we wspomnieniach babci, by nadała swojej narracji strukturę opowieści, np. o zabawkach czy II wojnie światowej. Tematy, które najczęściej pojawiały się w tych historiach, to: zabezpieczenie żywności, posiłki, praca na roli, opieka nad zwierzętami, genealogia rodzinna.
Jest opowieść, która szczególnie zapadła mi w pamięć: strach i ciekawość, kiedy we wsi stacjonowali żołnierze Wehrmachtu, a dziewczyny ze wsi przygotowywały im żywność. Niemcy próbowali przekazać, że też są ze wsi i tęsknią za domem. O swoim życiu na wsi babcia mówiła z dumą. Miasta i miastowych nie lubiła. W jej wypowiedziach nie było słychać żadnych trudności ani wstydu. Ceniła swoich rodziców. Opiekowała się z pieczołowitością ich grobem, podobnie jak kapliczką we wsi. Śpiewała podczas nabożeństw majowych. Ale nosiła w sobie też elementy dawnego zabobonu: gromnica w oknie na burzę, różne wiejskie przysłowia wprowadzała w czyn, zwłaszcza te, w których ludowy zwyczaj powiązany był ściśle z katolicyzmem.
Opowieści babci ukierunkowały moją profesjonalizację badawczą historyka na problemy historii codziennej, oddolnej, społecznej. Kiedy, mając około 80 lat, za moją namową przeczytała Chłopów Reymonta, była pod wrażeniem. Świat przez niego opisany według niej bardzo przypominał rzeczywistość, którą sama pamiętała. Jagny nie polubiła za jej usiłowanie wyłamania się z porządku społecznego wsi.
Mateusz Wyżga

Jest historykiem, profesorem Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie oraz członkiem sieci badawczej COST „Women on the Move”. Zajmuje się historią wsi, migracjami i mobilnością, historią gospodarczą od XV do XIX wieku, demografią historyczną oraz archiwistyką społeczną. Jest autorem monografii Homo movens. Mobilność chłopów w mikroregionie krakowskim w XVI–XVIII wieku oraz Chłopstwo. Historia bez krawata.
Obie moje babcie pochodzą z Lubelszczyzny, ale tylko jedna na niej pozostała. Drugą po zamążpójściu los rzucił na Podkarpacie, oddalone od rodzinnej wsi babci o niecałe pięć kilometrów. W opowieściach o dzieciństwie i młodości obu babć zawsze na pierwszy plan wysuwała się praca, która na (wcale nie tak dawnej) polskiej wsi zdawała się nie mieć końca. Sianokosy, żniwa, wykopki, kiszenie kapusty… Codzienność była podporządkowana stałemu rytmowi, który wyznaczał cykl roczny – liturgiczny i przyrodniczy. Pracowali wszyscy – od najmłodszych po najstarszych, wszyscy musieli zakasać rękawy, żeby zapewnić rodzinie dobre życie. I chociaż trudno mówić o jakiejkolwiek formie work-life balance na polskiej wsi, to nawet najtrudniejsze chwile dało się przetrwać dzięki wsparciu wspólnoty. To właśnie solidarność i poczucie wspólnoty – obok różnorakich obowiązków – łączą opowieści moich babć. Obie wspominały, że najbliższy sąsiad był niekiedy ważniejszy niż rodzina, bo to do niego w pierwszej kolejności biegło się po pomoc. Dlatego też każdy dbał o dobre stosunki z najbliższym otoczeniem, z którym nie tylko pracowało się ramię w ramię, ale i wspólnie świętowało. Nigdy nie zostawiano drugiego w potrzebie i, gdy tylko w jednym gospodarstwie szybciej kończono obowiązki, np. przewracanie siana, nie udawano się do domu na zasłużony odpoczynek, lecz szło się na łąkę sąsiada, aby mu pomóc, a potem przechodziło się do następnego i kolejnego, dopóki cała wieś nie uporała się z zadaniem. Podobnie było z organizacją ważnych uroczystości, choćby wesel. Nie była to sprawa jednej rodziny, lecz przedsięwzięcie, w które angażowała się cała wspólnota. A prawdziwym sercem wspólnoty były kobiety – razem śmiejące się, płaczące i często pomstujące na trudy wiejskiego życia, ale zawsze wspierające się w codziennych zmaganiach, świadome tego, że tylko razem zdołają stawić czoła wszystkim przeciwnościom losu.
Angelika Moskal

Doktor nauk humanistycznych w dyscyplinie literaturoznawstwo, autorka zbiorów legend Magia legend powiatu brzeskiego oraz Najpiękniejsze legendy ziemi janowskiej. W czasie studiów stawiała swoje pierwsze korektorskie kroki w redakcji „Gadek z Chatki” (obecnego „Pisma Folkowego”).
Mieli najładniejszą chałupę we wsi. Do dziś wspomina te niebieskie okiennice: „Aż wybryzgiwały. Byłabym panna na całą wieś”. Ale wybuchł pożar. Spaliło się z 10 chałup. Jeden z sąsiadów wyszedł na dach i lał wodę, ale nie mógł sobie poradzić, ogień był zbyt duży. Inny sąsiad w tym czasie wynosił zboże, oczywiście dla siebie. Wszyscy później poszli w komorne. Babcia chodziła na prządki. Raz dla żartu jeden z chłopaków podpalił jej kądziel, ona bez zastanowienia zdjęła ją z kołowrotka i walnęła go w łeb: „Później szybko uciekłam, bo by mi może oddał?”.
Latem wychodzili w pole o świcie, a wracali wieczorem. Maleńkiemu dziecku z palików ułożonych na krzyż i materiału robiono przenośną kolebkę.
Pierwszy mąż babci w chwili śmierci miał zaledwie 36 lat. Babcia opowiadała, że gdy jej się pokazał/przyśnił, to stanął w drzwiach i powiedział, że ma całą koszulę mokrą od jej łez i musi nosić ciężkie kamienie, zatem poprosił, by już nie rozpaczała. Babcia potraktowała to bardzo poważnie i już nie płakała, by mu nie dodawać trudu Po śmierci jej męża czasami ktoś przychodził pod okno i straszył. Może byli to partyzanci, może ktoś inny...
Moja babcia, Czesława Prokopiuk, za kilka dni skończy 90 lat. Pochodzi z Roztocza. To bardzo silna kobieta. Dużo przeszła w swoim życiu. Kiedy była dzieckiem, spalił jej się dom, pochowała dwóch mężów, ale nigdy nie widziałam, by coś ją naprawdę złamało. Brała i bierze życie takim, jakie jest. Obdarzona jest niebywałą pamięcią, logicznym myśleniem, ciągle coś planuje, czasami sobie, czasami nam. Jest bardzo pracowita, w swojej młodości po stracie męża sama z malutką córeczką zawiadywała gospodarstwem, sprzedawała chmiel i tytoń. Wspomnień przytacza dużo, często wraca do tych samych, a one wraz z moją dorosłością nabywają zupełnie innych znaczeń.
Ze wspomnień często przebija trud ciężkiej pracy, ulotność dobrostanu, przemijanie systemów, zawziętość na powodzenie. Większość historii rozpoczyna się: „Patrz, jak to kiedyś było...”. Czesława sama się dziwi, jak bardzo życie się zmienia. To, w jaki sposób ona „zawiaduje światem”, jest często dla mnie przykładem, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach. Kiedyś myślałam sobie, że babcia jest stalowa, a nawet nieczuła. Dzisiaj wiem, że to wyższy poziom świadomości, a może konserwacji, by nie odsłaniać się z miękkim podbrzuszem.
Ewelina Prokopiuk

Wokalistka i saksofonistka w zespole GrandMotherJazz, który zajął pierwsze miejsce w konkursie „Scena Otwarta” podczas Mikołajek Folkowych 2022, oraz laureatka Nagrody im. Anny Kiełbusiewicz dla najlepszej wokalistki.
W sondzie 176. numeru Agnieszka Góra-Stępień, Mateusz Wyżga, Angelika Moskal oraz Ewelina Prokopiuk przytaczają zapamiętane historie swoich babć, przybliżając kobiecą perspektywę życia na dawnej wsi.