
Jak to się stało, że zajęła się pani szyciem strojów Serbołużyczan Nadodrzańskich?
Wszystko zaczęło się od tego zdjęcia. To babcia mojego męża, która pochodziła z Aurith. Nazywała się Marie Minack. Moi przodkowie pochodzą z Kunitz. Tu jest Aurith, a tam Kunitz, więc Kunitz jest po prostu jedną wioskę dalej. To było jedyne zdjęcie, które udało się uratować w czasie wojny. Nawet te nieliczne elementy tradycyjnych strojów, które jeszcze są na nim widoczne, zostały rozprute i przerobione na przykład na koce. Moja teściowa zachwycała się tym zdjęciem. „Jakie to były piękne stroje!” – tak zawsze mówiła. Próbowała je opisać, ale była już wtedy poważnie chora. Starałam się tę wiedzę od niej wyciągnąć, jednak za późno zaczęłam pytać. Moja teściowa nie zwykła dużo mówić o przeszłości. Jeśli nie pytaliśmy, nie mówiła nam nic. Kiedy jednak kościół Marii Panny (niem. Frauenkirche) w Dreźnie został odbudowany, po zjednoczeniu Niemiec, był to dla mnie znak. Jeszcze nie jest za późno! Moje dzieci wyprowadziły się już z domu, a ja postanowiłam działać. Zaczęłam szyć tradycyjne stroje! Krótko po tym moja teściowa odeszła. Mogła mi tak wiele pokazać... W Ziltendorfie było jeszcze kilka kobiet, z którymi mogłam przeprowadzić wywiady. Wybrałam się też do muzeum. Spotkałam i poznałam wielu ludzi.
Co się stało z tradycyjnym strojem, który babcia pani męża ma na sobie na zdjęciu?
Zaginął podczas wojny. Ona wiele przeszła. Została zgwałcona przez Rosjan, a jej zdrowie bardzo ucierpiało. Ludzie w tamtych czasach musieli martwić się o jedzenie, o swój byt, chcieli tylko przetrwać i nie zwracali uwagi na takie rzeczy jak stroje. Przetrwanie było najważniejsze.
Czy wie pani, ile lat miała babcia męża, kiedy zrobiono to zdjęcie?
Niestety nie wiem. Trudno to oszacować.
Jak rozwinął się pani pomysł na szycie strojów?
Chciałam szyć stroje, ale jako osoba samozatrudniona nie mogłam otrzymać dofinansowania z Europejskiego Funduszu Społecznego. Tylko stowarzyszenia mogą otrzymać tam wsparcie finansowe na różne projekty. Dlatego poszłam do naszych organizacji regionalnych, ale nikt się nie zgodził. Wszyscy mówili: „Zrób to sama!”. Wpadłam więc na pomysł, żeby uszyć stroje dla dzieci i występować potem publicznie. Może to przyniosłoby sukces? Poszłam więc do naszej szkoły podstawowej w Ziltendorfie, do stowarzyszenia wsparcia i zapytałam, czy chcieliby założyć grupę tradycyjnych strojów. Szkoła była przychylna mojemu pomysłowi i udało się. Nadal jestem samotnym wilkiem, chociaż od lat mam u boku nauczycielkę. Ona bardzo mi pomaga! Jestem przecież tylko krawcową i nie wiem, jak uczyć dzieci i nimi kierować. Ona daje mi ogromne wsparcie. Ale wszędzie muszę się tłumaczyć. „Tradycyjny strój? Dlaczego tradycyjny strój?” – pytają mnie ludzie przy każdej okazji. Wojna zniszczyła tutejsze tradycje. Przed nią tu, po naszej, dziś niemieckiej stronie Odry tradycyjne stroje były szybciej wypierane przez industrializację niż w Polsce.
Od kiedy istnieje dziecięca grupa taneczna w tradycyjnych strojach (niem. Trachtenkinder)?
Grupa w tradycyjnych strojach dla dzieci istnieje od 16 lat. Zaczęliśmy od trzech strojów świątecznych i trzech strojów codziennych. Kiedyś byli też chłopcy, teraz są tylko dziewczynki. Obecnie jest 12. Mamy regularne próby. Spotykamy się w każdą środę.
Jaki był stosunek innych dzieci do grupy dzieci w strojach serbołużyckich?
W międzyczasie nasze stroje zyskały pewien prestiż. Mamy wiele występów, nawet po polskiej stronie Odry. Nasz polski partner organizuje duży festiwal we wrześniu tego roku.
Co strój oznacza dla dzieci? Czy wiedzą, co mają na sobie i dlaczego?
Oczywiście, że tak. Informujemy dzieci o tradycyjnych strojach z naszego regionu. Są świadome tego, co noszą. Na jednej z prób rodzice zapytali: „Dzieci, gdzie są wasze kostiumy?”. Powiedziałam do dzieci: „Drogie dzieci, co my mamy na sobie?”. A one odpowiedziały: „Stroje ludowe”. Bo to nie są kostiumy!
Czym jest dla pani strój Serbołużyczan Nadodrzańskich?
Kiedy noszę tradycyjny strój, czuję się po prostu cudownie. Czuję się połączona z moimi przodkami. To uczucie nie do opisania!
Czy pani babcia również nosiła strój Serbołużyczan Nadodrzańskich?
Oczywiście, moja babcia również nosiła tradycyjny strój. Starsi ludzie po prostu o tym nie mówili. Nie ma też żadnych zdjęć tego stroju.
Skąd czerpała pani wiedzę o tradycyjnych strojach Serbołużyczan Nadodrzańskich?
Zbierałam wszelkiego rodzaju informacje o tradycyjnych strojach i oglądałam stare zdjęcia. Otrzymałam również tradycyjne stroje, które ktoś odziedziczył po swoich przodkach, na przykład od pewnej kobiety z Kolonii. To były trzy duże pudła! To wspaniałe. Odwiedziłam też kilka razy archiwa i Muzeum Serbołużyckie w Cottbus/Chóśebuz.
Jak udało się pani zdobyć te dawne stroje?
Dużo podróżowałam za pośrednictwem grupy zajmującej się tradycyjnymi strojami. Mieliśmy też spotkania dla przesiedleńców z tych terenów. Ludzie ze starych krajów związkowych (tzn. byłego RFN-u) również tu przyjeżdżali i spotykali się z nami. Wysiedlono ich po wojnie z terenów dzisiejszej Polski. Występowaliśmy jako grupa dziecięca, nosząca tradycyjne stroje z naszego regionu. Później pewna pani podeszła do mnie, aby zapytać, czy jestem zainteresowana starymi strojami, a potem, kiedy zmarła, trzy pudła z tradycyjnymi strojami przybyły do mnie z Kolonii. Dostaję gęsiej skórki, kiedy o tym myślę! To dla mnie prawdziwy skarb!
Dla kogo dziś szyje pani stroje, oprócz dziecięcej grupy tanecznej?
Obecnie mam klientkę z Eisenhüttenstadt, dla której szyję tradycyjny strój. Ona również ma tu swoje korzenie. Poza tym szyję stroje dla dzieci i dla siebie.
Przy jakich okazjach zakłada pani swój tradycyjny strój, oprócz występów scenicznych lub wykładów na ten temat?
Właściwie noszę mój tradycyjny strój bardzo często, przy wielu okazjach, na przykład na różnych imprezach, ale także na festiwalach, m.in. w Neuzelle i w innych miejscach. Jestem z niego bardzo dumna. Normalnie miałabym go na sobie także dzisiaj. Ale jest środek tygodnia, jestem w pracy i przyjmuję dziś klientów. Nie chciałam ciągle się usprawiedliwiać ani wyjaśniać, dlaczego noszę akurat dzisiaj mój strój.
Jakie wyzwania wiążą się z szyciem tradycyjnych strojów w dzisiejszych czasach?
Nie mam oryginalnych materiałów. Musiałam użyć innych, ponieważ nie mogłam zdobyć oryginalnych tkanin. Zaadaptowałam więc nowoczesne tkaniny, tak aby powstał dobrze uszyty strój. Dzięki mojej pracy krawieckiej poznałam też innych ludzi, z którymi mogę wymieniać się doświadczeniem. Znam pewną krawcową z Frankonii i trzeba powiedzieć, że są tam naprawdę dobrze zorganizowane stowarzyszenia zajmujące się strojami. Można tam nosić tradycyjne stroje tylko wtedy, kiedy są odpowiednio sprawdzone i mają certyfikat! Moja znajoma również była tutaj, u mnie, w mojej pracowni i powiedziała mi: „Po prostu rób dalej to, co robisz! Rób to, co myślisz, nawet jeśli uważasz, że musisz coś zmienić, ponieważ nie mamy oryginalnych tkanin”.
Cieszę się, że jest pani tak zaangażowana w ożywianie lokalnych tradycji i życzę pani wielu kolejnych udanych lat!
Dziękuję!
Redakcja na stronie Alicja Jasińska, studentka e-edytorstwa i technik redakcyjnych
Od 4 grudnia 1998 do 3 marca 1999 roku Muzeum Serbołużyckie w Cottbus/Chóśebuz prezentowało specjalną wystawę tradycyjnych strojów Serbołużyczan Nadodrzańskich pod dwujęzycznym tytułem „Pózgubjona drogotka. Serbska odrina drastwa we wósadoma Aurith/Urad a Ziebingen/Cybinka” / „Eine verschwundene Kostbarkeit. Wendyjski strój Aurith/Urad i Ziebingen/Cybinka”. We współpracy z wydawnictwem Domowina wydało także książkę Albrechta Langego Die oderwendische Tracht von Aurith und Ziebingen. Strój Serbołużyczan Nadodrzańskich był uznawany od dziesięcioleci za martwy, nienoszony przez nikogo i zdobiący jedynie wnętrza gablot muzealnych. Rozmowa z panią Bahro pokazuje, że jest obecny w regionie. Niestety krawcowa nie ma żadnego ucznia ani uczennicy, którzy mogliby dalej szyć stroje, kiedy ona nie będzie już mogła się tym zajmować. Z Cordulą Bahro rozmawiała Justyna Michiniuk.
fot. J. Michniuk: Zdjęcie babci męża Pani Bahro