Kariera Daisy z ulicy Królewskiej

Felieton. Grzegorz Józefczuk

Ta historia, a może po prostu sekwencja różnych zbiegów okoliczności, ma początek przy ulicy Królewskiej w Lublinie. Jeszcze trzydzieści lat temu pod numerem szóstym był tam wyjątkowy sklep: antykwariat muzyczny i jednocześnie komis z instrumentami oraz przedziwnymi przedmiotami, jakie obecnie chyba trudno znaleźć nawet na targach staroci. Wchodziło się po kilku stromych schodkach, niczym do jakiegoś sanktuarium. A szarość wiekowej farby na łukowych sklepieniach wnętrza oraz postać gospodarza – pamiętam go jak przez mgłę – współtworzyły aurę magiczności tego miejsca. Na prawo wisiały instrumenty, wprawdzie za ladą, ale niemal na wyciągnięcie ręki – piękne i milczące. Szarość tła dodawała im godności i dumy. Wtedy zobaczyłem, czym różnią się skrzypce, altówka i… wiolonczela. Niestety, muzyka nie była moim przeznaczeniem. Wiedziałem, że próba sprawdzenia instrumentów skończyłaby się kompromitacją, dlatego mimo kuszącej sugestywności tego, co było po prawej stronie, skupiłem się na tym, czego przeznaczenia mogłem się zaledwie domyślać. Na lewo stały pudła z nutami, a na ścianach w głębi wisiały papierowe – jak mi się zdawało – rulony i okręgi z dziesiątkami wycięć w formie kwadracików, zaś w kącie leżały walce ze szpikulcami.

Te formy zapisu muzyki odtwarzane mogły być przez przedziwne instrumenty mechaniczne, z których najbardziej znanym, do dzisiaj pojawiającym się jako atrakcja festynowo-widowiskowo-muzyczna, jest katarynka. Samo słowo ma w sobie coś przyjemnego, co wspiera jego (i instumentu) sentymentalną popularność. Katarynki wygrywały z powodzeniem melodie ludowe, mazurki czy krakowiaki, jak i popularne piosenki lub musicalowe przeboje. I tak oto dotarliśmy do Brunona Schulza.
W jego opowiadaniu Księga jest o katarynkach taki m.in. passus: „Wyplątywali się niepostrzeżenie z tłumu, stawiali katarynki na krzyżulcach na zbiegu ulic, pod żółtą smugą nieba, przekreśloną drutem telegraficznym, wśród ludzi spieszących tępo z nastawionymi kołnierzami, i zaczynali swą melodię, nie od początku, lecz w miejscu, gdzie wczoraj przerwali, i grali: »Daisy, Daisy, ty mi odpowiedź daj…«, podczas gdy z kominów puszyły się białe pióropusze pary. I rzecz dziwna – ta melodia, zaledwie rozpoczęta, wskakiwała zaraz w wolną lukę, w swoje miejsce w tej godzinie i w tym krajobrazie, jak gdyby od zawsze należała do tego dnia zamyślonego i zgubionego w sobie samym, a w takt jej biegły myśli i szare troski spieszących”.

Jakże zaskakuje ukryty potencjał tych kilku zdań. „Daisy, Daisy” w Drohobyczu! To nie jest byle jaka melodia. Piosenkę „Daisy Bell” (ang. „Bicykle Built for Two”) skomponował w 1892 roku, a więc w roku urodzenia Brunona Schulza, Brytyjczyk Harry Dacre. Zachowały się nawet pierwsze wykonania z końca XIX wieku. Z czasem stała się jedną z najpopularniejszych piosenek amerykańskich, a jej kariera przekroczyła sferę muzyki i rozrywki. Pierwszy na świecie komputer z oprogramowaniem muzycznym do syntezy dźwięku, IBM 704, jako pierwszą melodię syntetyzowaną cyfrowo zagrał bowiem w 1961 roku właśnie „Daisy, Daisy”, a w 1985 roku – pierwszy program muzyczny dla komputera Commodore 64 inaugurowano też od tej melodii.
Wędrówka motywu „Daisy, Daisy” okazuje się wprost nieprawdopodobna. W finałowej scenie pionierskiego filmu Stanleya Kubricka „2001: Odyseja kosmiczna” z 1968 roku „umierający” komputer, który chciał zawładnąć światem, śpiewa właśnie „Daisy, Daisy”… Nie sposób wymienić wszystkich interpretacji i coverów tego przeboju wszechczasów. I nie jest dla nas ważne, że melodię tę śpiewał między innymi Nice Cave, ale to, że jest ona na płycie „The Sad Machinery of Spring” z 2007 roku zespołu Tin Hat z San Francisco. Grupa ma własną formułę łączenia współczesnego jazzu z melodiami etnicznymi i klezmerskimi. Płyta, piszą na okładce muzycy z Kalifornii, inspirowana jest opowiadaniami Brunona Schulza. Musieli je dokładnie przeczytać. I jak tu nie wierzyć, powiedziałby prof. Władysław Panas – w Intrygę Nieskończoności.
Imponuje takie wędrowanie muzyki jako tekstu i jego zdolność do wklejania się w najróżniejsze narracje. Zachowuje on swoją tożsamość, nie jest cytatem ani pastiszem, nabiera nowych znaczeń i obrasta emocjami. Dodam, że piosenka „Daisy, Daisy” opowiada o rowerze… dla dwojga. Ekologiczny środek transportu był zatem na przełomie XIX i XX wieku metaforą miłości oraz przyjaznych relacji międzyludzkich. To zaskakujące, że współczesność ma tak długi rodowód. Dzisiaj w sklepie przy Królewskiej 6 działa Edycja św. Pawła, czyli księgarnia i sklep z dewocjonaliami prowadzony przez paulistów. Przed wojną był tu również taki sklep.

Grzegorz Józefczuk

Sugerowane cytowanie: G. Józefczuk, Kariera Daisy z ulicy Królewskiej, "Pismo Folkowe" 2021, nr 155 (4), s. 19.

Skrót artykułu: 

Ta historia, a może po prostu sekwencja różnych zbiegów okoliczności, ma początek przy ulicy Królewskiej w Lublinie. Jeszcze trzydzieści lat temu pod numerem szóstym był tam wyjątkowy sklep: antykwariat muzyczny i jednocześnie komis z instrumentami oraz przedziwnymi przedmiotami, jakie obecnie chyba trudno znaleźć nawet na targach staroci. Wchodziło się po kilku stromych schodkach, niczym do jakiegoś sanktuarium. A szarość wiekowej farby na łukowych sklepieniach wnętrza oraz postać gospodarza – pamiętam go jak przez mgłę – współtworzyły aurę magiczności tego miejsca.

Dział: 

Dodaj komentarz!