Jak dobrze powrócić do Førde

Martyna van Nieuwland

    To była moja druga wizyta w uroczej norweskiej gminie Sunnfjord. Pierwszy raz miałam okazję uczestniczyć w festiwalu przed pandemią, w 2018 roku. Doskonale pamiętałam koncerty Canzoniere Grecanico Salentino, Danyèla Waro czy pamiętny „Dei gamle er eldst” norweskiej choreografki Silje Onstad Hålien. Ostatni projekt oparty na tradycyjnym tańcu halling był jednym z najpiękniejszych wydarzeń tanecznych, w jakim kiedykolwiek było mi dane uczestniczyć. Silje zaprosiła do współpracy swoich nauczycieli, którzy z humorem i klasą opowiedzieli, jak silne związki ciała z halling mogą się wytworzyć wśród tancerzy. Silniejsze nawet niż podstawowe instynkty. Wspaniała wystawa muzyczna nie ustępowała choreografii, a wszystko sprawiło, że było to pamiętne widowisko z gościnnym udziałem najstarszego profesora tańca, który nie poruszał się już wówczas o własnych siłach, ale o dziwo, wciąż potrafił wykonać kilka tanecznych ruchów. Od tamtego momentu uważnie śledzę karierę Silje.

    Tym bardziej ucieszył mnie fakt, że i w tym roku mogłam ją zobaczyć na scenie. Nowy projekt „Livmødre”, który prezentowała z grupą tancerek Mamelukk, był zupełnie innym spojrzeniem na halling – współczesnym i na wskroś feministycznym. Muzyka grana na żywo była równie ujmująca jak poprzednim razem. Silje zaprosiła do projektu nie tylko swoje utalentowane koleżanki tancerki, ale i po raz kolejny – doskonałych instrumentalistów. Tradycyjne dźwięki przeplatały się z elektroniką. Zwyczajowo męski taniec halling (akrobatyczny, „fizyczny” i trudny do wykonania ze względu na skomplikowane wyskoki) nabrał nowego znaczenia – dzięki dynamicznej choreografii odwołującej się do etapów życia kobiet, ale także na skutek użycia znaczącej scenografii. Czerwone elementy, wokół których odbywał się spektakl, i podwieszone u sufitu szarfy, na których momentami tańczyły kobiety, tworzyły interesującą dramaturgię.  

    „Livmødre” nie był jedyną okazją do spotkania z halling. Kompania taneczna Kartellet, którą poznałam w tym samym roku (2018) w innej części Norwegii, odwiedziła Førdefestival i odegrała dwa pokazy dla małych i dużych uczestników. Dwukrotna prezentacja Kartellet miała charakter rozrywkowy i edukacyjny ze względu na miejsce i czas – dwukrotnie jako bezpłatne spektakle w przestrzeni publicznej, interaktywnie z udziałem dzieci.

    Nie tylko taniec sprawił, że mogłam przenieść się myślami do niedalekiej przeszłości. Mottem tegorocznej edycji były „korzenie”, czyli „Roots”. Przez pięć dni mogliśmy śledzić muzyczne tradycje i źródła z całego świata. Od muzyki celtyckiej z apogeum na koncercie wybitnych Szkotów – zespołu Ímar z gościnnym udziałem Julie Fowlis po gwiazdy sceny global music, jak malijski gitarzysta Boubacar Traore czy saharyjska wokalistka, gwiazda światowych festiwali Aziza Brahim. 

    Muzykę swoich korzeni zaprezentował także kurdyjski artysta Ali Doğan Gönültaş. Wraz ze swoim trio w składzie Firat Cakilci na klarnecie i Ali Kutluturk na instrumentach perkusyjnych występuje w tej chwili w całej Europie i zdobywa coraz większą rzeszę fanów. Przejmujący wokal i doskonały skład instrumentalny sprawiają, że Ali zdobywa serca publiczności w każdym miejscu. Jeden z artykułów opublikowanych niedawno po jednym z jego koncertów zawierał puentę, że „świat potrzebuje ludzi jak Ali Doğan Gönültaş”, z czym łatwo się zgodzić. W tym roku zobaczymy go na WOMEX-ie. Ali nie tylko śpiewa, ale i tańczy. Często możemy spotkać go na koncertach innych artystów w pierwszym rzędzie przed sceną. Finałem tematu „Korzenie” był spektakularny koncert nordyckich muzyków zebranych z Finlandii, Szwecji, Danii i Norwegii. Przekrój składów i muzycznych stylów był ogromny. Fińsko-szwedzkie duo Maija Kauhanen & Johannes Geworkian Hellman, Lena Johnsson Trio ze Szwecji, norweski zespół Madam Jam oraz międzynarodowy folkowy big band Pöket i Köket wystąpili na scenie w sobotę na specjalnie przygotowanym koncercie. Ostatni utwór wszyscy muzycy wykonali wspólnie w feerii dźwięków i kolorów. Niemniej to mniejsze projekty, poza główną sceną zrobiły na mnie największe wrażenie. 

    Elektroniczny projekt Naaljos Ljom złożony z trzech muzyków: Andersa Hany, Mortena Joha i gościnnie Rasmusa Kjorstada zrobił furorę klubowym koncertem tanecznym. Anders znany z awangardowych projektów freejazzowych był dla mnie nieoczywistym gościem festiwalu. Niespodzianki w wykonaniu dobrych muzyków często okazują się pozytywnym zaskoczeniem. Norwegowie świetnie czują muzykę, a to, co robią z rodzimym folkiem, jest drapieżne, transowe i zarazem utrzymane w eleganckim stylu. Publiczność dała się ponieść tej energii, która na myśl przywiodła mi pierwsze spotkania z Hedningarną. Ponadto, ciekawymi podróżami w poszukiwaniu własnej tożsamości muzycznej były dwie premiery norweskich artystów: Tuvy Færden i „Perkverket” Birgera Misteregge. Dwa różne projekty, ale z podobnym przesłaniem. W muzycznym środowisku nie jesteśmy wyspami, a wielość połączeń sięga wszystkich kontynentów. Birger Misteregge zaprezentował perkusyjną podróż po świecie inspiracji dźwiękami pochodzącymi z różnych kultur. Tuva zawiodła nas między innymi do Persji, Indii i Brazylii w poszukiwaniu muzycznych korzeni. Obie premiery miały własny charakter. „Perkverket” był dynamicznym, perkusyjnym seansem wirtuozów. „Greiner” Tuvy Færden z zaproszonymi międzynarodowymi artystami, jak zamieszkały w Hiszpanii, japoński gitarzysta Luiz Murakami, był odświętnym, refleksyjnym wieczorem celebrującym różnorodność. 

    Absolutnym odkryciem festiwalu był młody singer-songwriter z ludu Saami (w języku polskim wciąż używa się nazwy Laponia), czyli Lávre. Jak przeczytałam w opisie: „W swoim debiutanckim albumie »Vuložat«, który można z grubsza przetłumaczyć jako »oni lub to, co żyje pod spodem«, zebrał utwory zarówno z tradycyjnym, jak i współczesnym joikiem. Album jest wynikiem wielu lat wewnętrznej pracy, podczas której Lávre zastanawiał się nad własną, osobistą mitologią, jednocześnie zagłębiając się głęboko w historyczne pochodzenie ludu Samów”. Koncert trzyosobowego składu, któremu przewodzi pochodzący z Kautokeino Lavre Johan Eira, był pierwszym koncertem festiwalowym i dla wielu gości – najlepszym. Artysta przeplatał utwory opowieściami o joikach, które w jego rodzinie przetrwały wieki, bo były przekazywane z pokolenia na pokolenie.

    Wymienieni powyżej artyści i ich projekty to zaledwie część programu przygotowanego przez organizatorów. Wspaniałe występy portugalskiej wokalistki Liny, koreańskiego trio Groove& czy innego kobiecego składu – latynoskiej Ladamy na długo zostaną w pamięci słuchaczy. 

    Førdefestival to jednak nie tylko koncerty. Bogaty program rozmów z artystami, warsztaty dla dzieci i dorosłych, poranki otwierające kolejne dni festiwalu z wolnym wstępem dla całego miasteczka – to także ważna część wydarzenia. Wokół tych dodatkowych aktywności gromadzi się cała społeczność i sprawia, że spotkanie szczyci się wielopokoleniowym charakterem. Sporo pracy włożone jest w dbałość o to, by na scenie i poza sceną obecne były kobiety. Dodam, że dyrekcja festiwalu to już wieloletnia tradycja kobieca. Hilde Bjørkum sprawująca funkcję dyrektorki w latach 1989–2018 tylko na krótko przekazała festiwal w ręce dyrektora. Od paru lat nową szefową festiwalu jest znowu kobieta, pochodząca z Førde Sølvi Lien, która prowadzi imprezę w dobrym kierunku, zachowując to, co najlepsze z przeszłości, i rozwijając to, co nowe – ku bezpiecznej przyszłości. Drugą dobrą tradycją festiwalu jest program dla gości z branży profesjonalnej, w którym uczestniczyłam po raz drugi. Jednym z elementów wizyt studyjnych jest integracyjna wycieczka i kontakt z pięknem norweskiej przyrody. To wszystko odbywa się, aby poznać kontekst muzyki, której okazję mają słuchać zagraniczni goście. Za wizyty studyjne zagranicznych przedstawicieli  branży i mediów odpowiedzialna jest od lat nieoceniona Torill Gundersen, która opiekuje się liczną grupą gości. W tym roku udało nam się odbyć całodniową podróż z Bergen do Førde – autobusami, łodzią i dwoma pociągami, z którego jeden stanowiła zabytkowa kolejka Flåm malowniczo ciągnąca się wzdłuż fiordów i wodospadów. Ponad 10 godzin spędzonych wspólnie w wymienionych środkach transportu skutkowało wymianą doświadczeń, głównie pomiędzy zagranicznymi dyrektorami festiwali i dziennikarzami a norweskimi przedstawicielami organizacji profesjonalnie zajmujących się muzyką. Towarzyszyła nam między innymi Tone Østerdal, nowa szefowa Music Norway – instytucji promującej i eksportującej muzykę norweską za granicę. Ponadto podczas całego pobytu mieliśmy okazję poznać wyjątkową wokalistkę, wielokrotnie nagradzaną Synnøve Brøndbo Plassen, która na krótko przed festiwalem wróciła z Polski. Norweżka odwiedziła nasz kraj, koncertując z Michałem Żakiem. Spędziła sporo czasu z polskimi muzykami, jak Michał czy Janusz Prusinowski, i w Førde dzieliła się tymi zawodowymi doświadczeniami. Dwukrotnie mogliśmy usłyszeć ją w „akcji”, czyli śpiewającą dla naszej grupy. Branża z całego świata nie tylko zwiedza, ale też aktywnie uczestniczy w zajęciach dla profesjonalistów. W tym roku niezwykle cenne były warsztaty z pisania o muzyce prowadzone przez redaktor naczelną magazynu „Ballade”, Guro Keleveland. W ich trakcie rozmawialiśmy, jak prezentować gatunki muzyczne spoza głównego nurtu, które pomijane są przez największe media.

    Dobrze wrócić po latach na Førdefestival, który bezustannie inspiruje promotorów muzyki tradycyjnej. Wydarzenie nie tylko łączy pokolenia słuchaczy, ale także pokolenia organizatorów. Do Norwegii przyjeżdżają weterani world music, jak i młodzi profesjonaliści, którzy wyznaczają nowe tory dla gatunku i publiczności. Choć sami Norwegowie narzekają na cięcia budżetowe i walkę o odbiorców niszowych wydarzeń kulturalnych, jest to kraj prawie idealny, jeśli chodzi o subsydia i strukturę współpracy między sektorami. Na pewno niejednego możemy się od nich nauczyć. 

Martyna van Nieuwland 

Redakcja na stronie Julia Wolny, studentka e-edytorstwa i technik redakcyjnych.

 

Skrót artykułu: 

To była moja druga wizyta w uroczej norweskiej gminie Sunnfjord. Pierwszy raz miałam okazję uczestniczyć w festiwalu przed pandemią, w 2018 roku. Doskonale pamiętałam koncerty Canzoniere Grecanico Salentino, Danyèla Waro czy pamiętny „Dei gamle er eldst” norweskiej choreografki Silje Onstad Hålien. Ostatni projekt oparty na tradycyjnym tańcu halling był jednym z najpiękniejszych wydarzeń tanecznych, w jakim kiedykolwiek było mi dane uczestniczyć. Silje zaprosiła do współpracy swoich nauczycieli, którzy z humorem i klasą opowiedzieli, jak silne związki ciała z halling mogą się wytworzyć wśród tancerzy. Silniejsze nawet niż podstawowe instynkty. Wspaniała wystawa muzyczna nie ustępowała choreografii, a wszystko sprawiło, że było to pamiętne widowisko z gościnnym udziałem najstarszego profesora tańca, który nie poruszał się już wówczas o własnych siłach, ale o dziwo, wciąż potrafił wykonać kilka tanecznych ruchów. Od tamtego momentu uważnie śledzę karierę Silje.

fot. z arch. organizatorów: Koncert Lávre

Dział: 

Dodaj komentarz!