
Przyszłam na świat 28 lipca, we wtorek, o godzinie 18.45. I czy coś z tego wynika? Może tak. Przecież jak pisze Biegeleisen: „Każdy człowiek, jak ino się urodzi, ma zaraz wyznaczone, co ma z nim być, a co mu przeznaczono i to go z pewnością nie minie”. Zakładając, że przeznaczenie każdego człowieka jest zapisane w gwiazdach, postanowiłam sprawdzić, czy jestem, kim mam być.
Małgorzata Słowik
Zaczęłam od pory dnia. Joanna Szadura, analizując mechanizmy kulturowo „warunkujące” przyszłość dziecka, zauważyła, że jego usposobienie w polskiej kulturze ludowej kojarzono z porą narodzin. W Wielkopolsce uważano, że człowiek, który przyszedł na świat przed świtem, był żywy i bystry, a rano lub przed południem – stateczny i mądry. Po południu rodziły się dzieci płoche, a wieczorem utalentowane. Ludzie urodzeni w granicznych godzinach doby mieli być wyjątkowi. Ci, którzy przyszli na świat o północy, byli najszczęśliwsi i pozostawali w kontakcie z duchami. Zaś aniołów widzieć mieli urodzeni w samo południe… niedzielne. Całe szczęście, że chociaż talent mi się trafił.
Jeśli chodzi o dzień narodzin, to dzieci niedzielne, zwane niebieskimi ptakami, miały mieć szczęście do łatwego zdobywania majątku, ale uznawane były za wyjątkowo leniwe. Z większości ludowych wierzeń wynika, że poniedziałek także nie wróżył za dobrze, ponieważ osobom urodzonym na początku tygodnia los sprzyjał w ograniczony sposób. Wówczas przychodzić na świat mieli ludzie niezwykle pracowici i odpowiedzialni, ale jednocześnie narażeni na obmowę i plotki. Mieli jednak szansę, by zdobyć wiedzę tajemną. O wiele gorszy na przyjście na świat był piątek – dzień, w którym pierwsi ludzie zostali wygnani z Edenu, dzień rozpamiętywania męki Pańskiej, postu i wszelkich ograniczeń rozrywkowych. Urodzeni w tym czasie mieli być pechowi i chudzi (z racji postu). Kumulacją nieszczęścia był piątek trzynastego w roku przestępnym lub Wielki Piątek. Gorzej już być nie mogło. Zdecydowanie lepiej mieli ci, którzy urodzili się we wtorek, w tym ja. Uważano ich za wesołych, szczęśliwych, miłych, uśmiechniętych, urodzonych w czepku, zaradnych – sama prawda! No, ale miano ich także za skąpych i rozwiązłych (czyżby związek z powiedzonkiem: „Dziś nie wtorek, więc zapnij rozporek”?). W niektórych regionach uznawano, że łatwiej im posiąść magiczną wiedzę… to jeszcze sprawdzę. Dzieci czwartkowe miały posiadać żyłkę handlowca w związku z faktem, że w wielu miejscach to dzień targowy. Urodzeni tego dnia mieli być kłótliwi, gadatliwi, rozrzutni, pracowici, szczęśliwi i mający w życiu farta, ba, nawet umieli kontaktować się ze zmarłymi. Najlepiej było jednak urodzić się w środę lub w sobotę, bo to tymi szczęściarzami opiekowała się Matka Boża. Może uznajmy, że schyłek wtorku to już taka mała środa… Wtedy mieli rodzić się ambitni, inteligentni, gadatliwi i pracowici szczęściarze – a to przecież moje cechy… Jednak sobota to dopiero był dobry dzień. Najlepszy z najlepszych. Dzieci sobotnie miały być pracowite, czyste, eleganckie, lubiące porządek, uczciwe. W te dwa dni rodzili się ci, dla których nie było rzeczy niemożliwych. Wierzono także, że lepiej było przyjść na świat w dni żeńskie, parzyste i mastne niż w męskie, nieparzyste i postne. Nooo i to mi (wtorkowo urodzonej) się podoba.
Ale na tym nie koniec, przyjrzymy się jeszcze porze roku. Z jego początkiem, w styczniu rodzili się ludzie inteligentni, z łatwością przyswajający wiedzę, a w lutym wytrwali, osiągający zamierzone cele. W marcu przychodzić na świat miały „nierobociuchy”, „trochę zdolne, a resztę nie”. Kwiecień to miesiąc samodzielnych, rozsądnych i pracowitych ludzi, poza 1 kwietnia, kiedy to rodzili się „tacy, co kręcić lubią”. Maj to czas chorowitych, a w pierwszym jego dniu rodzili się „tacy, co dwie lewe ręce mają”. W czerwcu na świat przychodziły dzieci rozkoszne, o wysokich zdolnościach percepcyjnych, ale czasem kapryśne i płaczliwe. W lipcu rodzić się miały „nie takie, jak powinny być”, nieposłuszne, stawiające opór wszelkim nakazom – no i wypisz, wymaluj ja. Sierpień należał natomiast do ludzi ambitnych i osiągających zamierzone cele. We wrześniu rodzić się mieli bogacze, a w październiku szczęściarze. Dzieci smutne i napotykające trudności w życiu codziennym przychodziły na świat w listopadzie. Grudzień miał przynosić zdrowych twardzieli.

Matka z dzieckiem na ręku,
rys. tusz-pędzel, aut. C.K. Norwid, 1873
źródło: Biblioteka Narodowa / Polona
Jak widać, wierzono, że przyszłość człowieka zależała od wielu czynników. Ja na przykład dowiedziałam się, że jestem miłą i wesołą szczęściarą, bywam skąpa i… rozwiązła, a ponieważ z racji miesiąca nie do końca taka, „jak powinnam być”, to jestem nieposłuszna, opierająca się nakazom. Ten melanż cech wynika pewnie z tego, że dzień moich narodzin był parzysty, rodzaju męskiego i przypadał na schyłek miesiąca drugiej połowy roku. No i wszystko jasne, a ja z uporem maniaka powtarzam rodzicom, że „gena nie wydłubie”. A jakie Ty masz cechy?
Przyszłam na świat 28 lipca, we wtorek, o godzinie 18.45. I czy coś z tego wynika? Może tak. Przecież jak pisze Biegeleisen: „Każdy człowiek, jak ino się urodzi, ma zaraz wyznaczone, co ma z nim być, a co mu przeznaczono i to go z pewnością nie minie”. Zakładając, że przeznaczenie każdego człowieka jest zapisane w gwiazdach, postanowiłam sprawdzić, czy jestem, kim mam być.