
Podczas 20. edycji festiwalu Globaltica udało mi się uczestniczyć w wydarzeniu po raz pierwszy. Z Gdyni wyjechałam zauroczona. Globaltica ma mnóstwo atutów – nadmorską lokalizację, piękny park, łatwy dojazd pociągami, świetny program, wakacyjną porę, luźną atmosferę. W jubileuszowej edycji wystąpiły niesamowite gwiazdy. Pojechałam na festiwal z uwagi na występy Mercedes Peón i Bobana Markovica, a szczególnie zachwycili mnie Chilijczycy, czyli zespół Chico Trujillo.
Joanna Zarzecka
Festiwal stawia na wiele aktywności i tak też konstruuje swój program. Czasem aż trudno było się zorientować, jakie wydarzenia trwały w danym momencie – warsztaty, koncerty, wystawy. Ja skupiłam się na muzyce. Niektóre atrakcje, takie jak wykłady i wystawy, miały miejsce tydzień lub dwa przed czterema głównymi dniami festiwalu, które przypadły na 17–20 lipca 2025 roku.
W tzw. Strefie Zasilania oraz Strefie Kino i Literatura zaplanowano spotkania z ciekawymi ludźmi, filmy, wykłady na temat historii Kaszub, pogadanki psychologiczne, spacer przyrodniczy z Michałem Książkiem, tkanie na krosnach, praktyki oddechowe, a nawet jogę i pilates! Dodatkowo w różnych punktach poza parkiem Kolibki odbywały się warsztaty artystyczne – ceramiki czy malarstwa akwarelowego – a także wykłady i wystawy. Niestety, dość trudno było odnaleźć się w mnogości miejsc, dlatego nie uczestniczyłam w wielu dodatkowych atrakcjach.
Strefa Miasteczko Społeczne była silnie rozbudowana. Zlokalizowany był tam kiermasz z wyrobami lokalnych fundacji, stowarzyszeń, stoiska miejscowych rękodzielników i rzemieślników, wydawców muzycznych i literackich. Częścią tego obszaru była też strefa gastronomiczna, która, co prawda, nie zachwycała różnorodnością, ale zapewniała burgery, frytki i kuchnię bałkańską, dzięki którym można było przetrwać festiwal. Stoisk kulinarnych czy food trucków nie było zbyt wiele, po jedzenie zazwyczaj trzeba było stać w kolejkach. Najdłuższa ustawiała się po piwo w przerwach między wydarzeniami, ponieważ trunek zakupić można było tylko w jednym miejscu, a spragnionych było wielu. Wada polegała na tym, że przerwa w koncertach się kończyła, a kolejka niestety nie znikała. Część słuchaczy zaliczała solidne spóźnienia.
Najważniejsza była dla mnie Strefa Muzyczna, w ramach której przez cztery dni festiwalu wystąpiła plejada gwiazd.
W czwartek zagrał brazylijski artysta Vinícius Cantuária z zespołem w ramach projektu Psychedelic Rio. Ja jednak dotarłam dopiero w piątek. Tego dnia jako pierwsze wystąpiły dziewczyny z Maroka – Asmâa Hamzaoui & Bnat Timbouktou – „wyjątkowy zespół, który redefiniuje tradycyjną muzykę Gnawa, przełamując bariery płci, pokoleń i granic kulturowych. Gnawa to tradycyjna muzyka duchowa, zakorzeniona w afrykańskich rytuałach i kulturze sufickiej, łącząca rytmiczne śpiewy, transowe brzmienia instrumentu guembri i hipnotyczne rytmy metalowych kastaniet qraqeb. Asmâa, razem z zespołem Bnat Timbouktou (co znaczy «Dziewczyny z Timbuktu»), nadaje temu dziedzictwu nowy, kobiecy wymiar, zachowując szacunek dla tradycji i jednocześnie odważnie wprowadzając ją na nowoczesne sceny świata”. Cytat jest fragmentem materiału organizatorów, ale sama lepiej nie opisałabym grupy i tworzonej przez nią muzyki. Ze sceny popłynęła imponująca dawka energii, co nie jest łatwe do osiągnięcia na początku dużego koncertu plenerowego.
Po artystkach marokańskich wystąpił międzynarodowy miks z Wielkiej Brytanii i Afganistanu – Kefaya i Elaha Soroor. Uczestnicy słuchali brytyjskiego zespołu, znanego z łączenia synth rocka, jazzu i brzmień psychodelicznych z muzyką tradycyjną z całego świata, oraz afgańskiej wokalistki, buntowniczki i kompozytorki, która musiała uciekać z ojczyzny z powodu swojej działalności scenicznej. Bardzo ciekawy projekt, choć może trochę zbyt wysublimowany, by w pełni wybrzmiał w formie koncertu plenerowego.
Po nich wystąpił jeden ze specjalnych smaczków festiwalu – grupa Kíla z Irlandii, która zagrała na tej imprezie w 2012 roku. Wtedy zaczęło się prawdziwe szaleństwo! Niepodrabialne melodie irlandzkiego folku zagrane w rockowych aranżacjach, wymieszane z czym tylko się dało w trybie improwizacji, śpiewane w większości po gaelicku, a do tego charyzmatyczny wokalista grający na bębnie obręczowym – w sile wieku i sił scenicznych!
Grupa jest utytułowana i znana z tego, że grali ze sławami mainstreamu, np. U2, Sinéad O’Connor, Shane MacGowan czy The Chieftains, oraz tworzyli muzykę filmową. W Gdyni nie zawiedli. Na scenie okazali się żywiołem, dzięki któremu publiczność wpadła w odpowiedni rytm na resztę festiwalu.
Po Irlandczykach zagrała kolorowa i brawurowa grupa Lindigo z francuskiej wyspy Reunion zagubionej gdzieś za Madagaskarem na Oceanie Indyjskim. Byłam bardzo ciekawa ich występu z powodu wyprawy trekkingowej na Reunion, w której wzięłam udział w tym roku. Wyspa zaskakiwała międzykulturowością, ponieważ jej skład etniczny to mieszanka ludów z całego świata, imigrantów, którzy osiedlili się tu w czasach kolonizacji, konsekwentnie napływali i mieszali się przez kolejne wieki. Tę wielokulturowość, ale też silne wpływy afrykańskie słychać w muzyce zespołu.
Podstawą jest maloya – rytualna pieśń dawnych niewolników, zakorzeniona w afrykańskich i malgaskich tradycjach, wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Do tej kreolskiej tradycji lider zespołu, wokalista i perkusjonista, Olivier Arasta wnosi nowe brzmienia, bliskie stylowi funky. Muzyka Lindigo bazuje na instrumentach perkusyjnych, takich jak roulér, kayamb czy pikèrj. Liczna grupa ubrana w żółto- -fioletowe kostiumy śpiewała, bębniła i skakała tak porywająco, że publiczność rozbawiła się na dobre – nie miała ochoty żegnać artystów, gdy kończyli występ.
W namiocie, z porządnymi dechami do tańca, na zakończenie dnia zorganizowano zabawę przy dźwiękach kapeli poznańskiej Odloty w składzie: Teofil Pawłowski, Piotr Rogaliński i Mimi Maj (Bogumiła Majczyno). Wielki szacunek dla zespołu, bo wprawdzie publiczność była bardzo chętna do tańca, ale nieobyta z muzyką tradycyjną. Każda polka czy walczyk stanowiły wyzwanie, a mimo to udało się rozkręcić parę korowodów i fajną taneczną imprezę.
Sobotę otworzyła Kapela ze Wsi Warszawa z dodatkowym składem Bassałyki. Kapela zagrała na Globaltice drugi raz. Wykonali kilka niezawodnie pięknych kawałków z płyty „Uwodzenie”, ale sercem koncertu były utwory z płyty „Sploty” powstałe we współpracy z Bassałykami. Dodatkową atrakcją było wręczenie nagrody plebiscytu Wirtualne Gęśle przyznawanej przez publiczność przy okazji konkursu Folkowy Fonogram Roku organizowanego przez Polskie Radio.
Po koncercie Kapeli ze Wsi Warszawa i Bassałyków napięcie rosło jak u Hitchcocka – wystąpiła gwiazda, na którą czekałam, i nie zawiodłam się! Mercedes Peón, artystka z Galicji (północnego regionu Hiszpanii), wystąpiła na Globaltice po 15 latach. Poprzednio grała solowo, podczas tegorocznej edycji festiwalu w ramach trio Deixaas. Jak zwykle była niezwykła – przemiła i ekstrawagancka, silna i delikatna, ze zdecydowanym przekazem w pieśniach (których części nie sposób było zrozumieć, ponieważ śpiewane były po galijsku) – oczarowała i zahipnotyzowała wszystkich obecnych na festiwalu. Mercedes Peón jest twórczynią totalną – wokalistką, instrumentalistką i kompozytorką – uważaną za jedną z najbardziej występując dla ponad 50 000 widzów. „Są najbardziej rozpoznawalną grupą wykonującą współczesną cumbię – bez ich muzyki nie może odbyć się żadna impreza od Santiago do Valparaíso. Ich twórczość to mieszanka klasycznej cumbii, rocka i elementów ska”. Wydali osiem albumów, ale – o zgrozo! – żadnego nie przywieźli na sprzedaż. Weseli muzycy grali żwawo na dęciakach i instrumentach perkusyjnych, śpiewając nie mniej donośnie bardzo wesołe piosenki. Energia na scenie, energia pod sceną, gdzie znajdowała się grupa wiernych fanów z Chile z flagami tego kraju. Wyskakałam się jak za dawnych czasów, a po powrocie zaczęłam przetrząsać internet w poszukiwaniu utworów zespołu. Na koniec sobotniego zestawu wystąpił zespół Bobana Markovica, serbskiej supergwiazdy muzyki bałkańskiej. Rangę grupy potwierdziła nawet symboliczna nagroda jubileuszowa od organizatorów Globaltiki. Sam koncert był niezły, ale mnie osobiście nieco rozczarował. Widziałam zespół lata temu na niesamowitym koncercie w Czeremsze – kiedy w występie uczestniczył jeszcze Marko Marković, potem na Pannonice – było odlotowo! Boban zagrał dobrze, ale ledwie wszedł na scenę. Usiadł na krześle, a wraz z nim siadła też nieco energia koncertu. Sam mistrz musi się bujać, żeby muzyka porządnie bujała publicznością. Finał soboty był podwójny – po występach na scenie impreza przeniosła się do namiotu, gdzie zabawę taneczną poprowadził DJ Click – francuski specjalista od mieszania muzyki tanecznej z etno. O czwartej nad ranem przewidziano występ zespołu Sutari – o wschodzie słońca, na pobliskim molo w Gdyni. Propozycja dla wytrwałych, podobno było pięknie. Koncerty – z pewną dezynwolturą – prowadził Wojciech Ossowski, znany dziennikarz i recenzent muzyczny pochodzący z Trójmiasta. Niestety, niedzielne wydarzenia musiałam ominąć – koncert Vardana Hovanissiana i Emre’a Gültekina z Armenii i Turcji oraz występ akordeonisty z Argentyny Changa Spasiuka – by wracać do domu. Biorąc jednak pod uwagę, że część gwiazd przyjechała do Polski po raz drugi na ten sam festiwal, mam nadzieję, że i ich będę miała jeszcze kiedyś okazję posłuchać. charyzmatycznych kobiet na scenie muzyki świata. Gra na dudach i elektronice, bębnach i przeszkadzajkach, dokłada sample. Śpiewa w wielogłosie z koleżankami, Aną Fernández oraz Mónicą de Nut, z których jedna szczególnie zaczarowała festiwalową gawiedź anielskim głosem, wykonując „Ave Maria”. Pomimo trudności w przekazie treści piosenek, udało się to i owo przełożyć na hiszpański, a później na polski. Treści te jednak nie należą do najłatwiejszych. Mercedes i Deixaas śpiewają o ważkich kwestiach społecznych, dotyczących kobiet, przynależności etnicznej, tradycji, niezgody na przemoc.
Kiedy myślałam, że wzruszenia muzyczne sięgnęły zenitu, nastąpiło małe trzęsienie ziemi. Na scenę wkroczyła grupa Chico Trujillo. To podobno jeden z najbardziej znanych zespołów w Chile, potrafią tam zapełniać stadiony,, występując dla ponad 50 000 widzów. „Są najbardziej rozpoznawalną grupą wykonującą współczesną cumbię – bez ich muzyki nie może odbyć się żadna impreza od Santiago do Valparaíso. Ich twórczość to mieszanka klasycznej cumbii, rocka i elementów ska”. Wydali osiem albumów, ale – o zgrozo! – żadnego nie przywieźli na sprzedaż.
Weseli muzycy grali żwawo na dęciakach i instrumentach perkusyjnych, śpiewając nie mniej donośnie bardzo wesołe piosenki. Energia na scenie, energia pod sceną, gdzie znajdowała się grupa wiernych fanów z Chile z flagami tego kraju. Wyskakałam się jak za dawnych czasów, a po powrocie zaczęłam przetrząsać internet w poszukiwaniu utworów zespołu.
Na koniec sobotniego zestawu wystąpił zespół Bobana Markovica, serbskiej supergwiazdy muzyki bałkańskiej. Rangę grupy potwierdziła nawet symboliczna nagroda jubileuszowa od organizatorów Globaltiki. Sam koncert był niezły, ale mnie osobiście nieco rozczarował. Widziałam zespół lata temu na niesamowitym koncercie w Czeremsze – kiedy w występie uczestniczył jeszcze Marko Marković, potem na Pannonice – było odlotowo! Boban zagrał dobrze, ale ledwie wszedł na scenę. Usiadł na krześle, a wraz z nim siadła też nieco energia koncertu. Sam mistrz musi się bujać, żeby muzyka porządnie bujała publicznością.
Finał soboty był podwójny – po występach na scenie impreza przeniosła się do namiotu, gdzie zabawę taneczną poprowadził DJ Click – francuski specjalista od mieszania muzyki tanecznej z etno. O czwartej nad ranem przewidziano występ zespołu Sutari – o wschodzie słońca, na pobliskim molo w Gdyni. Propozycja dla wytrwałych, podobno było pięknie. Koncerty – z pewną dezynwolturą – prowadził Wojciech Ossowski, znany dziennikarz i recenzent muzyczny pochodzący z Trójmiasta.
Niestety, niedzielne wydarzenia musiałam ominąć – koncert Vardana Hovanissiana i Emre’a Gültekina z Armenii i Turcji oraz występ akordeonisty z Argentyny Changa Spasiuka – by wracać do domu. Biorąc jednak pod uwagę, że część gwiazd przyjechała do Polski po raz drugi na ten sam festiwal, mam nadzieję, że i ich będę miała jeszcze kiedyś okazję posłuchać.
Joanna Zarzecka
O 20. edycji festiwalu Globaltica (17–20 lipca 2025 r.) napisała Joanna Zarzecka. Autorka relacji opisuje atmosferę festiwalu oraz koncerty odbywające się 18 i 19 lipca. Jak pisała: „Podczas 20. edycji festiwalu GLobaltica udało mi się uczestniczyć w wydarzeniu po raz pierwszy. Z Gdyni wyjechałam zauroczona. Globaltica ma mnóstwo atutów – nadmorską lokalizację, piękny park, łatwy dojazd pociągami, świetny program, wakacyjną porę, luźną atmosferę. W jubileuszowej edycji wystąpiły niesamowite gwiazdy. Pojechałam na festiwal z uwagi na występy Mercedes Peón i Bobana Markovica, a szczególnie zachwycili mnie CHilijczycy, czyli zespół Chico Trujillo”.
fot. B. Muracki