Dusa pełna je

Monika Wierzbicka to artystka głęboko zakorzeniona w mazurskim folklorze, wokalistka, której droga od dziecięcych marzeń po etnoelektroniczne eksperymenty jest opowieścią o miłości do muzyki. O pierwszych kontaktach z muzyką i kluczowych momentach, które ukształtowały artystyczną tożsamość, opowiedziała w rozmowie z  Wittem Wilczyńskim. 

Monika Wierzbicka

fot. K. Trzaskalska

 

Na sam początek pytanie ab ovo. Pamiętasz twój pierwszy kontakt z muzyką?

Przypomina mi się stół u cioci Heli w Białymstoku, magnetofon szpulowy, mikrofon i ja, śpiewająca do mikrofonu i magnetofonu, oczekująca na oklaski i brawa. To było moje pierwsze zetknięcie z muzyką. Doświadczenie nieco poważniejsze pojawiło się w szkole podstawowej podczas lekcji muzyki. Pan Henryk Gierwel puszczał z płyt analogowych muzykę klasyczną i wskazywał instrumenty, których dźwięk było słychać w danym momencie, a potem odpytywał uczniów. Uczył nas słuchania muzyki, słuchania instrumentów.

Do dzisiaj to pamiętasz?

Tak, do dziś to pamiętam. Piosenka z płyty „Głos Dawnych Mazurów, czyli Twoje Mazury” jest zadedykowana panu Henrykowi, bo wierzył we mnie od samego początku.

Kiedy po raz pierwszy zetknęłaś się z muzyką folkową i etniczną?

W Zespole Pieśni i Tańca „Giżycko”. To był zespół folklorystyczny, stworzony w latach 70. XX wieku. Ja dołączyłam do niego w 1986 roku. Wcześniej śpiewałam w chórze szkolnym prowadzonym przez pana Henryka. Gdy trafiłam do liceum, zostałam zaproszona na przesłuchanie do zespołu. Przyszłam na tzw. audycję do ówczesnego Domu Kultury (dzisiejszego Giżyckiego Centrum Kultury). Dostałam się. Przez trzy lata śpiewałam i tańczyłam w Zespole Pieśni i Tańca „Giżycko”. To były pierwsze moje kontakty z muzyką ludową, tak bym powiedziała. Teraz już chyba pojmuję, na czym polega różnica. Tradycja, folk, ludyczność. Zaczynam to łapać.

A to nie jest takie proste.

Wydaje mi się, że pieśń zaśpiewana in crudo, bez chęci podobania się, jest wykonana w duchu tradycji, a wszystko inne to stylizacja. Muzyka stylizowana, ludowa wyniosła muzykę tradycyjną na salony. Niektórzy mówią, że to źle, niektórzy mówią, że to dobrze… Zdania są podzielone jak zawsze. Pierwsze kontakty z muzyką ludową w zespole były piękne, kolorowe, zwłaszcza w latach 80. XX wieku,, zaraz po stanie wojennym. To był inny świat. Kiedy patrzę na zdjęcia z grupą, widzę… kolor. Coś pięknego.

To była odskocznia od szarego ortalionu tamtych czasów.

Tak. To było niesamowite – na co dzień grałam z chłopakami na podwórku w nogę, palanta, kapsle, a dwa razy w tygodniu przenosiłam się do innego świata. Doświadczenie w zespole hołubię z wielu przyczyn. Uczyłam się tam nie tylko śpiewu i tańca, ale i pewnego respektu, bycia w społeczności.

Jeździliście gdzieś dalej na występy?

Ba! Mój pierwszy wyjazd był wyjazdem zagranicznym: Bułgaria i festiwal w Burgas. Tańczyliśmy na przeglądzie zespołów z tzw. demoludów. Pamiętam upał i pierwsze doświadczenie trzęsienia ziemi w życiu. Pierwszy lot samolotem, pierwszy wyjazd zagraniczny, pierwsze otrzymanie paszportu. Wtedy to było coś podniosłego. Po trzech latach, już w klasie maturalnej, odeszłam z zespołu. Nauka do matury, później wyjazd do szkoły w Gdyni – do Policealnego Studium Wokalno- -Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej. Tam było inaczej, musicale zagraniczne, piękna nauka zawodu, a potem Teatr Syrena. Jednak pieśń „Już mi minęło szesnaście latek” za mną chodziła. Podczas przygotowań do jednej z rewii dyrektor Korpolewski zapytał, kto zna jakieś pieśni ludowe. Powiedziałam, że znam „Już mi minęło szesnaście latek”, kazał zaśpiewać. Zaśpiewałam i powiedział: „Dobrze, to pani wyjdzie przed kotarę i będzie pani śpiewać tę piosenkę”. A po latach „Już mi minęło szesnaście latek” zaistniało w piosence Analogu „Kolejka po miłość” na pierwszej płycie. Po jakimś czasie, podczas warsztatów pieśni mazurskich z grupą Giżycka Fala, którą współzałożyłam z giżyckimi seniorami, ten utwór znów się pojawił. Jest to pieśń, która towarzyszy mi od czasów Zespołu Pieśni i Tańca „Giżycko”.

Po Analogu była przygoda z Żywiołakiem w jednym z pierwszych składów. Jak trafiłaś do tej formacji?

Byłam w momencie, w którym zastanawiałam się, co dalej. Gdzieś na forum zobaczyłam informację o castingu do zespołu Żywiołak. Pomyślałam: „Sprawdzę, czy będę pasować i czy zespół będzie pasował mnie”. Posłuchałam paru piosenek. Były fajne, miały dużo energii. Na castingu byli Maciek, Robert, drugi Robert. Improwizowaliśmy. Po jakimś czasie zadzwonił do mnie Robert Wasilewski, który przygotowywał wtedy płytę „Globalna wiocha”. Bardzo spodobało mu się to, co zaproponowałam podczas castingu. Nagraliśmy dobrą płytę, zagraliśmy furę koncertów.

Przejdźmy do twojego mazurskiego grania. Płyta „Dusa” nie jest pierwszą taką. Wcześniej były jeszcze inne nagrania.

Tak, „Głos Dawnych Mazurów” to album z wierszami polskojęzycznych mazurskich poetów ludowych, między innymi Michała Kajki, Gotfryda Bendziułły, Samuela Lipki, Adama Jewana. Płyta powstała dzięki programowi „Powróćmy do korzeni”, który przygotowaliśmy z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Program powstał na zamówienie Muzeum Ziemi Piskiej. Mariusz Szczygieł czytał fragmenty z powieści reportażowej Na tropach Smętka, a ja z towarzyszeniem pianisty, Jacka Prokopowicza, śpiewałam wiersze, odszukane w Antologii poezji Warmii i Mazur w opracowaniu Tadeusza Orackiego. Po występie podeszła do mnie kobieta i zapytała, czy gdzieś można kupić płytę z tymi utworami. Już wtedy wiedziałam, że chociaż płyty nie ma, to myśl o niej właśnie się narodziła [śmiech]. Muzeum Ziemi Piskiej, Miasto Giżycko oraz ZAiKS wsparli mnie w kwestii finansów. Swoją drogą, wsparcie otrzymałam również przy „Dusy”. Po jakimś czasie „Głos Dawnych Mazurów” i „Dusa” wyszły w świat, grałam koncerty. Potem coś się przyblokowało. Nic nie mogłam napisać.

Musiałaś odczekać.

Krótkie odczekanie i przekierowanie uwagi. Napisałam scenariusz spektaklu słownoimuzycznego „Mazurska opowieść, czyli jak do szkoły zdawano”. Dostałam stypendium z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Dzięki temu poznałam fenomenalne medium, jakim jest Etnofon.pl – portal, w którym znaleźć można pieśni i wykonawców z całej Polski. Dzięki temu stypendium i współpracy z Instytutem Sztuki PAN mogłam otrzymać kilka autentycznych nagrań pieśni śpiewanych przez ludzi dawnej epoki. Zaczęłam współpracę z Olgą Stopińską, ponieważ chciałam poznać swój naturalny głos. Zależało mi na tym, żeby śpiewać tradycyjne pieśni nieprzerysowanym głosem. Kiedy usłyszałam Olgę na scenie podczas Nowej Tradycji, zatkało mnie, że można w taki sposób zaśpiewać. I trafiłam do niej, żeby nauczyć się takiego śpiewu. Powiedziała: „Monika, szukaj pieśni! Na rower i szukaj ludzi, którzy tak śpiewają”. Nie znalazłam ludzi śpiewających na żywo, ale na taśmie już tak.

Dobre i to.

Dzięki temu powolutku zachwycałam się pieśnią, jej prawdą i dotarłam do punktu, w którym sama napisałam pieśń, była to „Dusa”. Piotr Szatkowski z polskiego przetłumaczył tekst na gwarę mazurską. Nagrałam na dyktafon i wysłałam ją do kolegi z pytaniem, czy nie podjąłby się zaaranżowania tego utworu. Owym kolegą był Rafał Benedek. Zgodził się. Kiedy skończył pracę nad aranżacją, byłam zachwycona. Wiedziałam, że znajdę w sobie siłę, by uruchomić machinę produkcyjną. Znowu moje miasto, Giżycko, Fundacja Wsparcia Nauki i Biznesu, Mazurski Uniwersytet Ludowy, Miasto Ruciane- -Nida, Związek Artystów i Wykonawców STOART, ZAiKS, Muzeum Budownictwa Ludowego, Park Etnograficzny w Olsztynku – wsparli mnie. I dzięki temu można było ten album przygotować. Ukazał się w formie płyty CD, płyty winylowej, a także w serwisach streamingowych.

W „Dusy” dwie rzeczy bardzo mnie ujęły. Pierwszą jest połączenie etnoelektro, a drugą – język mazurski. Teksty są twoje, ale znalazł się też jeden utwór tradycyjny.

Tak, napisałam pieśni i wysłałam je do Piotra Szatkowskiego, który pięknie przetłumaczył teksty utworów na gwarę mazurską. Piotr wcześniej przetłumaczył na mazurski Małego księcia. Później był zaangażowany i współtworzył „Mazurską fiblę”, czyli elementarz po mazursku, coś na wzór elementarza Mariana Falskiego. Utwór tradycyjny to fragment w „Oddichaj”: „Nie po to já spsiéwam, abiśta słiseli, sméntne sérce moje, niech sze rozweseli”. Pochodzi z pieśni „Oryl ci, ja oryl”, którą usłyszałam od pierwszej mazurskiej śpiewaczki, z którą się zetknęłam, pani Katarzyny Gawęckiej z Nowej Wsi Ełckiej. Było to zapewne nagranie z lat 50. XX wieku. Wcześniej nie wiedziałam, że słowo „oryl” oznacza flisaka, człowieka, który spławiał dobra rzekami albo innymi wodami. I na początku myślałam, że to po prostu: „Orał ci ja, orał, marne moje życie”. Na początku pracy z mazurskim nie wyłapywałam takich drobiazgów. Teraz jestem w tym bieglejsza. Moim marzeniem było użycie nagrania archiwalnego, ale wówczas nie wiedziałam, czy jest to możliwe, jak wygląda sytuacja z prawami autorskimi. Więc sama zaśpiewałam ten fragment.

I to chyba była dobra droga.

To była droga, która zapoczątkowała pewne myślenie. Dziś, jeśli chciałabym stworzyć jakieś wydawnictwo, to właśnie poprzez połączenie tradycji archiwalnej z tym, co nowoczesne. I pewnie po to sięgniemy ze współtwórcami.

Udało Ci się namówić do współpracy Sylwię Świątkowską. Jak to się stało?

Kiedyś zobaczyłam Sylwię na koncercie i pomyślałam sobie, że chciałabym z nią coś stworzyć. W ramach grupy, którą bardzo cenię, jest ona jednoosobowym, oddzielnym wszechświatem. Kiedy gra, to gra całą sobą i przestrzenią wokół siebie. Podczas tworzenia „Głosu Dawnych Mazurów” słyszałam ją w tym przedsięwzięciu. Napisałam do niej list, opisałam, jak to widzę. Sylwia odpowiedziała, że to piękna propozycja i chętnie weźmie w niej udział. W przypadku płyty „Dusa” zagrała w pieśni „Set Bóg”. Ostatnio Piotr Szatkowski napisał do mnie, że na mazurskich konkursach recytatorskich, dzieci i młodzież recytują również tekst piosenki „Set Bóg”.

Czy kolejność tych utworów na płycie to przypadek?

Z jednej strony przypadek, a z drugiej nie. Jako pierwsza powstała piosenka… „Dusa”.

To najbardziej nowoczesny utwór na tej płycie, kolejne są już bardziej alternatywne, elektroniczne, etniczne. Album jest bardzo ciekawy pod kątem różnorodności, a jednocześnie spójny.

Aranżacja to dzieło jednego człowieka. Bardzo podoba mi się w twórczości Rafała Benedeka to, jak bawi się muzyką. Myślę, że, układając kolejność utworów, porządkowałam je raczej nastrojem, bardziej muzycznie niż tekstowo, choć album zaczyna się „Dusą” i kończy się „dusą”. W dwunastym utworze pojawia się fragment: „Mogie wzád prziszć, mogie nié, ale dusa pełna je”.

Czy będzie kontynuacja „Dusy”?

W rozmowach z koleżankami i kolegami zastanawialiśmy się czy w ogóle jest sens wydawać fizyczne płyty, skoro większość odbiorców słucha muzyki na platformach streamingowych. Jeszcze tego w sobie nie rozpoznałam. Rozpoczęłam cykl „Wierzby pieśni po duszy”. Pierwszą pieśnią jest utwór „Bliźnij się”. Zaśpiewany po polsku, ale bez zaplecza pieśni mazurskich zapewne nigdy nie zostałby stworzony i wykonany w ten sposób. Drugą pieśnią jest „Choćby”. Te dwa utwory funkcjonują jako „Wierzby pieśni po duszy”. I nie byłoby ich, gdyby nie geniusz aranżera i producenta Rafała Gorączkowskiego. Być może, powolutku, powstanie tyle materiału, by stworzyć maxisingiel.

 

Wywiad został przeprowadzony przez Witta Wilczyńskiego podczas audycji Folkomat w Paśmie Radiowid w Radiu Praga.

Transkrypcja: Maja Ostrowska, Studenckie Koło Naukowe Etnolingwistów UMCS

Opracowanie: Małgorzata Adamczyk

 

Skrót artykułu: 

Monika Wierzbicka to artystka głęboko zakorzeniona w mazurskim folklorze, wokalistka, któej droga od dziecięcych marzeń po etnoelektroniczne eksperymenty jest opowieścią o miłości do muzyki. O pierwszych kontaktach z muzyką i kluczowych momentach, które ukształtowały artystyczną tożsamość opowiedziała w rozmowie z Wittem Wilczyńskim.

fot. K. Trzaskalska

Dział: 

Dodaj komentarz!