
Łukasz Ciemiński jest historykiem sztuki i etnografem, prowadzi Dział Etnografii w Muzeum im. ks. dr. Władysława Łęgi w Grudziądzu. Zajmuje się tematyką sztuki ludowej, plastyki nieprofesjonalnej i cudownych wizerunków. Jest kuratorem wystaw i twórcą warsztatów poświęconych różnym formom pobożności ludowej. Publikuje m.in. w „Twórczości Ludowej”, „Piśmie Folkowym” i na portalu KulturaLudowa.pl. O sztuce ludowej i kulcie świętych rozmawiał z nim Damian Gocół.

Łukasz Ciemiński z Grzegorzem Królem
fot. z arch. Ł. Ciemińskiego
Skąd się wzięło pańskie zamiłowanie do sztuki ludowej?
Było wiele źródeł tego zainteresowania, ale tak naprawdę fascynacja zaczęła się w dzieciństwie. Razem z Mamą chodziliśmy wtedy na kiermasze sztuki ludowej w Muzeum Etnograficznym w Toruniu. Pamiętam do tej pory, jak ten świat barwnej wyobraźni niesamowicie mnie stymulował. Potem zacząłem studia z historii sztuki i na jakiś czas rozstałem się z ludowością. W końcu zatęskniłem jednak za tym, co było moją pierwszą miłością. Jako dziecko chodziłem do pani Elzy – nie pamiętam już, jakie miała nazwisko. Ona była córką dawnej służącej moich dziadków. Zaczytywała się literaturą pobożną. Miała taką książkę, którą mi podarowała – Skarbiec żywotów Świętych Pańskich. To był jakiś przedruk z wydania niemieckiego, jeszcze przedwojenny. Mnie fascynowało to, że były tam ryciny. Każdy święty był ze swoją własną grafiką. Moją wyobraźnią zawładnęło to, że każdy z nich był inny. Pamiętam, że z uporem maniaka przerysowywałem te ryciny do zeszytu. Oczywiście wydawały mi się one objawieniem kunsztu artystycznego. W każdym razie wtedy stopniowo oswajałem się z tą tematyką. Potem, rozpoczynając studia doktoranckie w Katedrze Historii Sztuki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, dostrzegłem palącą potrzebę zaznajomienia studentów z ikonografią chrześcijańską. Moim zdaniem cel takiej edukacji jest praktyczny. Można nabytą wiedzę wykorzystać na rozmaitych obozach inwentaryzatorskich, gdzie studenci czasem byli bezradni. Stali przed wizerunkami świętych, którym nie potrafili przypisać odpowiednich atrybutów. Wtedy zrodził się pomysł na przekazanieim tej wiedzy – ale wszystko zaczęło się od tego Skarbca żywotów Świętych Pańskich. Moja pasja rozwijała się dwutorowo: przez zainteresowanie ludowością i przez warsztat historyka sztuki. Dzięki tym źródłom zobaczyłem, że istnieje bogaty świat twórczości ludowej. Był to jednak ostatni moment, by się z nim zetknąć. Wpadłem na pomysł, żeby zbierać w terenie przykłady tej sztuki. Najcenniejsze są te, które mają metryczkę pochodzenia. Nie muszą być znani ich pierwotni właściciele, ale dobrze, jeżeli spadkobiercy są w stanie coś powiedzieć o wizerunku. To jest dla mnie punktem wyjścia. Sam wizerunek prowadzi do człowieka. Z jakiegoś powodu został przez niego nabyty. Chciałoby się odtworzyć drogę wyborów estetycznych. Funkcjonuje taki mit, że w posiadaniu ludu były głównie tanie fabryczne obrazy. Być może one na etapie produkcji takie były. Zanim trafiały na wieś, przechodziły przez cały łańcuch pośredników, więc stawały się drogie. Istniało nawet zjawisko sprzedaży ratalnej świętych wizerunków. To jest dla mnie niesamowita sfera badawcza. Można przyjąć w stosunku do niej podejście antropologiczne, bo ta forma sztuki jest też opowieścią o człowieku, który z nią obcuje.
Jak dociera pan do potrzebnych informacji? Czy szuka pan informatorów głównie w terenie, czy korzysta z innych źródeł?
Prawdziwą bolączką jest brak informatorów. Niestety, środowisko „ludowe” drastycznie się kurczy. Praca na etacie nie pozwala mi na badania terenowe w tak szerokim zakresie, jak to miało miejsce kiedyś. Na przykład w przypadku tradycyjnego kultu świętych poszukiwanie tropów polskich i ogólnoświatowych sprawia, że konieczne jest gromadzenie na własny użytek fiszek, gdzie wciąż dodaje się kolejne informacje. Mam wrażenie, że nigdy nie wychodzę z pracy. Czujność czy wrażliwość antropologiczna sprawia, że informacje pozyskuje się i w terenie, i z obserwacji. Często jest tak, że poznaje się rzeczy pozornie niezwiązane z tematem i znajduje się istotne tropy. Na przykład czytając o uprawie arbuzów, dowiedziałem się, że w Grecji zwane są „zimowym owocem”, gdyż przechowuje się je aż do Dnia Świętego Błażeja [śmiech]. Ogrom tropów związanych z ludowością jest w równym stopniu frustrujący i fascynujący.
Skoro mówimy o ludowym kulcie świętych, to jak ocenia pan jego żywotność w dzisiejszym społeczeństwie? Nie chodzi mi tylko o klasycznie rozumianą kulturę tradycyjną, ale także funkcjonowanie wyobrażeń religijnych w popkulturze.
Na pewno ten kult nie zaginął. Jest ograniczony, odarty z pierwiastków legendarnych, które dla dawnej hagiografii były niezwykle istotne. Tym, co uderza we współczesnym kulcie świętych, jest swoista moda. Szczególną popularnością cieszą się m.in. ojciec Pio, święty Charbel czy święta Rita. Widoczna jest fascynacja cudotwórcami. Mimo przemian historycznych elementem wspólnym dawnego i współczesnego kultu jest wrażliwość mirakularna. Odchodzi się natomiast od czysto utylitarnego traktowania świętych – jako specjalistów w bardzo wąskiej dziedzinie. Zdecydowanie modni są dziś patroni „pierwszej potrzeby” czy „ostatniego ratunku”, jak ich nazywam. Z powodu takiego zapotrzebowania społecznego aspekt cudowności szczególnie silnie dochodzi do głosu. Oczywiście niezmiennie funkcjonują pewne toposy, wizerunki czy przedmioty, np. róże świętej Rity czy olej świętego Charbela.
Czy widoczny jest w tym zakresie istotny wpływ konsumpcjonizmu? Handel przedmiotami i relikwiami związanymi ze świętymi był obecny także w dawnej kulturze.
Wydaje mi się, że nic nowego pod słońcem. Współcześnie mamy większą dostępność literatury, więc nic nie stałoby na przeszkodzie, żeby kult rozwijał się w oparciu o prawdę historyczną, o źródła archiwalne. Cały czas dla ludzi istotny jest jednak aspekt skuteczności świętego. Ważna była i jest swoista rekomendacja kultu. Jeśli dla kogoś święty okazał się przydatny, to zostaje polecony. Zmieniają się tylko kanały przenikania informacji. Mamy do czynienia może nie tyle z oralnością, tylko z jakąś quasi-oralnością współczesnych form komunikacji. Mimo obecności czynnika wirtualnego dawne mechanizmy przekazu są trwałe.
Zainteresowanie tematyką tradycyjnej pobożności wiąże się w pana przypadku z badaniami sztuki ludowej. Czym się one współcześnie charakteryzują? Czy możemy dziś jeszcze mówić o funkcjonującej sztuce ludowej?
Nie byłbym takim pesymistą jak Antoni Kroh, który już w latach 90. XX wieku powiedział, że sztuka ludowa się skończyła. Wydaje mi się, że udało nam się utrzymać ją przy życiu w różnych fazach, czasami agonalnych, przez kolejnych trzydzieści lat. Sytuacja obecnie wygląda bardzo źle – przede wszystkim w zakresie rzeźby ludowej, która zaczyna zanikać. Twórcy umierają, nie pojawiają się kontynuatorzy. Kondycja tej dziedziny jest rzeczywiście kiepska. Jak to się przekłada na kult świętych? Na podstawie własnych obserwacji dochodzę do wniosku, że komercjalizacja sztuki ludowej wpłynęła na zanik pewnych tematów. Z przerażeniem patrzę na ofertę wytwórców, którzy prezentują swoje artefakty na rozmaitych kiermaszach. Dominujące są przedstawienia anielskie, bo to jest towar, który się dobrze sprzedaje. Tymczasem w dawnej pobożności typu ludowego angelologia nie odgrywała aż tak istotnej roli. Kiedyś bardzo rozbudowana była demonologia. Niewielką uwagę poświęcano aniołom stróżom czy świętemu Michałowi Archaniołowi. Natomiast dziś nastąpił prawdziwy wysyp postaci anielskich. Jest on na pewno związany ze współczesnymi trendami. Coraz rzadziej można spotkać klasyczne wizerunki świętych, które odwołują się do języka dawnej rzeźby tradycyjnej. Czy zatem można mówić o funkcjonującej sztuce ludowej? Na pewno działa jakaś jej forma neoludowa. Ona w nowych realiach historycznych i na podstawie nowych doświadczeń odwołuje się w jakiś sposób do języka sztuki ludowej. Byłoby świetnie, gdyby czyniła to mądrze, wchodziła w dialog z tą dawną sztuką, tworząc jakość nową, ale spójną z tradycją.
Czy do sztuki neoludowej przenikają wzory komercyjne czy czerpane z kultury masowej, które zastępują motywy tradycyjne?
Tak, rzeczywiście się tak dzieje. Nie wydaje mi się to niczym strasznym, jeśli chodzi o inspiracje formalne czy ikonograficzne. Sam przyłapałem „na gorącym uczynku” twórców, których rzeźby były wyraźnie inspirowane dewocjonaliami produkowanymi w Chinach. Musimy się z tym pogodzić, tak jak badacze dawnej sztuki ludowej, którzy mieli świadomość, że obrazy fabryczne, oleodruki, chromolitografie wpłynęły na twórczość artystów z wiejskiego środowiska. To nie jest nic złego. Odwołujemy się cały czas do kategorii „dzieła” ortodoksyjnego, czyli zatwierdzonego w kulcie przez Kościół, do którego się aspiruje. Gotowe, fabryczne dewocjonalia zawsze w jakiś sposób wpływały na twórców jako sprawdzone źródła. Dziś pojawiają się też tematy, które czerpane są z kultury masowej. Znałem twórcę, który rzeźbił koszykarzy i futbolistów. Ktoś inny stworzył wizerunek Gandalfa, kolejny artysta – Harry’ego Pottera [śmiech]. Takie zapotrzebowanie się pojawiło. Mimo wszystko uważam, że twórcy starają się jeszcze trzymać dawnych tematów, choć w zdecydowanie bardziej ograniczonej skali niż kiedyś. Formy tradycyjne to taki czynnik, który wiąże ich z ludowością. Dzięki temu zyskują zainteresowanie tych, którzy chcą zakupić takie dzieła. Niekoniecznie jest to coś, co trafia tylko do kolekcjonerów, ale też do ludzi, dla których ludowość jest atrakcyjna.
Jeżeli mówimy o sztuce ludowej czy neoludowej, to co może być dla laika sygnałem jej ludowości? Co decyduje o takiej klasyfikacji?
Kryteria są niejasne. Nic zatem dziwnego, że publikacja Ewy Klekot Kłopoty ze sztuką ludową tak naprawdę nie rozstrzyga, co sztuką ludową jest [śmiech], tylko prezentuje dzieje problemów z nią związanych, które mamy po dziś dzień. Będąc jurorem w konkursach na takie formy, zwracałem uwagę na pewnego rodzaju opatrzenie artystów z dawnymi rzeźbami i obrazami. Kluczowe jest to, na ile podejmuje się dialog z tradycją, zachowując własną ekspresję. W sposób formalny, techniczny czy technologiczny nawiązujemy kontakt z dawnymi wzorami. Najbardziej czytelne będzie to w wypadku garncarstwa czy tkactwa. W sztuce ludowej jednoznaczna ocena będzie dość trudna, jednak myślę, że jest to jedyny sposób, który na nią pozwala.
Czy możemy w tej sztuce mówić o pewnej sukcesji form czy przejmowaniu ich od mistrzów?
Przez wieki tak to funkcjonowało. Zawsze następowała transmisja wiedzy. Profesor Roman Reinfuss podkreślał, że sztuka ludowa – przy całej swojej ograniczoności środków, także warsztatowych czy materiałowych – była aspirująca do tego, co się widziało w kościołach. Efekt to była fuzja inspiracji i możliwości. Ta ograniczoność środków sprawiała, że dzieła zyskiwały na ekspresji. Dochodziło do syntetyzacji form, często nieuświadomionej. To stanowiło o sile tej sztuki. Były w niej obecne wspomniane inspiracje, ale transmisja wiedzy następowała też w relacji mistrz–uczeń. To oczywiste, nie obrażamy się na tych twórców, którzy przejmują sposób rzeźbienia po swoich dziadkach czy rodzicach.

Badania terenowe w Skępem
fot. z arch. Ł. Ciemińskiego
Czy połączenie warsztatu historyka sztuki i etnografa pozwala wnieść do pana działań nową jakość badawczą? Czy takie skrzyżowanie dyscyplin jest częste?
Odpowiedziałbym biblijnie – nikt nie jest sędzią we własnej sprawie [śmiech]. W praktyce jest to świetna fuzja, kiedy chcemy zajmować się sztuką ludową. Jest taki problem z twórczością nieprofesjonalną, że ona funkcjonuje w obu środowiskach jak „gorący ziemniak”. Historycy sztuki nie chcą się tym często zajmować. Zostawiają ten temat etnografom. Ci z kolei nie mają warsztatu historyka sztuki. Nie zgadzam się ze zdaniem już nieżyjącego prof. Aleksandra Jackowskiego, że ludowe jest to, co ogół etnografów uzna za ludowe. Mam nadzieję, że po prostu mówił to z przekąsem. Wydaje mi się, że istnieją cechy formalne, pozwalające nam weryfikować, czy coś jest sztuką neoludową, czy tylko jakąś próbą strojenia min, blagą schlebiającą popularnym gustom. Te cechy możemy wskazać dzięki studiom historyczno–artystycznym. Z doświadczenia wiem, że to bardzo pomaga. Dobrze byłoby zaproponować etnografom pogłębienie studiów historyczno-artystycznych, żeby dać im aparat badawczy do zajmowania się tą sferą. Mogłoby się wtedy okazać, że to, co zostało kiedyś zaklasyfikowane jako sztuka ludowa, nie ma z nią wiele wspólnego.
Jakie ma pan plany na przyszłość?
Planów jest cała masa. W Muzeum im. ks. dr. Władysława Łęgi w Grudziądzu otwieramy kolejny oddział – Muzeum Handlu Wiślanego. To etnograficzna opowieść o rzece jako szlaku handlowym i o człowieku, który z tego szlaku żył i korzystał. Kontynuuję cykl gawęd Święci z wiejskiego podwórka dla portalu KulturaLudowa.pl i esejów dla „Pisma Folkowego”. W Grudziądzu przygotowujemy wystawę o miejscowych Żydach. Jest to próba upamiętnienia tej społeczności w naszym mieście. W dalszej perspektywie jest oczywiście przedstawienie kolejnych grup wyznaniowych czy etnicznych, żeby zbudować obraz wielokulturowego miejsca. Jeśli chodzi o kult świętych, to z racji tego, że UNESCO ogłosiło rok 2023 m.in. rokiem Teresy z Lisieux, marzy mi się stworzenie dużej wystawy, która poświęcona byłaby fenomenowi popularności tej postaci. Mam nadzieję, że środki finansowe pozwolą także na wystawę prezentującą temat kultu Matki Boskiej Chełmińskiej, która dla ziemi chełmińskiej, gdzie mieszkam, była jednym z najważniejszych wizerunków kultowych.
Mam nadzieję, że wszystkie zamierzenia uda się zrealizować. Dziękuję za rozmowę.
Transkrypcja: Julia Małyska
Łukasz Ciemiński jest historykiem sztuki i etnografem, prowadzi Dział Etnografii w Muzeum im. ks. dr. Władysława Łęgi w Grudziądzu. Zajmuje się tematyką sztuki ludowej, plastyki nieprofesjonalnej i cudownych wizerunków. Jest kuratorem wystaw i twórcą warsztatów poświęconych różnym formom pobożności ludowej. Publikuje m.in. w „Twórczości Ludowej”, „Piśmie Folkowym” i na portalu KulturaLudowa.pl. O sztuce ludowej i kulcie świętych rozmawiał z nim Damian Gocół.