
Czy skanseny to muzea etnograficzne? A czy muzea etnograficzne to skanseny dawnej, kolonialnej wizji świata – funkcjonującej w społeczeństwie, a więc również w nauce? Co robią te ogromne, imponujące i przepiękne budynki, w których poustawiane są przedmioty codziennego użytku sprzed 100 lat, tuż obok naczyń wciąż używanych w niektórych miejscach w Polsce? Co robią we współczesnym świecie, który, przynajmniej teoretycznie, stara się zerwać z tradycją intelektualną dzielącą świat na centra i peryferie – w którym to podziale Europa i miasto będą zawsze w centrum i zawsze z mocą sprawczą, pozwalającą na postawienie kogoś Innego na półce?
Wydaje się, że sprawa nie jest tak jednoznaczna. Muzea etnograficzne są jedną z czołowych reprezentacji tej ważnej przecież nauki, którą jest etnologia i antropologia kulturowa. A skoro dziedzina się zmienia – wraz z nią metamorfozę muszą przejść opowiadające o niej przestrzenie. W końcu same w sobie stanowią niesamowitą szansę na opowiedzenie o płaszczyznach krytycznych badań społecznych i przemianach, które badania te przeszły.
Co ty właściwie studiujesz? To pytanie mrozi krew w żyłach każdej znanej mi etnolożki i etnologa. Najpierw trzeba dokonać szybkiego wyboru pomiędzy etno i antropo – odpowiedź, że etnologię i antropologię kulturową, a właściwie społeczną, to jest dużo za dużo: nasz rozmówca zapewne zaciął się na pierwszym członie, jak zrobiłaby każda normalna osoba. Potem padają pytania. Właściwie jedno pytanie, które zależnie od osoby ma inne zakończenie i skalę pomyłek. Ach! To to z drzewami / glebą / rybami / antykami (???). Co gorsza, taka ewentualność jest właściwie pożądana, bo o niebo przyjemniejsza od przypadków, kiedy kojarzonym jest się z antropologią fizyczną i psychopatami mierzącymi ludziom czaszki linijką.
Zdaje się, że nikt w przestrzeni publicznej nie wie, czym jest antropologia, a w razie niepokojów społecznych zwraca się do socjologa albo, co gorsza, do niesocjologa, żeby wspólnie z nim wyciągnąć wnioski z jakichś danych ilościowych umieszczonych w jakiejś tabelce. Nie jest to najprzyjemniejszy los naukowca, ale nasza dyscyplina w pewnym stopniu sobie na to zapracowała: winami przeszłości, brakiem uporczywej popularyzacji i długą nazwą.
Wydawałoby się, że najlepszą radą na ten stan rzeczy są muzea. Ivan Gaskell postulował, żeby nie tylko reprezentowały konkretne interesy, nie tylko pomnażały i popularyzowały wiedzę, ale też stawały się generatorami wielkich idei. „Wielkie idee” w tym wypadku oznaczać mają koncepcje, które przedstawiałyby nauce i światu podstawowe pytania, udzielały na nie butnych odpowiedzi, a w konsekwencji prowadziły do epistemologicznych przemian rzeczywistości.
Muzea etnograficzne powstawały jako próba pokazania uprzywilejowanej publiczności fragmentów pozaeuropejskich kultur, małych, odległych społeczności i egzotycznych środowisk naturalnych. Na wystawach przedstawiano elementy kultury materialnej związane z dalekimi obrzędami i zwyczajami, pochodzące ze skolonizowanych terenów Afryki, Azji i Pacyfiku. Pod koniec XIX wieku świat, zmieniający się pod względem politycznym i kulturowym, zaczął poszukiwać katalogowania i bardziej szczegółowego opracowywania pozyskanych zbiorów i ekspozycji. Ewolucjonistyczne podejście, przede wszystkim anglosaskich, myślicieli poszukiwało w podbijanych społecznościach stadialnych procesów zmian i rozwoju kultury.
Z czasem zastąpione zostało ono przez koncepcje szkoły kulturowo-historycznej. Reprezentowane były one głównie przez myśl antropologiczną z Austrii i Niemiec, skupiającą się na przedstawianiu różnic i przemian kulturowych poszczególnych grup plemiennych. Towarzyszące jej muzealnictwo starało się więc rekonstruować przeszłość badanych, orientalizowanych, grup społecznych, na podstawie zbioru różnych, pozyskanych w trakcie badań, przedmiotów.
Z czasem postrzeganie świata poprzez soczewkę sieci zapożyczeń i podobieństw kulturowych zostało odsunięte na bok przez prymat funkcjonalizmu, równie chętnie przyjęty w muzeach etnograficznych. Stworzył on perspektywę widzenia zgromadzonych artefaktów opierającą się na sposobie ich funkcjonowania, miejscu pochodzenia i lokalnym znaczeniu symbolicznym.
Jak łatwo można zgadnąć, znając pobieżnie historię etnografii, funkcjonalistyczne urządzenie muzeów zastąpione zostało po wojnie podejściem strukturalistycznym, które dla odmiany apelowało o konieczność analizy struktur społeczeństw, pozwalającą na interpretowanie kultury poprzez działające w niej systemy, oparte na pierwotnych przeciwieństwach i odwiecznych wyobrażeniach. To z kolei przełożyło się na reorganizację według nowych wytycznych konceptualizacji Innego i tego, jak przedstawiać należy jego świat.
Mechanizm jest więc dość prosty. Nowe myśli o tym, jak myśleć, przekładają się na generalne myślenie o tym, jak poustawiać eksponaty na półkach, skąd brać nowe i jakie kolejne wystawy z tego wszystkiego wymyśleć. Muzealnictwo czerpie z nauki, a jednocześnie uczestniczy w nadawaniu jej kształtu.
Tylko gdzie w tym wszystkim współczesna antropologia? Taka, w której badacz szuka Innego w społeczeństwach, z których się wywodzi, a dużo bardziej niż samą odmiennością, zainteresowany jest mechanizmami jej wytwarzania. Opisująca nierówności społeczne i obnażająca mechanizmy władzy.
Barbara Bazielich w artykule Zbiory i muzea etnograficzne wobec wyzwań współczesnej Europy opowiada, że w Museum für Deutsche Volkskunde w Berlinie widniał napis: „Man sieht nur man weiss” co oznacza: widzi się to, o czym się wie. Muzea etnograficzne, podążając za zmieniającą się antropologią, muszą chyba aspirować do bycia medium, które właśnie ten stan wiedzy powszechnej kształtuje.
Jednak współcześnie wiele stałych wystaw w muzeach etnograficznych wydaje się nie spełniać w satysfakcjonującym stopniu tego zadania. Wikipedia nie udziela nawet jasnej odpowiedzi na pytanie o wykaz takich placówek w Polsce – zaliczając do nich również skanseny i „muzea podróżnicze”. Zresztą są to kategorie znacznie bardziej przystające do tego, co czasem w takim muzeum etnograficznym można spotkać – obok, co istotne, bardzo ciekawych i aktualnych społecznie antropologicznych wystaw czasowych.
Na przykład wystawa „Dzieciństwo” w Muzeum Etnograficznym w Warszawie stworzona pod kuratelą Małgorzaty Kuneckiej i Agnieszki Grabowskiej opowiada przekrojowo o pokoleniowych zmianach w doświadczaniu dzieciństwa. Co ważne, zawiera ona fragmenty badań zespołu badawczego Magdaleny Radkowskiej-Walkowicz – pozwala na odsłuchanie wycinków nagrań z wywiadów, a całość przedstawiana jest właśnie w kontekście współdziałania z badaczkami. Tak jak na antropologię kulturową przystało, poprzez soczewkę szczegółu i przeszłości opisuje i analizuje współczesność.
Ten niesamowity projekt otwarty jest tuż obok wystawy stałej „Afrykańskie wyprawy, azjatyckie drogi” składającej się z galerii afrykańskiej i azjatyckiej. Te dwie sale teoretycznie zamykają w sobie dwa ogromne i zróżnicowane kontynenty, zamieszkałe przez różnorodne narody, z odmienną historią i kulturą. Pomieszczenia nie starają się oddać ani opowiedzieć o tej złożoności. Zamiast tego faktycznie skupiają się na pokazywanych w gablotach dzidach, skórach, maskach czarowników i koronach królów, z różnych losowych części tego lądu.
Na przeciwnym biegunie plasuje się wystawa, otwarta w Muzeum Etnograficznym w Krakowie od 16.10.2020 do 31.12.2021, „Syberia. Głosy z Północy” i wzbogacona cyklem spotkań „Syberia. Dopowiedzenia”. Andrzej Dybczak, Jacek Kukuczka, Anna Zabdyrska i Magdalena Zych pokazali szerokiej publiczności obecne w magazynach od dziesięcioleci zbiory syberyjskie, opatrując je tym, co w antropologii najważniejsze – opowieściami osób z dotyczącej wystawy przestrzeni. Całość poprzedzona została badaniami etnograficznymi, dzięki którym wiedza na temat kolekcji była reinterpretowana i przepisywana, przenosząc środek ciężkości z interpretacji badaczy na narracje rozmówców. Co bardzo ważne, wystawie towarzyszyło zastrzeżenie, żeby nie powiększać postkolonialnej kolekcji syberyjskiej muzeum – tylko w wielogłosowy sposób przedstawić to, co już na niej jest.
Wydarzenie to było rzadkością, wymagało grantu i wielkiego zaangażowania badaczy. Obecnie, odwiedzając muzeum etnograficzne, dużo łatwiej natknąć się na orientalizm niż na jego postmodernistyczną krytykę.
Mój ulubiony głupi film, „Niania w Nowym Jorku”, opowiada o dziewczynie pracującej jako niania na Manhattanie i w ramach aplikacji na doktorat z antropologii orientalizującej badającej swoich absurdalnie bogatych pracodawców. Punktem wyjścia filmu jest Muzeum Historii Naturalnej, w którym bohaterka omawia różne sposoby wychowywania dzieci; pokazując po kolei wystawy odtwarzające codzienność z Samoa, Amazonii i właśnie górnego Manhattanu. Kontekst jest satyryczny, ale to taka satyra, która się z przywar, nie z osób natrząsa. Dekolonizacja etnografii to proces, który trwa kilkadziesiąt lat, a obecnie jest właściwie jednym z podstawowych paradygmatów tej dziedziny. Wydaje mi się, że aby antropologia przestała być powszechnie kojarzona z czymś związanym z linijkami / czaszkami / dzidami / psem / wydrą / świdrem, ta wielka teoretyczna i metodologiczna zmiana musi zamieszkać na stałe również w polskich muzeach etnograficznych.
Aniela Bocheńska
Czy skanseny to muzea etnograficzne? A czy muzea etnograficzne to skanseny dawnej, kolonialnej wizji świata – funkcjonującej w społeczeństwie, a więc również w nauce? Co robią te ogromne, imponujące i przepiękne budynki, w których poustawiane są przedmioty codziennego użytku sprzed 100 lat, tuż obok naczyń wciąż używanych w niektórych miejscach w Polsce? Co robią we współczesnym świecie, który, przynajmniej teoretycznie, stara się zerwać z tradycją intelektualną dzielącą świat na centra i peryferie – w którym to podziale Europa i miasto będą zawsze w centrum i zawsze z mocą sprawczą, pozwalającą na postawienie kogoś Innego na półce?
fot. Ł. Brodowicz: Wystawa „Muzeum, a po co?”, Muzeum Azji i Pacyfiku