Byłoby nieźle razem popracować

[folk a sprawa polska]

„[…] Wpadli mi w ucho. Im też podobał się nasz koncert, więc pomyśleliśmy, że byłoby nieźle razem popracować. To było piekielnie trudne dla nas doświadczenie, bo żeby wspólnie grać, musieliśmy poznać od podstaw ich muzyczny alfabet. Ale kiedy w końcu nauczyliśmy się jego reguł, to naprawdę był czad” – opowiadał w książce Voo Voo. Dzień dobry wieczór Wojciech Waglewski o współpracy swojego zespołu z ukraińską formacją Haydamaky.

Tak, najbardziej fascynujące we współpracy dwóch (odległych sobie wcześniej) grup jest właśnie konieczność wyjścia poza własny język, poza własną strefę bezpieczeństwa i (artystycznego) komfortu. Warto jednak to robić także dlatego, że często dzieją się wówczas rzeczy niezwyczajne i poszerza to horyzonty, pole poszukiwań, otwiera na świat – zarówno muzyków, jak i ich słuchaczy.

Wydaje się, że warunkiem powodzenia takiego przedsięwzięcia jest wyraziście zdefiniowany i ugruntowany własny styl, ale też gotowość do eksperymentu, do wyjścia naprzeciw odmiennej estetyce, innej tradycji. Piszę o tym dlatego, że ciekawym jest fakt, iż ta metoda czy sposób działania stosunkowo często powraca w dokonaniach zespołów folkowych. I przynosi – właśnie – nietuzinkowe efekty artystyczne. O artystach ze świata można by w tym kontekście napisać całą książkę. Albo kilka. Wspomnijmy więc choćby pokrótce, że takie kooperacje znakomicie udają się również (także całkiem współcześnie) polskim artystom folkowym.

Na początku lipca w stolicy Małopolski podczas festiwalu EtnoKraków/Rozstaje usłyszałem świetny koncert zespołu Sutari i szwedzkiego Fränder. To był klasyczny przykład zarysowanego powyżej wspólnego przedsięwzięcia/projektu dwóch grup z różnych stron Europy, które współtworzą coś ekscytującego. Warto by o tym nieco więcej napisać, gdyby nie fakt, że miesiąc później ukazuje się płyta – rewelacyjna – którą członkinie Sutari zrealizowały (tym razem) wspólnie z muzykami tria Bastarda. No tak, przecież wystąpili również razem podczas Nowej Tradycji. Swoją drogą Sutari ma szczególny dar odnajdywania się (i niegubienia się!) w tego typu przygodach, czego współpraca z grupą Hańba! przed paroma laty jest kolejnym znakomitym potwierdzeniem.

Bastardę oczywiście trudno uznać za klasyczny „folkowy” zespół, niemniej jestem przekonany, że warto mieć w żywej pamięci wspaniałe własne płyty tria (na różny sposób interpretujące spotkanie współczesnych artystów z tradycją/przeszłością). Żywiołem grupy są – niezwykle owocne – wspólne koncerty i nagrania z innymi zespołami: przed Sutari były to na przykład Chór Uniwersytetu SWPS (a płytowa realizacja tego spotkania przyniosła drugie miejsce w konkursie na Folkowy Fonogram Roku 2021) czy zgoła niefolkowy Holland Baroque, z którym album był świetny, a koncerty fenomenalne. Nie ma więc wątpliwości, że są artyści predestynowani do tego typu spotkań – tacy, którzy poza tym, że potrafią grać, mają też w sobie jakiś szczególny gen otwartości na innych i gotowości do tego, by z takiego spotkania wynieść dwieście procent możliwych artystycznych owoców.

Oczywiście, sceptyk powiedziałby – na przykład – że to ucieczka przed brakiem własnych pomysłów. Nie zawsze jednak warto słuchać sceptyków. Często tego typu muzyczne projekty są właśnie dowodem odwagi, myślenia wbrew schematom – i przynoszą artystyczne spełnienie. Takich pasjonujących przykładów jest przecież bowiem znacznie więcej, niż wcześniej wspomniałem. Ograniczmy się do kilku. Niedawno ukazała się najnowsza płyta zespołu Czeremszyna, zrealizowana wspólnie z węgierską grupą Cimbaliband, będąca również piękną lekcją takiej owocnej współpracy. Oczywiście, warto pamiętać, że Czeremszyna ma za sobą już wspólne dokonania z Todarem czy Horpyną. Skoro o węgierskich wątkach mowa, to trzeba wspomnieć o grupie Volosi i jej znakomitym albumie zrealizowanym z Felixem Lajko. A Orkiestra Św. Mikołaja? Podarowała nam niedawno interesującą koncertową płytę. Ale tu wspomnijmy, że przed laty nagrywała z samym Romanem Kumłykiem, a w planach ma przecież wspólny krążek z ukraińską grupą Joryj Kłoc. Członkowie tej ostatniej podczas koncertów (tak było przynajmniej na Rozstajach) zapowiadają krążek, opowiadając o współpracy z legendą polskiego folku.

Gdyby zresztą sięgnąć do historii i dokonań innych klasyków gatunku, to przykładów znaleźlibyśmy jeszcze więcej. Chyba każdy sympatyk muzyki folkowej zna wspólne dokonania Trebuniów-Tutków z Twinkle Brothers, a także z gruzińskim zespołem Urmuli. Ale przecież Trebunie współpracowali też m.in. z grupami Voo Voo czy Daab. Kapela Ze Wsi Warszawa nagrywała ze szwedzką Hedningarną, z Kayhanem Kalhorem, z Mercedes Sosą. A członkowie Kroke? Lista ich kooperacji jest nie mniej imponująca: Nigel Kennedy, Urna Chachar, Tindra, Maja Sikorowska, Edyta Geppert. Oczywiście, nie wszyscy wspomniani „kooperanci” to artyści folkowi. No, ale czy artystyczne powodzenie muzycznego przedsięwzięcia musi warunkować obecność dwóch stron kojarzonych czy określanych jako „folkowe”? Uważam, że nie.

Ten skromny tekst nie pretenduje do tego, by być szczegółowym opisem tematu, służy jedynie ukazaniu interesującego zjawiska, które w sposób oczywisty ubarwia i wzbogaca polską scenę muzyczną.

 

Tomasz Janas

 

Sugerowane cytowanie: T. Janas, Byłoby nieźle razem popracować, "Pismo Folkowe" 2022, nr 161 (4), s. 21.

Skrót artykułu: 

„[…] Wpadli mi w ucho. Im też podobał się nasz koncert, więc pomyśleliśmy, że byłoby nieźle razem popracować. To było piekielnie trudne dla nas doświadczenie, bo żeby wspólnie grać, musieliśmy poznać od podstaw ich muzyczny alfabet. Ale kiedy w końcu nauczyliśmy się jego reguł, to naprawdę był czad” – opowiadał w książce Voo Voo. Dzień dobry wieczór Wojciech Waglewski o współpracy swojego zespołu z ukraińską formacją Haydamaky.

Autor: 
Dział: 

Dodaj komentarz!