
Nie obrażali się specjalnie i ludowi twórcy, kiedy na Kurpiach zwano ich „bogorobami”. Tworzyli przecież wizerunki pierwszej potrzeby, a była to robota (nie pozbawiona przecież niekwestionowanych walorów artystycznych) jak każda inna. Pracować musieli wszyscy i marny byłby to artysta, który chciałby tworzyć sztukę dla samej sztuki. Nie mógłby liczyć na szacunek społeczności. Tworzenie wizerunków świętych także nie wywoływało konfliktu sumienia. Powtarzana po wielokroć, w różnych wariantach i z różnymi nazwiskami artystów ludowych anegdota mówi, że po wyrzeźbieniu postaci Chrystusa miał twórca postawić świątka przed sobą i rzec: „Panie Boże, Tyś mnie stworzył, ja Cię wyrzeźbiłem i jesteśmy kwita”! Zatem, opierając się na przesłankach teologicznych i anegdotycznych, stwierdzamy – „bogorób” jest równy w czci i poszanowaniu co bednarz, kowal, a jego praca, jeśli wykonana sumiennie, nie tylko nie sprzeciwia się Boskim prawom, ale i stanowi ich wypełnienie – „odtąd będziesz pracował w pocie czoła”!
Sztuki przez nas zwanej ludową nikt wówczas nie postrzegał jako sztuki, bo przecież nie bardzo potrafił wyjaśnić, czym ona jest. Uprawianie rzeźby, malarstwa stanowiło uzupełnienie codziennych prac na roli, a wizerunek świętego był równie potrzebny co nowy garniec. Może jedynie artyści zrzeszeni w cechach mogli pozwolić sobie na to, by zajmować się tylko działalnością artystyczną, ale i tu praca była zorganizowana jak w dobrym warsztacie rękodzielniczym. W przypadku jednych i drugich ważne było, by robota została wykonana prawidłowo i uczciwie wyceniona, a święty przypominał świętego – najlepiej tego z wysokości ołtarza! Zdarzali się i artyści osobni, którzy tworzyli z potrzeby serca, na uboczu. Z czasem jednak i rzeźbiący wotywne kapliczki Józef Sobota, i Wojciech Oleksy z Paszyna stali się uznanymi artystami, których prace rozchodziły się po Europie – po dziś dzień stanowiąc przedmiot kolekcjonerskiego pożądania. Nie ma tu miejsca na żadne ludoznawcze mitologie i nie ma co się na ten stan rzeczy obrażać. Robota równa się zapłacie, nawet jeśli na warsztat bierze się sprawy Boskie!
Na tak zarysowanym tle można przedstawić twórczość kurpiowskiego „bogoroba” Jana Rogińskiego. Urodzony w 1953 roku w Jankowie-Młodzianowie, nieopodal Nowogrodu, prowadzi gospodarstwo rolne, a w chwilach wolnych od pracy oddaje się rzeźbiarskiej pasji. Jest tu kontynuatorem tradycji rodzinnych, które zapoczątkował ceniony kurpiowski rzeźbiarz ludowy Konstanty Chojnowski – prywatnie dziadek artysty. Postać niezwykle ciekawa i barwna, powszechnie szanowana za umiejętności, wiedzę i bycie światłym człowiekiem – wszystko to, co w ocenie lokalnej społeczności świadczyło o prawdziwym kunszcie. A Chojnowski rzeźbił i Frasobliwych, i „Pasyje” – jak zwie się na Kurpiach wizerunki Ukrzyżowanego, ale też tworzył meble, w których sporo było obserwacji natury w ornamentyce i inspiracji „Szwarcwaldami” – dawnymi zegarami oraz specyficznym stylem, który przyprawiłby o ból głowy etnograficznego purystę. Z tym faktem, jako miłośnicy sztuki ludowej, także musimy się zmierzyć. Zdarzało mi się spotykać twórców, którzy zapełniali swoje salony rzeźbionymi przez siebie neobarokowymi meblami, na półkach meblościanki na wysoki połysk ustawiali równie błyszczące jelenie i rzeźby bohaterów narodowych, a przy tym bez cienia krępacji twierdzili, że potrafią rzeźbić i „na ludowo” – głównie na kiermasze, jarmarki i dla kolekcjonerów z Polski i zza granicy. Czy to przejaw braku artystycznej uczciwości? Bardziej może po prostu umiejętność przyjęcia konkretnej estetyki, w jakiej tworzy się dla tych, którzy gotowi są za to zapłacić. Robota równa się zapłata – musimy to przyjąć z całym bagażem ludowego oglądu świata i moralności.
Rogiński jest jednak umiejętnym kontynuatorem kurpiowskich tradycji rzeźbiarskich. Podejmuje tematy silnie zakorzenione w ikonosferze i estetyce regionu. Dziełem chętnie kupowanym, a zatem powielanym w nieskończoność, jest wizerunek Chrystusa Frasobliwego – ikoniczny, jak wiemy, dla polskiej rzeźby ludowej. Spod dłuta Jana Rogińskiego wychodzą rzeźby Chrystusa właściwe modelowi obrazowania spotykanemu na Kurpiach, który wyróżnia i odróżnia od innych regionów etnograficznych długa tunika przepasana w pasie. Ten typowo kurpiowski zafrasowany Zbawiciel stał się wizytówką jego sztuki, ale wyraża, jak sądzę, wybory estetyczne artysty, skoro zdobi jego balkon i wita przyjeżdżających gości. Taki Chrystus Stróż, pod którego figurką zwaną tu „osóbką” lub „osobą” (i te określenia zastrzeżone były jedynie dla wizerunków sakralnych) przechowywano pieniądze i cenne dokumenty. A kiedy ze swoich obowiązków się nie wywiązał, potrafiono karać i za niewykonanie roboty, i za próżniaczy żywot pędzony pod użyczoną mu strzechą. Frasobliwy Rogińskiego potrafi być słusznych rozmiarów i zupełnie niewielki. Artysta może go pokryć polichromią – zdecydowaną, bez żadnych kolorystycznych niuansów. Złocenia są tu żółcieniami, biel kontrastowana z czerwienią daje jasny komunikat – ta sztuka jest jak znak drogowy – nie ma co z nią dyskutować, trzeba ją przyjąć właśnie taką, inna nie będzie! Większość rzeźb Rogińskiego pozostaje jednak bez polichromii – rzeźbione są z dostępnego materiału – olchy, czasem lipy. Choć na Kurpiach zwano figury świętych i „wierzbami”, to jednak z tego materiału nasz twórca nie korzysta. Po raz kolejny zdumiewa swoista niekonsekwencja kultury tradycyjnej, która w demonicznym drzewie zaklina świętość. A może nie ma w tym nic dziwnego, może to taki rzeźbiony egzorcyzm?
Kolejnym motywem chętnie podejmowanym przez Jana Rogińskiego jest „Pasyja” – Krucyfiks z umieszczonymi po bokach adorującymi aniołami. Wszystko to połączone na kołki, zgodnie z zasadami prawdziwejciesiołki. Artysta opanował ją do perfekcji i, patrząc na jego krzyże, można z emfazą użyć łacińskiej maksymy „Stat Crux dum volvitur orbis!” – „Świat przemija, a krzyż trwa”! Dzięki Rogińskiemu i jego kurpiowskim krzyżom trwają jeszcze jakieś ostańce świata, który w wyniku przemian społecznych, gospodarczych i kulturowych bez cienia litości spychany jest w otchłań zapomnienia. Coraz trudniej spotkać na Kurpiach ludowych rzeźbiarzy. Do Rogińskiego częściej przyjeżdżają etnografowie i kolekcjonerzy niż mieszkańcy okolicznych wsi. Nic nowego w zjawisku plastyki neoludowej, chciałoby się jednak, by znaleźli się kontynuatorzy, którzy zachowają w swoich dziełach pamięć o dawnej chłopskiej estetyce.
W stopniu umiarkowanym lubię rzeźby powstające w nurcie „jak to drzewiej bywało”. Zapewne dlatego, że wielu realizacjom blisko do folklorystycznej wizji „chaty rozśpiewanej”, która bardziej bazuje na micie niż świadomości brutalnych realiów wiejskiego życia. Rozumiem, że mogą posiadać walor edukacyjny, ekspozycyjny, być pewnego rodzaju zapisem. I tak jest z pracami kurpiowskiego „bogoroba”, który potrafi powoływać do życia zwykłych śmiertelników. Świat dawnej wsi Rogiński utrwala w swoich rzeźbach z dużą starannością i zmysłem bacznej obserwacji. Zapewne dlatego, że sam jest jego częścią. Pracując w rodzinnym gospodarstwie od dziecka, pamięta wieś sprzed okresu automatyzacji. W korpusie jego prac pojawiają się żniwiarze, siewcy, ale i bartnicy, bursztyniarze. Wszyscy przedstawieni w uczciwy sposób, bez cienia idealizacji i folkloryzacji. Każdy wykonuje tu swoją pracę najlepiej, jak potrafi, więc rzeźby te stanowią rodzaj zapisu dokumentalnego, odtwarzanego ze wspomnień artysty. Ta galeria „typów ludowych” jest pewnego rodzaju kurpiowskim panteonem – zastępy pracujących nie różnią się w swojej ekspresji od postaci świętych. Wszyscy swoją pracą w trudzie i znoju zarobili na niebo – taki był ludowy rachunek eschatologiczny.
A Frasobliwy Rogińskiego patrzy bardziej zamyślony, rozmarzony, a może zwyczajnie pogodzony z rzeczywistością. Jest w nim sporo pogody, pewnego rodzaju nieśmiałości. Tak też odebrałem naszego twórcę, któremu daleko było do bycia ludowym celebrytą. Podczas mojej wizyty artysta przedstawił rozstawione na stole i meblościance dostępne prace. Odstawił na bok rzeźbę, jego zdaniem nieumiejętnie polichromowaną. Uczciwie zaproponował ceny i cierpliwie czekał na mój wybór. Wybrałem dzieła reprezentatywne dla jego twórczości – „Pasyję” i polichromowanego Frasobliwego, tego bez niej już posiadałem. Rozmawialiśmy o stanie rzeźby ludowej w regionie, braku kontynuatorów. Wspominał o kradzieżach ludowych figur z przydrożnych kapliczek – temat bardzo często pojawiający się w rozmowach z artystami, którzy nigdy nie są w stanie pojąć, dlaczego wyrywa się serce kapliczce. Patrząc na jego Frasobliwego, z którym wracałem przez Warszawę, przypomniałem sobie piosenkę Kazimierza Grześkowiaka o tęsknocie pewnego świątka:
Ten pan zgłupioł chyba z wszyćkim
Łaps! i wyjął mnie z kapliczki
A na koniec tej sromoty
Gdzieś do miasta wywiózł potem.
Rzekła tego pana żona:
Świątka damy do salona.
[…]
Od powietrza morowego
No i od wszelkiego złego
Salon nieźle jest chroniony
W kącie wiszą dwie ikony
Budda się w czystości nurza
Pani nowy ma odkurzacz.
[…]
A tam u nas jesień cicha
Kwiat umiera, pieśń usycha.
Bóg stworzył „bogoroba”. „Bogorób” stworzył Boga i są kwita! A Ty pamiętaj – Piąte: „nie kradnij”!
Łukasz Ciemiński
Redakcja na stronie Alicja Jasińska, studentka e-edytorstwa i technik redakcyjnych
Wydawać by się mogło, że „bogorób” brzmi jak jawne wystąpienie przeciwko drugiemu przykazaniu Boskiemu lub afront poczyniony artyście. Nic podobnego! Od czasów zażeganego kryzysu ikonoklastycznego wiadomo, że dogmatyczny fakt Wcielenia zniósł zakaz tworzenia wizerunków Chrystusa i świętych. Jan Damasceński wyraził jasno nie tylko swoje przekonanie, ale i wiarę całej chrześcijańskiej ortodoksji, że „nie czci przecież drewna, farb – materii, a jej Twórcę, który zechciał stać się materialny”. Sprawa definitywnie wyjaśniona i zamknięta.
fot. z arch. aut.