
Nie ma jak humor, żart i ironia. Dobrze działają na głowę i na behawior. Pójdźmy tym tropem! Terapia przez humor i ironię wskazywana była jako pomocna na wszystkie dolegliwości, szczególnie w czasach zawieruchy, i jako taka polecana jest od czasów starożytnych, a może i jeszcze wcześniej, zarówno przez uczonych medyków, jak i przez szamanów, czytaj: przez szeptuchy i molfarów, a więc przez siły, z którymi żartować nie warto.
Zniesmaczony byłem bardzo przed wielu laty, kiedy miejsca intensywnego handlu zostały nieoczekiwanie i niezrozumiale dla mnie nazwane galeriami, galeriami handlowymi! Jak można łączyć coś, co związane jest ze sferą sztuki – bo przecież galeria to świątynia sztuki, a wydawała mi się wtedy sztuka epifanią tajemnicy istnienia człowieka i świata – z tym, co przesiąknięte jest komercyjnością, gustem masowym, podłym, małostkowością narcystycznych potrzeb bieżących, chwilowych. Sacrum i profanum, artysta i przekupka połączeni w jedno.
Jednakże dreszczów gniewu przestałem już doświadczać, chociaż głowa nadal kręci mi się z niedowierzania i namysłu nad konstatacjami, że galerie handlowe to nowe centra miast, nowe ich jądra, przestrzenie niewymuszonych spotkań, nowych interakcji społecznych, to nowe domy kultury i rozrywki, w końcu – że to wcielenie demokracji. Oraz że to, jak ostatnio przeczytałem, pełnia realizacji zasady pierwszeństwa pieszych. Czegóż to się nie znajdzie w internecie!
„Możliwe, że galerię handlową nazwano tak dlatego, że przypomina galerię sztuki i w podobny sposób z niej korzystamy – spacerujemy po pomieszczeniach, oglądając wystawione w nich eksponaty/produkty” – przeczytałem w internetowej Poradni Językowej Uniwersytetu Warszawskiego. „Mój Boże! Co oni wypisują! W sklepach od wieków tak było i nikt sklepów nie nazywał galeriami!” – westchnąłem. Znajomy, poważny i wiekowy artysta powiedział mi, że galerie handlowe kojarzą mu się z katedrami. Ja, też w końcu wciągnięty w ten eklektyczny wielogłos, charakteryzuję te „galerie” jeszcze inaczej: to miejsca, gdzie nie ma zegarów.
Skapitulowałem. Pomyślałem, że to nieokiełznanie semantycznych zawirowań i mariaży, te niemal heretyckie korekty słowników świadczą o wielkiej potencji i elastycznej medialności oraz kreacyjności języka. Tym bardziej języka wspieranego przez internet, on wszystkiemu daje niejako miejsce egzystencji, prawo do istnienia. I tak wędrując po internecie wokół „galerii”, zboczyłem z ciekawością w inną stronę. A strona ta na imię ma „folk”. I co znalazłem? Sami też poszukajcie, to bardzo wciągające, dlatego uważajcie...
Newport Folk Festival! Wielka, rzecz jasna amerykańska impreza urodzona w 1959 roku, trudno o niej nie słyszeć. Myślę, że „Pismo Folkowe” i Mikołajki Folkowe powinny mieć tam swoje przedstawicielstwo. Dlaczego nie? Tym bardziej że mamy swoje, polskie, ale i uniwersalne skarby, jak archiwum Polskiego Radia oraz na przykład płyty z serii „Muzyka Źródeł”. Czy nie powinno się wykorzystać prezydentury Donalda Trumpa, gościa tak przywiązanego do rdzenności, w naszych sprawach? Tylko proszę o wcześniejsze semantyczne rozpoznanie wywiadowcze. Bo na przykład jest warszawska firma muzyczna ze słowem „folk” w nazwie, która specjalizuje się w produkcji iwentów (na złość słownikom i AI nie piszę: „eventów”) z udziałem bardzo wielu zespołów i solistów wyłącznie stylu… disco polo i tzw. muzyki biesiadnej.
„Po dobrym obiedzie nie ma się pretensji do nikogo – nawet do własnej rodziny” – przeczytałem na stronie Restauracji Folk w Rzeszowie rewelacyjne przesłanie wyśmienitego szefa kuchni Janusza Pyry. W tej sentencji mistrz bezkonkurencyjnie wyraził ideę, że fundamentem wspólnoty rodzinnej i międzyludzkiej, w domyśle – folkowej, powinien być stół i to, co na stole. Niestety, nie byłem w restauracji przy rzeszowskim Rynku, niemniej informuję, że według karty carpaccio z sarny to wydatek od 65 złotych. Jest i pieczeń z jelenia! Kto ma dystans do szlachty, może zamówić barszcz galicyjski…
A kto ma to wszystko w tzw. wielkim poważaniu, niech uda się do Australii, gdzie każdy poważny przyjezdny może dostać obywatelstwo. Konkretnie – do Folk Byron Bay, kawiarni w mieście położonym w Nowej Południowej Walii nad zatoką imienia Johna Byrona, dziadka sławnego lorda, poety i dramaturga. Tam okoliczności „folkowe” doprecyzowane zostały następująco: „welcome to the garden” – witamy w naszym ogrodzie! Ogród, czyli folk! Mało tego, Folk Byron Bay kusi domowymi, zdrowymi i ekologicznymi produktami, przygotowanymi i serwowanymi, jak podkreślają, z miłością i duchowością. „W ogrodzie mamy dużo miejsca, przyjdź, dołącz do nas” – zaprasza kawiarnia. Grupy powyżej sześciu osób prosi się o wcześniejszą rezerwację. Proszę zapisać: ulica Ewingsdale 399.
Z Australią konkuruje Indonezja. Na wyspę Bali zaprasza nas „Folk Pool and Garden”, konkretnie na ulicę 88 Monkey Forest. Jest tutaj wprost bajecznie, jednakże niektórzy mogą mieć problemy decyzyjne: jeść i pić na lądzie (czytaj: na nadwodnym tarasie) czy w basenie, a panie mogą stanąć przed wyzwaniem: Jaki kostium kąpielowy włożyć, wybierając się do tej kawiarni? Tak, tak, panowie powinni również popracować nad wizualizacją i ekspozycją torsu. Oferta „Folk Pool and Garden” podsuwa zalęknionym propozycje rozluźniające, jak udział w warsztatach grillowania, wizyta w kawiarnianym kinie Popcorn Club, gdzie można spotkać się z Harrym Potterem lub mutantami Ninja, nawet z europejskim kinem romansowo-dramatycznym. Jeżeli chodzi o napoje, gdybym tam był, zamówiłbym piwopodobny napój o wdzięcznej nazwie Kura Kura Island Pare Ale. Gdyby czasy były normalne, warto byłoby potem udać się do „Folk-restaurant” w Moskwie, jednakże „ten folk” konsekwentnie bojkotujemy i niech ich szlag trafi.
Popadając w zadumę postpodróżniczą, nie możemy nie zwrócić uwagi na naszych braci mniejszych, obdarzyć tych wiernych przyjaciół miłością, ale nie tylko. „Z miłości do zwierząt, dobra i piękna powstał FOLK – nowoczesna odpowiedź na stare jak świat pytania: »Skąd jesteśmy, dokąd zmierzamy i co robić, żeby nasza droga była jak najlepsza«?” – powiadamia nas firma z Nowych Skalmierzyc i zachęca: „Usiądźcie wygodnie z Pupilem na kolanach i dajcie się przenieść w świat Dobrego Smaku”. Bo „Folk” to linia produktów gastronomicznych dla psów, kotów i innych braci mniejszych. Osoby wrażliwe na rozpasanie i ekstrawagancję powinny zamknąć teraz oczy i nie czytać tego, co dalej. Karma sucha dla psa Folk M&L to „pieczeń z jagnięciny z dodatkiem przepiórki i pietruszki”, w mokrej karmie dla kota o nazwie Folk Staropolska dominuje „wyśmienita przepiórka”, zaś naszego młodego psiego oblubieńca warto zaczarować karmą Folk Junior Mini – to posiłek „z królikiem, cielęciną i marchewką”. Wybrednego kota nakarmisz karmą Folk Mazurska, czyli „pyszną sarniną”.
Dlaczego żaden hipermarket nie zwraca się do nas tak, jak firma z Nowych Skalmierzyc umie przekonywać do swoich produktów; „Wszystkie smaki przypisane są do najczystszych i pięknych regionów Polski. Nazwy smaków nawiązują do tradycyjnych dań babcinej kuchni i brzmią jak tytuły potraw z jadłospisu dobrej regionalnej restauracji. Taka jest filozofia marki FOLK. Opowiada o tęsknocie za tym, co najlepsze, za dzieciństwem, poczuciem bezpieczeństwa, miłością do natury, czyli o życiu z dobrym smakiem”. Cóż powiedzieć? Bajka! Bajka dla psa i kota…
Wypada tę zazdrość wobec braci mniejszych jakoś rozładować, najlepiej zrobić sobie prezent. Oczywiście, kupując, co trzeba, w pewnej angielskiej firmie odzieżowej Folk, która ma cztery sklepy w Londynie i zaręcza, że styl jej ubrań dla mężczyzn i kobiet jest demokratyczny i charyzmatyczny. Albo wypada przynajmniej udać się do Niedrzwicy, największej wsi w województwie lubelskim. Tutaj, rzut beretem z Lublina, w Kokofolku znajdziesz, Drogi Czytelniku, wszystko: koszule, kolczyki, filiżanki, co tylko się zamarzy. Ja pojadę tam na pewno, nigdzie nie widziałem tak wspaniałych folk-krawatów i folk-much. Co mi tam Byron Bay albo Bali! I psu też kupię krawat.
Grzegorz Józefczuk
Redakcja na stronie Julia Wolny, studentka e-edytorstwa i technik redakcyjnych.
Grzegorz Józefczuk o „folku” wędrującym przez świat – od Newport po Bali, od rzeszowskiej restauracji po londyńską modę. Z dystansem i humorem pokazuje, że folk to nie tylko muzyka.