Ania z Zielonego Wzgórza

Może trzeba zacząć tak: O zrecenzowaniu dla „Gadek” płyty Ani z Zielonego Wzgórza myślałem już po pierwszym jej wysłuchaniu, ponad rok temu, kiedy nie była jeszcze płytą i wcale nie było pewne, że zarejestrowany w warszawskim radiowym studiu S-2 materiał kiedykolwiek się ukaże. Przypomnę: nagranie dokonane zostało we wrześniu 2001 roku, po sukcesie grupy na kwietniowej „Nowej Tradycji”. Po długim okresie wahań, perturbacjach ze składem i morderczej (dość typowej dla zespołu folkowego) koncertowej szkole przetrwania grupa nie rozpadła się – pomimo wszystko. Co więcej – nieoczekiwanie pojawiła się szansa (nie owijając w bawełnę – finansowa), którą postanowiono wykorzystać właśnie dla przypomnienia nagrań sprzed dwóch lat. Sami artyści byli już o wiele dalej, przy pracy nad nowym brzmieniem i piosenkami. Więc tej płyty miało nie być. Ale jest. Nie ma natomiast już między nami Ani Kiełbusiewicz...

Jakże teraz napisać o płycie, skoro trudno nawet słuchać zapisanej na niej głosu Osoby? Nie wiem, czy zdążyła, czy miała już w ręku swoją płytę. We wkładce jest jeszcze telefon do Anki...

Chyba jest jednak sposób wyjścia z tej bezwyjściowej sytuacji. Najodpowiedniejszym wyrazem pamięci (tak, jak ją rozumiem) niech będzie recenzja, napisana uczciwie, o wykonanym dziele, rzemiośle, bez zasłaniania wrażeń i ocen egzaltacją i wspomnieniami. Piszę to z wściekłością, ale chciałbym, aby napisane było pomimo, obok tej tragicznej, absurdalnej, nieoczekiwanej śmierci. Nie jest to możliwe. Ale spróbuję.

Nie jestem bynajmniej muzycznym erudytą folkowym. Jednak zaryzykuję stwierdzenie, że muzyka zapisana na tym krążku bezpośrednio nie kojarzy mi się z niczym. Chyba jest to w nurcie, o którym myślimy, nader rzadkie zjawisko? Stąd wypływa wniosek, że stworzone zostało osobne brzmienie, by nie powiedzieć – osobny styl. W rozpoznawalny z każdej odległości, swoisty stop połączyło się doświadczenie dwóch osobowości. Kontrapunkt: Anna – solistka i jej ballady śląskie oraz Grzegorz Lesiak – gitarzysta poszukujący. Pamięć zamierzchłych czasów podsuwa duże wrażenie z występu na wygranym przez Ankę konkursie Mikołajkowym. Wrażenie mocy, dramatyzmu, drapieżności wykonywanych w najoszczędniejszy przecież sposób (gitara i głos), niby łagodnych piosenek. Przemyślany, nieprzypadkowy repertuar, wyrazista interpretacja. Cóż mogło wyjść ze spotkania Anki z gitarzystą Orkiestry, niespokojnym i z zamiłowania stosującym osobistą taktykę żonglerki stylami, mającym w artystycznej biografii między innymi jazzowe i bluesowe doświadczenia? Jest na to łatwa odpowiedź, nadużywana we wszelakich wzmiankach na temat zespołu folk-jazz.

Cóż, można się zgodzić: „muzyka i słowa tradycyjne” – pieśni z Górnego Śląska, „tematy ludowe z przeszukiwanych przez szereg lat starych śpiewników” (napisano we wkładce) i „aranżacja zespołu” uzbrojonego w dwie gitary akustyczne, kontrabas, kongi i saksofon tenorowy. Więc brzmienie rzeczywiście dosyć bliskie skojarzeniom jazzowym. Rozwijająca piosenki Ani rama aranżu zmajstrowana jest w taki sposób, by dać muzykom pograć. Niektóre fragmenty odpływają zupełnie w improwizację. Więc sekcja rytmiczna: oszczędny, trafny kontrabas Jacka Dejneki z obudowującą go koronkową, precyzyjną grą kong Michała Wojdy, śpiewną, często wręcz melodyczną. I przede wszystkim – wszechobecny, gadatliwy saksofon Jacka Ostaszewskiego rozwijający linie melodyczne piosenek w swobodne podróże po skali, brzmieniowo dominujący, narzucający charakter całości. Wreszcie akordy Grześka, dyskretnie napędzające całą ekipę, sterujące „tajmingiem”. Ale – z drugiej strony – tak naprawdę niewiele tego jazzu, jeśli bawić się zamierzamy w wyróżniki, dogmaty, nurty główne, mierzenie harmonii i synkop. Na przykład sekcja rytmiczna nie przesadza bynajmniej ze swingowaniem. Za to w tym, co dzieje się w solówkach pana Lesiaka, można dopatrzyć się paru innych stylistycznych wycieczek (z których najbardziej urzeka ta w stronę gitarowej klasyki). Kolejny dowód na bezcelowość zabawy etykietkami...

Ciekawe zjawisko: rytm całej płyty. Rozpędzający się w partiach improwizacyjnych, spiętrzający nastrój, kulminujący napięcie, z wyżyn którego Anka sprowadza zespół delikatnym – jakby nie było – wokalem, wyrażając dramatyzm w ściszony, „podskórny” sposób. Tym silniej wybrzmiewają niektóre, mocniej zaakcentowane, frazy, przekazując bezbrzeżny smutek tekstów (cóż, świat wymalowany w piosenkach Ani nie ma zbyt kolorowych barw). Może nie wszystkie piosenki są smutne, ale wystarczyła jedna sugestywna, transowa, wolna „Dolina”, aby odbiór całości już od pierwszego wysłuchania został nieodwołalnie skażony melancholią. Melancholią, która przedostaje się i do utworów całkiem przecież beztroskich (jakby wynikało z tekstów), z genialnymi, pure-nonsensownymi tekstami, będącymi jakąś czystą, zachwyconą, dziecięcą grą językową, nasyconą paradoksami:


Posoł chop do lasa cepem ścinać dęby,
nadep żabie na ogon, wybiła mu zęby.
Na swoim weselu wilk lisa spowiadoł,
żodnych grzychów lis nie mioł, pokuty nie zadoł.
Chodziła se świnia po pajęczym moście,
była matką cieląt pięć, źreboków dwanoście.


Na kanwie tej krótkiej piosenki („Zebranie”) muzycy budują całą ośmiominutową opowieść snutą wokół zapadającego w ucho zaśpiewu, charakterystycznej, powracającej co czas jakiś frazy. Od piosenki i wokalizy Ani, wariacjami saksofonu, gitary – poprzez ożywienia i wyciszenia, z niespodziewanym uwieńczeniem reggae’owym fragmentem – mieniąc się i zaskakując – prowadzą słuchacza ku kodzie.

Właściwie trzeba by zacząć od początku płyty, to jest od szybkiego, przebojowego „Szulmistrza”, podobnego do „Zebrania” poetyką tekstu (tym razem z elementami makabrycznymi) i melodyjną, przekształcaną na parę sposobów, rozkołysaną frazą. Wspomnieć o „Pastereczce”, w której wesolutki, konwencjonalny obrazek (wynurzenia tytułowej pastereczki), otwarty przez ładny wstęp gitary o klasycznym brzmieniu i aż nazbyt może gładki i melodyjny saksofon – przełamany i poszatkowany jest przez „od czapy” wmontowaną, wolną i luźną improwizowaną bajkę muzyczną, na ściszeniach i przedęciach. No tak, muzyka na tej płycie lubi zapędzać się i skręcać w zadumanych kierunkach. Zespół oferuje całą ich różnorodność. Po jazzowym „Szulmistrzu” następuje „Jawor” w reggae’owym przebraniu, z mało reggae’owymi za to odjazdami saksofonu. „Dolina” czy „Jezioro” – utwory, w których zespół najbardziej może stara się być posłusznym oryginałom, poddaje się Ankowemu śpiewaniu stonowanym, ściszonym akompaniamentem, i tak przemieniają się w festiwal improwizacji, falują tempem i nastrojem, by niepostrzeżenie wyciszyć się i rozpłynąć gdzieś w przestrzeni.

Aby nie było zbyt apologetycznie (zamiast hołdu przydałoby się tu dużo uważnego odbioru) dodam, że do tej płyty potrzebowałem sporo cierpliwości. W moim przypadku jedno podejście nie wystarczyło. Stawia opór, nie urzeka, ale zastanawia. Jest nieco chropowata, surowa. Może drażnić, na przykład nadużywaniem saksofonowych, rozlewnych opowieści. Nie ma tu wypreparowanych, studyjnych efektów, tylko akustyczne, czyste granie – „na setkę”, jak na kameralnym koncercie. Spodobała się mojemu trzyletniemu synkowi. Obiecywałem, że przedstawię mu Anię...


Dystrybucja płyty: www.folk.pl
Skrót artykułu: 

Może trzeba zacząć tak: O zrecenzowaniu dla „Gadek” płyty Ani z Zielonego Wzgórza myślałem już po pierwszym jej wysłuchaniu, ponad rok temu, kiedy nie była jeszcze płytą i wcale nie było pewne, że zarejestrowany w warszawskim radiowym studiu S-2 materiał kiedykolwiek się ukaże. Przypomnę: nagranie dokonane zostało we wrześniu 2001 roku, po sukcesie grupy na kwietniowej „Nowej Tradycji”. Po długim okresie wahań, perturbacjach ze składem i morderczej (dość typowej dla zespołu folkowego) koncertowej szkole przetrwania grupa nie rozpadła się – pomimo wszystko. Co więcej – nieoczekiwanie pojawiła się szansa (nie owijając w bawełnę – finansowa), którą postanowiono wykorzystać właśnie dla przypomnienia nagrań sprzed dwóch lat. Sami artyści byli już o wiele dalej, przy pracy nad nowym brzmieniem i piosenkami. Więc tej płyty miało nie być. Ale jest. Nie ma natomiast już między nami Ani Kiełbusiewicz...

Dział: 

Dodaj komentarz!